Piotr Kuczyński: Z tego ziarna będzie kiedyś chleb

Pisanie tekstu przed szczytem Unii Europejskiej, podczas którego mają zostać podjęte bardzo istotne decyzje wydaje się na pozór być podejmowaniem niepotrzebnego ryzyka, ale ja je podejmę. Chcę pisać o czymś innym, a w blogu nie sposób uniknąć najbardziej obecnie interesującego tematu.

Nie wiem, co postanowią politycy podczas niedzielnego (23.10) szczytu. O ile nie zostanie przełożony, bo właśnie czytam, że to nie jest wykluczone. Kiedyś się jednak odbędzie. Niezwykle często decyzje polityków są spóźnione, nieadekwatne do sytuacji, a nawet szkodliwe. Jedno jest oczywiste: będą bronili strefy euro do upadłego (lub do jej upadłości) podejmując nieortodoksyjne i często dziwne decyzje. Zakładam, że chłodzenie oczekiwań przez Niemców w dniach poprzedzających szczyt doprowadziło do zmniejszenia oczekiwań rynków. Dzięki temu gracze zaczynają się godzić z koniecznością dłuższego poczekania na ostateczne rozwiązanie kryzysu.

Chcieliby tylko dostać na szczycie UE realny plan, mapę drogową prowadzącą do oczywistego celu: zredukowania długu Grecji (tu jest już chyba zgoda), szybkiego dokapitalizowania banków (tu jest prawie zgoda) i pomnożenia środków obronnego funduszu EFSF. Z tym ostatnim jest problem. Obawiam się, że pomysł niemiecki (ubezpieczenie obligacji w wysokości 20 procent wartości) nie pomoże na dłużej. Gdyby EFSF zamienił się w bank (czego chce Francja) i pożyczał z ECB to metodą druku pieniędzy można by cudownie pomnożyć go wielokrotnie. Potrzeba bowiem 1,5 do 2 bilionów euro, a EFSF nie ma już wartości 440 mld euro. Część pieniędzy została wydana – zostało mniej niż 300 miliardów.

Jeśli politycy zrozumieją, czego potrzeba rynkom to wytyczenie mapy drogowej może się udać. Przypominam jednak o tym, o czym już wielokrotnie wcześniej ostrzegałem: uśpieni sukcesem (zwyżkami na rynkach) politycy mogą znacznie zwolnić marsz po wytyczonej przez tę mapę drodze. To zaś doprowadzi z całą pewnością do katastrofy tyle, że może dopiero w przyszłym roku i po hossie kończącej ten rok. Jeśli bardzo szybko fundusz EFSF nie zostanie zlewarowany to rynki zaatakują Hiszpanię i Włochy. Jeśli zakłada się (a ja tak zakładam), że trwa walka dolara z euro to obniżenie we właściwym momencie ratingu Francji wbije ostatni gwóźdź do europejskiej trumny. Mam nadzieję, że politycy o tym wiedzą. I jeszcze mały aneks: nawet zwielokrotnienie sił uderzeniowej EFSF nie zapewnia zakończenie kryzysu. Zapewni tylko odroczeniu kolejnej fazy o rok, czy dwa, ale to (jak pisał Rudyard Kipling) już zupełnie inna historia.

Tyle na temat palącego tematu. Resztę tekstu poświecę na protesty, które obserwujemy od wielu miesięcy („Oburzeni” w Hiszpanii) lub tygodni („Occupy Wall Street” w Nowym Jorku – OWS). Ostatnio na całym świecie odbyły się protesty „Oburzonych” i ruchów stowarzyszonych z Occupy Wall Street, ale nie miało to najmniejszego wpływu na zachowanie rynków finansowych. Na razie nie miało. Jeśli ruchy się skonsolidują (przecież mamy podobne ruchy w Chile, Izraelu i nie tylko tam) i staną siłami politycznymi to sytuacja się zmieni, ale na to jeszcze długo poczekamy.

Politycy czują już jednak oddech na plecach. Na przykład Jose Manuel Barroso zapowiedział, że przedstawi propozycje wprowadzenia regulacji ograniczających spekulacje, które są jedną z przyczyn obecnego kryzysu. Ci, którzy je złamią mają podlegać odpowiedzialności karnej. Piszę tekst tuż przed publikacją tych propozycji, ale znane są założenia. Już z nich widać, że Jose Manuel Barroso znowu (tak jak w przypadku „planu” uregulowania kryzysu) wydał z siebie nic nieznaczący pisk. Rynek wymaga regulacji, ale przestępstwami (a „insider trading” i manipulowanie rynkami są przestępstwami) powinny się zająć prokuratury i sądy, a nie szef Komisji Europejskiej.

W USA Partia Demokratyczna zaczyna ostrożnie popierać OWS. Problem w tym, że Barack Obama nie może w pełni poprzeć tego ruchu, bo przed wyborami zniechęci wielu konserwatywnych wyborców. Sondaż, który przeprowadził dziennik „USA Today” i Gallup pokazał, że 78 procent wyborców wini za zły stan gospodarki Wall Street, ale aż 87 procent wini za to polityków. Jak widać większość wini zarówno Wall Street jak i polityków. I mają rację, bo amerykańskie „drzwi obrotowe” zwane u nas karuzelą stanowisk oraz działania lobbystów prowadzą do tego, że politycy i finansjera to często ta sama grupa ludzi. Jednak tylko jednak czwarta Amerykanów popiera OWS – 19 procent jest jego przeciwnikami. W Nowym Jorku sytuacja jest nieco inna. Sondaż Polling Institute pokazał, że 67 procent mieszkańców Nowego Jorku popiera OWS, a 23 procent nie popiera.

Poparcie w Nowym Jorku można zrozumieć, bo to duże miasto, a ludzie nie są tak konserwatywni jak mieszkańcy południowych stanów USA. Jednak dziwić może trochę to, że ludzie nie wiedzą, co popierają. Hasła protestującyh (zresztą zarówno „Oburzonych” jak i OWS) są tak zróżnicowane, a niektóre tak naiwne (nie chodzi o to, żeby je analizować), że spore poparcie nowojorczyków może nieco dziwić. Tak jak i aktywne poparcie dla nich przez tak różnych ludzi jak (żeby wymienić tylko niektórych) Jeffrey Sachs, Joseph E. Stiglitz, Naomi Klein, Lech Wałęsa czy Suzan Sarandon (i wielu innych aktorów). Zapewne popierają, dlatego że czują powiew świeżego powietrza tak bardzo światu potrzebnego.

Jest również wielu polityków i dziennikarzy zarówno za granicą jak i w Polsce, którzy potępiają te ruchy lub się z nich nawet naśmiewają. Uważam, że albo nie rozumieją mechanizmów działania rynków finansowych (radziłbym im przeczytanie książki Paula H. Dembinskiego „Finanse po zawale”) i spełniają rolę „pożytecznych idiotów” albo świadomie działają jak lobbyści. Na szczęście coraz większa ilość ludzi dochodzi do wniosku, że system obowiązujący od ponad 30 lat jest nie do utrzymania. Skutek trwającej już 30 lat deregulacji rynków finansowych, wyścigu z podatkami do dna, zastępowanie miejsc pracy kredytami, rozwarstwienie społeczeństw, zastąpienie demokracji dyktatem rynków, rozmontowywanie państwa opiekuńczego i utworzenie kasty „niezastąpionych” widzimy właśnie dzisiaj. Gołym okiem widać, że musi zapanować nowy ład gospodarczy, a jego wypracowywanie potrwa bardzo długo.

Oczywiście nowy ład to też będzie kapitalizm, ale taka jego wersja, którą Will Hutton w swojej książce („Them and Us”), którą każdy zainteresowany tematem powinien przeczytać, nazywa „fair capitalism”. U nas zostałoby to nazwane kpiąco „kapitalizmem z ludzką twarzą”. Kpiąco, bo w czasach PRL dyskusje na temat reform systemu odbywały się pod hasłem „socjalizmu z ludzką tworzą”. Wtedy się nie udało, bo system był niereformowalny, ale zakładam, że z kapitalizmem tak źle nie będzie.

Nawiasem mówiąc w Polsce nie ma podłoża dla takiego ruchu, mimo że młodzieży nie powodzi się lepiej niż w innych krajach, gdzie takie ruchy powstały. Polacy wychowani przez 20 lat w systemie gloryfikującym właśnie to, co doprowadziło do Kryzysu nie widzą powodów do buntu. Uważają, że lekiem na ten kryzys jest więcej wolnego rynku i jeszcze większa deregulacja, czyli to, co doprowadziło do obecnej sytuacji. Rodzice mówią młodym ludziom, ze w ich czasach było naprawdę tragicznie, a media gloryfikują cięcia budżetowe, czyli to, co naprawdę ludzi może zaboleć.

Protest młodzieży z elitarnego liceum niczego w tym obrazie nie zmienia. Jak zwykle w Polsce manifestowała nieliczna grupka ludzi. Media kpiły z tego, że dzieci z zamożnych domów poczuły się oburzone, ale ja jestem daleki od naśmiewania się z tych młodych ludzi. Oni po prostu wiedzą więcej niż ich mniej wykształceni rówieśnicy i też chcą zmian. Nie są tak świadomi jak amerykańscy czy francuscy bogacze, którzy uważają, że są za nisko opodatkowani, bo ci ostatni po prostu dbają o swoją skórę. Widzą, że jeśli skala nierówności będzie się zwiększała to w końcu oni lub ich potomkowie drogo za to zapłacą. Manifestujący uczniowie wiedzą, że świat trzeba zmienić i wypowiadają się w imieniu tych, którzy jeszcze tego nie rozumieją.

Jeśli ktoś po przeczytaniu tego tekstu doszedł do wniosku, że ruchy takie jak „Oburzeni” czy „Occupy Wall Street” uważane są przeze mnie za coś, co musi zmienić świat to się myli. Nie wiem, co z tego wszystkiego wyniknie. Zbliża się zima, która zmrozi wszelkie tego typu protesty. Na to zresztą wielu liczy. W przyszłym roku, wiosną, nic już może z tego poruszenia może nie przetrwać. Jeśli jednak kryzys pod różnymi postaciami będzie nas kąsał (a ja jestem przekonany, że tak będzie jeszcze przez wiele lat) to dzisiaj zasiane ziarno wykiełkuje. Kiedyś z tego ziarna młodzi ludzie wypieką chleb i miejmy nadzieję, że nie będzie to chleb z zakalcem. Mówię o młodych ludziach, bo zgadzam się z lubianym przeze mnie Eduardo Mendozą: żeby świat zmienił się na lepsze młodzi muszą wyrzucić nas starych na śmietnik.

PS.  Gdyby ktoś miał wątpliwości: „wyrzucenie na śmietnik” jest przenośnią…

Piotr Kuczyński

www.blogbank.pl

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Antey 2011-10-26
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com