Jan Cipiur: W państwie prawa, czyli w jeden dzień dwa knock-downy

Dla bardzo wielu nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dobrze byłoby dla Polski, gdyby przed panami Święczkowskim i Barskim można było zamknąć przed nosem drzwi parlamentu. Argument jest nie osobisty. Obaj, miast służyć Państwu i jego obywatelom, wybrali „żołd” z kasy partyjnych mocodawców.

Kto tego był nie dostrzegł, marnie przysługuje się demokracji. Nie marniej jednak, niż ten, kto prawo ma tam, gdzie Pana Majstra można pocałować.  Ustawa o prokuraturze stanowi bez żadnych niedomówień, że prokurator w stanie spoczynku ma prawo być posłem lub senatorem. Konstytucja, niczym babka – pełna jest niedomówień i bardziej wróży na dwoje, choć niektórym w tej materii wydaje się akurat jednoznaczna:  prokuratorom obecnym i byłym – wara od parlamentu.

Sprzeczność między ustawą o prokuraturze a konstytucją jest tak stara jak ustawa zasadnicza i ma już ponad 14 lat. Przemawia do osób rozsądnych lub przemawiać powinna teza światłej publicystki (Ewy Siedleckiej), że każdy obywatel, a w tym Barski i Święczkowski, ma prawo poznawać  swe uprawnienia i obowiązki w ustawach (tu – o prokuraturze) i nie sprawdzać na własną rękę ich zgodności z konstytucją. To nie pachołka, a państwa obowiązek. Państwa, któremu po raz kolejny udało się nie wywiązać z podstawowej jego powinności. 

Wstyd dla państwa tym większy, że prawo nasze tak niezborne, mizerne i kulawe, że hece na nim każdy już, nie tylko uczony – odstawiać  może. Jeśli chcemy przeto czuć się u siebie bezpiecznie, to nawet wbrew sobie życzmy Barskiemu i Święczkowskiemu posłowania.

Czytamy tego samego dnia, że zacny i światły podobno minister Boni namawia, a może nawet prze do obłożenia „ZUS-em” „zatrudnienia” na umowy o dzieło. Koncept to wątpliwy. Ma tyle wspólnego z ładem i porządkiem prawnym, co zmiana, która już dawno temu uczyniła z milionów „nieodpowiedzialnych” spółek z ograniczoną odpowiedzialnością dumne twory w pełni odpowiedzialne majątkiem szefa i jego pomagierów z zarządu. Intencje były czyste, bo chodziło o zwalczanie przekrętów, a prawo to nie świątek pod ochroną konserwatora zabytków, zatem zmieniać je można, lecz odwagi już nie stało, by od wówczas nakazać je nazywać  „z p.o.” zamiast „z o.o.” (p.o. to pełna odpowiedzialność, więc niby-kalambur przypadkowy).

Przypomnienie to nie całkiem jest od rzeczy. Marne to państwo, gdzie do prawa i poważnej podobno dyskusji wprowadza się idee od czapy. Zatrudnienia to pojęcie z prawa pracy i nie spotka się dobrego (o znakomitym nawet nie wspominając) prawnika, który połączy je bez wielopiętrowych komentarzy z umową cywilnoprawną, jaką jest umowa o dzieło. Tworzenie dzieła jest pracą, ale czy zawsze wiąże się z zatrudnieniem?  W zatrudnieniu też tworzy się dzieła, czasem tak wielkie jak ten czy inny pomysł ministra,  lecz nonszalancja w posługiwaniu się słowem, terminologią, rozsądkiem i prawem zaprowadzi niechybnie do tego, że w czas jakiś po zwieńczeniu „dzieła” znajdzie się interpretator, który bez zmrużenia okiem każe nam płacić ZUS od strzyżenia własnego, przydomowego żywopłotu.

Zatrudnienie to nie tylko pensja, ale także liczne przywileje pracownicze, okupione m.in. składkami na ZUS dającymi się boleśnie na kasie do łapki odczuć. Minister i jego poputczycy (np. prof. Witold Orłowski) demagogują, że pani z panem, co to tylko z dzieł żyją, przychodzą potem do państwa po emerytalną jałmużnę. Chciałoby się zobaczyć te emerytury i zasiłki jeszcze hojniejsze nieuprawnionym przez ZUS i opiekę społeczną na prawo i lewo dziś i za 30 lat przyznawane, więc niech panowie darują sobie i z dobrej rady pana Chiraca, o tym że czasem zmilczeć warto – korzystają.

Franc Fiszer opowiadał, że gdzieś na galicyjskie zadupie przywlokła się trupa. Dymów w mieścinie było maławo, więc i sala do występów licha, zimna i przeciągami bardziej, niż spodziewanym przeżyciem artystycznym nasycona. Gawiedź, nie dość, że nieliczna, to  po pierwszym akcie bardziej do gwizdów niż zachwytów skora była, więc gdy tylko kurtyna się na drugi akt podniosła – aktorzy ukazali się widzom w rzędzie tyłem do spektatorów ustawieni, w skłonie głębokim, wielkie, średnie i całkiem małe, gołe tyłki ukazującym. Z głowami między nogi wstawionymi wyrzekli kwestię ponoć spontanicznie ułożoną:

– Chceta kumedie, to mata kumedie.
Jakie piniendze, taka kumedia!

Trzeba uważać, by z tego konceptu nie skorzystała publiczność…

Jan Cipiur

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. K.J Konsztowicz 2011-10-20
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com