Agnieszka Wróblewska: Lekarstwo na kryzys

warsztat2013-02-21.

Kiedy rząd powinien pomagać finansowo przedsiębiorstwom? Piotr Duda, przewodniczący Związku Zawodowego „Solidarność”, udzielił na ten temat jasnej odpowiedzi w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” – powinien pomagać kiedy spada PKB, bezrobocie rośnie a firmy nie mogą sprzedać tego co produkują. Słowem zwłaszcza wtedy, gdy jest ogólnie bryndza, rząd powinien finansować podmioty gospodarcze. Te same, których celem jest tworzenie majątku narodowego a nie jego zubażanie.  Przewodniczący obawia się, i chyba słusznie, że właśnie w takich ciężkich czasach minister finansów będzie skąpił środków z Funduszu Pracy zasłaniając się trudną sytuacją budżetu.

Budżet jest dla związków zawodowych słowem znienawidzonym, wrogiem nr.1. Zresztą nie tylko dla zz. Pojęcie – ratowanie budżetu ludzie przyjmują z odrazą. Zasłaniając się budżetem władza gnębi ludzi. Chronić budżet – to tyle co oszustwo, zdrada, czy coś w tym rodzaju. Mówią, że trzeba chronić budżet – to znaczy że znów chcą nas oskubać. Co otworzę tv to słyszę oburzonych, że z powodu skąpstwa budżetowego nie starcza a to na teatr, a to na ratowanie  chorego, a przecież kultura i zdrowie są ważniejsze niż pieniądze.

– Nie można kosztem przedsiębiorstw i pracowników powstrzymywać kryzysu – uważa Przewodniczący. A czyim kosztem można? Tego nie podpowiada. Umowy śmieciowe – nie, ruchomy czas pracy – nie. Na „tak” są tylko gwarantowane stałe umowy o pracę z rewaloryzacją bez względu na kondycję gospodarki. I z obligatoryjnym wyrównaniem – w razie pogorszenia koniunktury.

Lepsze jest bogactwo od biedy a koniunktura od kryzysu, ale czary nie zamienią złej koniunktury na dobrą. Nie pomoże też powiększanie dziury w budżecie, żeby przedsiębiorstwa i pracownicy, jak chcą związki zawodowe, nie odczuły że mają pod górkę. Jedynym wyjściem jest, niestety, lepsza praca. Brzmi tak banalnie, że wstyd o tym pisać, a co dopiero mówić. Jednak banalna prawda o naturze człowieka jest taka, że spręża on się do skoku kiedy musi. Kiedy nie koniecznie musi woli święty spokój. Bo w gruncie rzeczy lenistwo jest przyjemniejsze od harówki. Ponieważ jednak harówka jest lepsza niż bieda, ludzie wysilają się bardziej kiedy mają nóż na gardle. Podobnie całe przedsiębiorstwa – większa mobilizacja sił następuje w obliczu zagrożenia.

I pracownik i przedsiębiorstwo ma taki sam cel – utrzymać się na powierzchni. Dlatego z ponurego czasu dekoniunktury można wycisnąć przynajmniej jedną korzyść – strach przed utonięciem przekuć w energię. Nie mówię, że dobrze wynagradzani pracownicy na umowach gwarantowanych leżeliby w swoich firmach brzuchem do góry, wiemy jednak, że gwarantowany spokój to nie jest skuteczny lek na zwiększanie wydajności pracy. Skuteczniejszym jest strach przed  katastrofą.

Prof. Krzysztof Rybiński, który zwykle przepowiada katastrofy gospodarcze i – na szczęście do tej pory – trafiał kulą w płot, przedstawił tym razem wyliczenie Światowego Forum Ekonomicznego, z którego wynika że Polska spadła w rankingu innowacyjności z 44 miejsca w świecie w roku 2010, na 63 miejsce w roku 2012. A w zakresie organizowania zamówień publicznych przez administrację spadliśmy z 76-go miejsca na 101. Krzysztof Rybiński tłumaczy to rozleniwieniem spowodowanym unijnymi dotacjami. Można spekulować na ile łatwy pieniądz skłania do wysiłku a na ile rozgrzesza z lenistwa i czy winne rozleniwienia są unijne pieniądze, faktem jest że, jak widać, nie bardzo chciało nam się ostatnio  główkować co i jak zrobić lepiej, taniej, szybciej. I nie bardzo urzędnicy się uwijali żeby organizować te zamówienia publiczne. Może firmy i urzędnicy żyli sobie zbyt spokojnie?

„Solidarność” chce, żeby firmom żyło się lepiej, a pracownikom dostatniej. Dlatego ich zdaniem każda umowa między pracodawcą i pracownikiem powinna być obarczona składkami ZUS. Chcą zrobić pracownikom dobrze, ale taka dobroć mogłaby im stanąć kością w gardle, bo pracodawcy jeszcze częściej będą uciekać od legalnego zatrudniania ludzi. Przywileje nie zawsze się opłacają, zawsze się opłaca wysiłek.

Mieszkam w podmiejskim osiedlu – dużo małych domów, do stolicy kilkanaście kilometrów, więc otwierają się tu wokół licznie małe biznesy usługowe. Na przykład warsztaty samochodowe. Odkąd samochód stał się już artykułem pierwszej potrzeby, samochodów jest tu więcej niż domów, nie dziwne więc, że także warsztaty bardzo się rozmnożyły. Dzięki temu, kiedy coś nagle nawali w wozie nie trzeba jechać gdzieś do dużej stacji obsługi, bo pod bokiem jest  uczynny i znajomy pan Zbyszek czy pan Andrzej. No i znacznie tańszy. Godzina pracy w markowej stacji obsługi kosztuje ok. 200 złotych, a w małym warsztacie, bez foteli i kawy dla klienta – najwyżej 50 złotych a w tym już jest ZUS, podatek, prąd itp.

Taniej może być dlatego, że właściciel nie liczy swoich godzin pracy, świadczy usługi sam, nie zatrudnia pracowników. Gdyby przyjął ludzi, kalkulacja byłaby już całkiem inna, nawet gdyby nie wszystko uczciwie wykazał w papierach. Zarobek właściciel warsztatu woli inwestować w rozwój techniczny i innowacyjność. Woli, bo musi. Nastała nowa epoka w motoryzacji i do warsztatu który pracuje na starym sprzęcie klient z nowym samochodem nie przyjedzie. Dlatego w ciągu ostatnich dwóch lat pan Andrzej zmienił w swoim warsztacie niemal całe oprzyrządowanie. Kupił komputery nowej generacji – bo dziś auta są naszpikowane elektroniką coraz bardziej złożoną. Jeszcze dwa, trzy lata temu komputer przy samochodach stosowano sporadycznie, teraz bez nowoczesnego komputera nie jest możliwa obsługa silnika. Nowe technologie w układzie wydechowym, nowe układy sterujące, czujniki, katalizatory. Nawet podwozia w wielu samochodach się zmieniły i pan Andrzej musiał kupić nowe podnośniki.

W małym biznesie pana Andrzeja zarobek idzie w postęp techniczny. Nie dlatego, że tak lubi nowinki, tylko dlatego że chce się utrzymać na powierzchni. W tym celu przeszedł też szkolenia specjalistyczne, czyli zainwestował w siebie. Pracuje sam, bo gdyby zatrudnił kogoś na stałe, koszty naprawy dynamicznie poszłyby w górę a w dół poszłaby liczba klientów. A klientów i tak ubywa bo warsztaty w czasie kryzysu rodzą się szybciej niż samochody.

W czasach PRLu, kiedy wszystkiego brakowało, prywaciarzy do naprawy samochodów też było za mało. Kto miał wtedy dobre dojście i dostał od władz stosowne zezwolenie, stawiał budę z blaszaka albo barak z pustaków i ratował właścicieli maluchów czy wartburgów. Warunki w tych przybytkach były prymitywne, ale nie po elegancję się tam jeździło. Mechanik-prywaciarz był wtedy złotą rączką jeszcze bardziej złotą niż teraz, bo często sam musiał dorabiać części zamienne. Niektóre warsztaty specjalizowały się nawet w regenerowaniu zużytych elementów.  Zepsutych silników nie wyrzucało się, jak dziś, na złom, tylko reperowało dopóty, dopóki taki trup nie ożył.

W swój biznes prywaciarze inwestowali wtedy ostrożnie. Nawet jeśli mieli pieniądze, a niektórzy zarabiali duże pieniądze. Ale im bardziej prymitywnie prezentował się wtedy prywatny biznes, tym większe miał szanse na przetrwanie. Kto się za bardzo wyróżniał z tłumu, mógł dostać większy domiar, a nawet stracić licencję. Był podejrzany. A że wszystko wokół biednie wyglądało, odrapane ściany nie raziły klientów. Teraz, kiedy całe otoczenie się zmieniło, wokół są eleganckie wille a samochody jak na Zachodzie, dziadowskie wnętrza i zardzewiałe wraki na podwórzu wyglądają nieco egzotycznie. A przecież są nadal i prosperują nieźle. Bo rynek samochodowy, jak każdy inny rynek jest dziś bardzo zróżnicowany. Jeżdżą po naszych drogach i ulicach nie tylko nowe auta, jeździ też mnóstwo wraków, które nawet częściej wymagają ratunku złotej rączki, a klient nasz pan, taką robotę się bierze jaka jest.

I teraz wrócę do postulatów pana przewodniczącego. Właściciele małych biznesów ciężko harują sami i nie chcą nikogo zatrudniać bo ich na to nie stać. Koszt pracy jest w Polsce bardzo wysoki, co rzecz jasna podnosi wskaźniki bezrobocia. Jeśli pracownik jest za drogi oficjalnie, to przyjmie się go na czarno, albo nie przyjmie wcale. Wiara że można biznesowi narzucić warunki spisane w postulatach związkowych jest wiarą w cuda. I nie dotyczy to tylko małych firm prywatnych. Jeśli w dużej firmie państwowej fundusz płac będzie rósł szybciej niż zyski, to zwłaszcza przy kiepskiej koniunkturze – albo firma padnie, albo dziury w budżecie się zwiększą. Trzeciego wyjścia nie widać.

Agnieszka Wróblewska

Print Friendly, PDF & Email

14 komentarzy

  1. de mowski 2013-02-21
  2. Mazowszanin 2013-02-22
    • rosomak 2013-02-22
  3. de mowski 2013-02-22
  4. Mazowszanin 2013-02-23
  5. Kotecki 2013-02-23
  6. bisnetus 2013-02-23
  7. Mazowszanin 2013-02-23
  8. kowalski 2013-02-23
  9. beel 2013-02-24
  10. sugadaddy 2013-02-24
  11. andrzej Pokonos 2013-02-25
  12. beel 2013-02-26
    • andrzej Pokonos 2013-02-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com