Ryszard Kapuściński: To nie jest zawód dla cyników. Tekst niepublikowany.

2013-01-25.

W marcu br, nakładem PWN i Biblioteki Gazety Wyborczej ukaże się nowa książka Ryszarda Kapuścińskiego „Pięć zmysłów dziennikarza. To nie jest zawód dla cyników”. Zawiera ona zapis warsztatów, które w latach 2000-2002 prowadził Ryszard Kapuściński dla dziennikarzy z Ameryki Łacińskiej oraz trzech wykładów, jakie w roku 1994 i w 1999 wygłosił we Włoszech. Teksty te nigdy dotąd nie ukazały się w języku polskim i po raz pierwszy zostają udostępnione polskim czytelnikom. Ich lekturę polecamy wszystkim zatroskanym o stan naszych mediów i dziennikarstwa, niszczonego przez polityczne „szczujnie”. Dla czytelników „Studia Opinii” wybraliśmy dwa fragmenty najnowszej książki Ryszarda Kapuścińskiego.

 

Izmael płynie dalej

Dziennikarstwo doświad­cza właśnie skutków rewolucji elektronicznej. Nowe technologie ogromnie ułatwiają naszą pracę, ale nie wykonają jej za nas. Wszystkie problemy naszego za­wodu, wymagania, odnoszące się do umiejętności i warsztatu, pozostają niezmienne. Wynalazki i po­stęp technologiczny mogą nam pomóc, ale nie zastą­pią naszej pracy, naszego oddania, naszych studiów, poszukiwań i badań.

Nasz zawód charakteryzuje kilka ważnych elementów.

Pierwszy z nich to gotowość do poświęcenia części samego siebie. To wymagający zawód. Wiele jest ta­kich, ale nasz w szczególności. Jesteśmy w pracy dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie możemy za­mknąć biura o czwartej po południu i zająć się czymś innym. Dziennikarstwo zawłaszcza całe nasze życie, ale nie ma innego sposobu uprawiania tego zawodu. A raczej – uprawiania go w sposób perfekcyjny.

Może on być wykonywany na dwóch bardzo różnych poziomach.

Na poziomie rzemieślniczym, jak ma to miejsce w dziewięćdziesięciu procentach przypadków, dzien­nikarstwo wtedy nie różni się niczym od zawodu szewca czy ogrodnika. To jest jednak najniższy po­ziom tej profesji.

Jest też poziom wyższy, poziom kreatywny. Tworzą go nasze indywidualne predyspozycje i ambicje. Wymaga on jednak oddania, poświęcenia czasu i duszy.

Drugim elementem charakteryzującym ten zawód jest ciągłe dokształcanie. Istnieją profesje, których można wyuczyć się na uniwersytetach. Dostajemy dyplom i tu kończy się nasza nauka. Przez resz­tę życia wystarczy administrować zdobytą wie­dzą. W dziennikarstwie jest inaczej, dokształca­nie i nieprzerwane studia to jego conditio sine ąua non. Nasz zawód opiera się na badaniu i opisywaniu współczesnego świata, który jest w ciągłym, głębo­kim, dynamicznym i rewolucyjnym procesie zmian. Dzień po dniu musimy obserwować i przewidywać, co może się wydarzyć. Dokształcać się i nie przesta­wać uczyć. Mam wielu zdolnych przyjaciół, z któ­rymi rozpoczynałem dziennikarską pracę. Po kilku latach słuch o nich zaginął. Wierzyli w swoje natu­ralne zdolności, ale w tym zawodzie talenty bardzo szybko się wypalają. Nie starczyło im sił, by go dalej uprawiać.

Jest jeszcze trzecia ważna rzecz – na dziennikarstwie nie dorobicie się fortuny. Wiele innych zawodów po­zwala zarobić lepiej i szybciej. Dziennikarstwo nie daje profitów. Prawie każdy początkujący dzien­nikarz to człowiek biedny, który przez kolejne lata nie poprawia znacząco swej sytuacji finansowej. To profesja o strukturze feudalnej, na wyższe pozio­my przechodzi się z wiekiem, potrzeba na to cza­su. Spotykam wielu sfrustrowanych młodych dzien­nikarzy, którzy pracują za marne grosze, potem tracą pracę i nie mają szans na znalezienie inne­go zajęcia. Wszystko to jest częścią naszej profesji. Musicie być cierpliwi i pracowici. Czytelnicy, słu­chacze i widzowie szybko rozpoznają wartość na­szej pracy i tak samo szybko potrafią przypisać ją do konkretnego nazwiska. Wiedzą, że gwarantu­je ono dobry produkt. To jest właśnie ten moment, w którym stajemy się dziennikarzem o stabilnej po­zycji. To nie szef pisma o tym zadecyduje, ale nasi czytelnicy.

Jednak aby tę pozycję osiągnąć, konieczne jest to, o czym już wspomniałem, gotowość poświęcenia i ciągłe dokształcanie się.

Dziennikarzy można podzielić na dwie podstawowe kategorie. Kategorię poddanych i władców. Ci ostat­ni są naszymi panami, to oni dyktują reguły, decy­dują o wszystkim. Nigdy nie zajmowałem takiej pozycji, wiem jednak, że dziś nie trzeba być dzien­nikarzem, aby zarządzać mediami. Większość dyrek­torów i szefów wielkich gazet i stacji telewizyjnych to menadżerowie, którzy nigdy nie pracowali w tym zawodzie.

Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy całkiem nie­dawno świat zrozumiał, że informacja to ogromny biznes.

Na początku XX wieku informacja miała dwie twa­rze. Poszukiwała prawdy, ustalała, co rzeczywiście się wydarzyło, informowała, by kształtować opinię publiczną. Dla takiej informacji prawda była warto­ścią podstawową.

Drugim sposobem podejścia do informacji było wy­korzystywanie jej jako instrumentu w walce poli­tycznej. Prasa, radio, telewizja u swoich począt­ków były organami różnych partii i sił politycznych, wykorzystywanymi w walce o ich partykular­ne interesy. W XIX wieku we Francji, Niemczech i Włoszech każda partia i każda większa instytu­cja miały swoją gazetę. Informacja nie służyła tam prawdzie, ale zdobywaniu wyborców i pokonaniu wrogów politycznych.

W drugiej połowie XX wieku, szczególnie w jego ostatnich latach, po zakończeniu zimnej wojny, wraz z rewolucją elektroniczną i komunikacyjną świat biznesu odkrył nagle, że prawda nie jest już ważna, nawet walka polityczna nie jest już ważna. Liczy się atrakcyjność informacji. Kiedy więc stwo­rzyliśmy informację-atrakcję, okazało się, że moż­na ją dobrze sprzedać. Im bardziej atrakcyjna jest informacja, tym więcej możemy na niej zarobić.

W ten sposób informacja oddzieliła się od kultu­ry, zaczęła unosić się w powietrzu. Ktokolwiek ma pieniądze, może ją przechwycić, upowszechnić i zarobić jeszcze więcej. To sprawia, że żyjemy teraz w zupełnie innej erze informacyjnej. To jest dzisiaj komunikacyjne novum.

Właśnie to jest przyczyną, że nagle na czele wiel­kich sieci telewizyjnych znajdują się osoby, któ­re absolutnie nie mają nic wspólnego z dzienni­karstwem, ludzie biznesu, powiązani z bankami, firmami ubezpieczeniowymi czy jakąkolwiek inną firmą zasobną w fundusze. Bo informacja daje zaro­bić i to bardzo szybko.

Jest też inny problem. Czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu młody dziennikarz mógł spotkać się ze swoim redaktorem naczelnym i poradzić w sprawach zawo­dowych: jak pisać, jak zrobić reportaż radiowy lub telewizyjny. Szef, zazwyczaj starszy, odpowiedziałby mu zgodnie ze swoim doświadczeniem i dał kilka do­brych rad.

Dzisiaj spróbujcie iść do Mr. Turnera, który nigdy nie był dziennikarzem i rzadko czyta prasę lub ogląda telewizję. Niczego wam nie doradzi, bo nie ma zielonego pojęcia, jak należy uprawiać ten zawód. Jego celem i zasadą nie jest ulepszanie naszej profe­sji, ale powiększanie własnych profitów.

Dla takich osób dzielenie życia z innymi nie ma zna­czenia, jest niepotrzebne. Ich pozycji nie buduje doświadczenie dziennikarskie, tylko stanowisko money -makera.

Dla nas, dziennikarzy pracujących z człowiekiem, którego historię staramy się poznać i zrozumieć, osobiste doświadczenie jest podstawą poszuki­wań i badań. Podstawowym źródłem reporterskiej wiedzy są inni ludzie. To od innych dowiadujemy się, dokąd podążać w naszych poszukiwaniach, to oni dzielą się z nami swoim zdaniem i opinią, to oni interpretują dla nas świat, który staramy się zrozu­mieć i opisać.

Dziennikarstwo nie istnieje bez człowieka. Relacje z innymi to niezbędny element naszej pracy. Musimy znać się trochę na psychologii, rozumieć ludzi, wie­dzieć, jak z nimi rozmawiać i jak się do nich odnosić. (…)

Pytanie od publiczności: Czy zanim Pan zaczął jeździć w poszukiwaniu tematów, tak jak my wszy­scy, nie był Pan choć trochę cyniczny?

RK: Z całym przekonaniem odpowiadam, że dzien­nikarstwo nie może być uprawiane przez cyników. Trzeba jednak odróżnić cynizm od ostrożności, scep­tycyzmu czy realizmu. Te cechy są absolutnie po­trzebne, bez nich nie dałoby się wykonywać tego zawodu. Cynizm to cecha nieprzystająca do dzien­nikarstwa. Cynizm to cecha niegodna człowieka, cecha, która automatycznie wyklucza z dziennikar­stwa. Mówimy tu tylko o wielkim dziennikarstwie, bo to jedyne, którym warto się zajmować, a nie o tej odrażającej jego formie, z którą często się dzisiaj spotykamy. (…)

Każdego roku ginie ponad stu dziennikarzy, wielu jest więzionych i torturowanych. W wielu krajach wykonywanie tego zawodu jest bardzo ryzykow­ne. Kto decyduje się go uprawiać i świadomy jest jego ceny, ryzyka i cierpienia, nie może być cyni­kiem. (…)

Pięć zmysłów dziennikarza: być, widzieć, słyszeć, dzielić się, myśleć

Przed pięćdziesięciu laty zawód dziennikarza po­strzegano zupełnie inaczej niż dzisiaj. Była to profe­sja ważna, odgrywająca doniosłą rolę intelektualną i polityczną. Wykonywała ją wąska grupa osób, cie­szących się szacunkiem społeczeństwa. Dziennikarz był osobą znaną, podziwianą.

Niektórzy z największych polityków współcze­snego świata zaczynali kariery jako dziennika­rze i przez całe życie byli z tego dumni. Winston Churchill był korespondentem w Afryce, zanim stał się jednym z najwybitniejszych mężów stanu XX wie­ku; podobnie rzecz miała się z pisarzami, by wy­mienić tu choćby Ernesta Hemingwaya. Ci wielcy ludzie zawsze przyznawali, że zaczynali od dzienni­karstwa i nigdy nie przestali czuć się dziennikarza­mi. Jednak w dwóch ostatnich dekadach sytuacja ta uległa zasadniczej zmianie w wyniku ogromnych przeobrażeń, jakie dokonały się w sposobach upra­wiania tego zawodu.

Współczesne dziennikarstwo prasowe jest zaled­wie cząstką wielkiego świata mediów. W sferze tej, będącej przy tym w stanie permanentnej ekspansji, dziennikarze prasowi zajmują mało miejsca. Z każ­dym dniem rośnie liczba osób znajdujących zatrud­nienie w mediach audiowizualnych, zwłaszcza w te­lewizji. Określani są terminem media workers, co znaczy – pracownicy mass mediów.

W odróżnieniu od dziennikarza sprzed półwie­cza taki pracownik jest osobą anonimową. Nikt go nie zna, nikt nie wie, kim jest. Wynika to z funda­mentalnej zmiany, jakiej uległ charakter jego pra­cy, produkt końcowy wygenerowany przez pracow­nika mass mediów nie jest jego autorskim dziełem, lecz rezultatem działań całego łańcucha pośredni­ków, uczestniczących jak on w procesie tworzenia informacji. Nad każdym newsem emitowanym przez CNN pracuje 30, 40 anonimowych osób; w procesie obróbki uczestniczy tak wielki legion ludzi, że nie sposób wskazać autora materiału, którego ostatecz­ną formę widzimy na ekranie telewizora.

Konsekwencją tego stanu rzeczy jest utrata cze­goś tak ważnego w tym zawodzie, jak poczucie dumy z osobistego piętna wyciskanego na naszej pracy. Poczucie dumy, które pociągało za sobą rów­nież odpowiedzialność dziennikarza za to, co robi: osoba podpisująca się imieniem i nazwiskiem pod swoim tekstem czuje się odpowiedzialna za swoje słowa. Tymczasem w telewizji i wielkich multimedialnych sieciach, podobnie jak w fabrykach, ta in­dywidualna odpowiedzialność już nie istnieje.

Z drugiej strony rola mediów w XXI wieku niewąt­pliwie wzrośnie. Młodym dziennikarzom, próbują­cym dzisiaj sił na tym małym poletku prasy pisanej, przyjdzie działać w społeczeństwie, w którym nasza funkcja zyskiwać będzie na znaczeniu z dwóch po­wodów: po pierwsze dlatego, że jest to zawód, za pośrednictwem którego można manipulować opinią publiczną; po drugie, ponieważ mechanizmy me­diów tworzą wirtualny świat zastępujący świat rze­czywisty. (…)

Jeśli idzie o tworzenie wirtualnego świata, war­to przypomnieć, że jeszcze trzydzieści czy czterdzieści lat temu nasza znajomość historii była sumą wiedzy wyniesionej ze szkoły i dzięki przekazom ro­dzinnym z domu – tych dwóch skarbnic zbiorowej pamięci. Dzisiaj natomiast, w dobie niesłychanie dy­namicznego rozwoju mediów, żyjemy w świecie, w którym historia ulega podwojeniu i gdzie współist­nieją dwie równoległe historie: ta, którą poznajemy indywidualnie w szkole i w rodzinie, oraz wersja wpa­jana nam przez media, którą utrwalamy w naszych umysłach – niekiedy nieświadomie – za pośrednic­twem telewizji, radia, Internę tu. To spiętrzenie kon-struktów medialnych sprawia, że w coraz większym stopniu żyjemy w świecie, w którym rzeczywistość wypierana jest przez fikcję. To pierwszy taki przypa­dek w historii ludzkości. Mamy do czynienia z feno­menem kulturowym, konsekwencje którego trudno jest przewidzieć.

Rewolucja medialna stawia przed nami funda­mentalne pytanie o to, jak rozumieć świat. Mały ekran telewizora przedzierzgnął się w nowe źródło historii – telewizja fabrykuje i relacjonuje dominujące w przekazie wersje niekompetentne i zafałszowa­ne, wersje nie skonfrontowane z prawdziwymi źró­dłami czy oryginalnymi dokumentami. Informacja serwowana przez wielkie media rozprzestrzenia się w tempie nieporównanie szybszym niż książki za­wierające konkretną, rzetelną wiedzę.

Za przykład niech posłużą tragiczne wydarzenia, do jakich doszło w Ruandzie w 1994 roku. Jednej z największych masakr XX wieku dokonano w cią­gu trzech miesięcy w położonym w głębi ogromnego afrykańskiego kontynentu małym i nieznanym kraju, posiadającym niezwykle skomplikowaną strukturę społeczną oraz bardzo specyficzną, znaną tylko nie­licznym, historię kulturową i etniczną. Niewielu było ludzi, którzy wiedzieli, co stało się tam naprawdę: wykładowcy akademiccy, eksperci specjalizujący się w tematyce Afryki. Kiedy wiadomość obiegła świat, tę wąską grupę osób zdumiał fałsz, z jakim przedsta­wiono ruandyjski horror.

Miliony ludzi na wszystkich kontynentach poznały nierzeczywistą historię tych wypadków z wiadomo­ści telewizyjnych. Owa fikcyjna konstrukcja była je­dyną, jaka do nas dotarła, jedyną wówczas dostępną i jedyną, jaka została nam w pamięci, ponieważ gło­sy alternatywne – książki o Ruandzie autorstwa an­tropologów, socjologów i innych ekspertów – nie są tak dostępne, jak mass media. Zwykli ludzie znają historię świata z wielkich mediów.

Wirtualne – jak ruandyjskie – wydarzenia zaj­mują coraz nachalniej miejsce realnego świata. Manipulacja oddala nas od rzeczywistych proble­mów pojawiających się w różnych cywilizacjach. Żyjemy w świecie nasyconym tak wieloma kultura­mi, że tylko ścisła grupa specjalistów potrafi dociec sensu zachodzących wydarzeń. Pozostali czerpią wiedzę z wybiórczego i powierzchownego dyskur­su, który wielkie media kondensują w jednominuto­wej pigułce. Mamy do czynienia z problemem, który będzie narastał, dopóki informacja będzie przynosić olbrzymie pieniądze, pozostawać pod wpływem ka­pitału i rywalizować jako produkt kreowany przez właścicieli mediów.(…)

Ryszard Kapuściński

 

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. de mowski 2013-01-26
  2. de mowski 2013-01-26
  3. Buga 2013-01-26
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com