Ernest Skalski: Podzwonne

– Żeby on wreszcie zdechł! – przyznaję się z umiarkowanym wstydem, że właśnie tak a nie inaczej pomyślałem o Fidelu Castro, gdy prawie dwa lata temu zobaczyłem rozpadającą się Kubę. Może dlatego, że pamiętałem mój sprzed pół wieku zachwyt młodym szlachetnym rewolucjonistą. I ciągle, gdy myślę i piszę o dyktatorach, mam na uwadze zdanie napisane ponad dwadzieścia lat temu przez Jacka Maziarskiego, a mianowicie, że chyba nikt nigdy nie planował, że będzie krwawym tyranem, a tylu ich się pojawiało w historii.

Risky business

Cysorz to ma klawe życie, pod warunkiem, że legitymują go wieki dynastii i dekady spokojnego panowania. Dla większości dyktatorów w historii i w czasach współczesnych, per fas et nefas dochodzących do władzy, rządzenie to ciężki kawałek chleba. Ryzykowny interes. Przynajmniej od czasów Brutusa. Albo nie czytają albo nie są w stanie zastosować tego, co władcom doradza Machiavelli. A zaleca on, aby mądry książę – władca w renesansowej Italii – zdobywszy władzę, wymordował swych przeciwników, w tym potencjalnych. A gdy przestanie mordować, ukaże się jako już dobry, niegroźny i będzie mógł w miarę swobodnie rządzić. Natomiast książę, czując się początkowo niepewnie, postępuje oględnie. Umacniając swoja władzę, zaczyna regulować rachunki, likwiduje wrogów, coraz to nowych, bo zagrożeni takimi się stają. Klasyczny przypadek to Robespierre, który też chyba nie przeczytał, lub nie przyswoił sobie Machiavellego i rozszerzał obszar podejrzeń, tak że każdy w otoczeniu czuł się zagrożony. I w końcu obalił go i zgładził spisek tchórzy, przy obojętności zmęczonego ludu Paryża.

Przy Stalinie też nikt nie mógł czuć się bezpieczny, lecz próba obalenia czy zamachu nie wchodziła w rachubę przy fanatycznym poparciu mas dla wodza i ojca narodów radzieckich, chorążego pokoju, przyjaciela i nauczyciela. Po jego śmierci wierchuszka zdała sobie sprawę, że znalazła się w rękach Berii, który wprawdzie miał pomysły na jakąś racjonalizację systemu, lecz pozostawał niebezpieczny dla otoczenia. A ponieważ nie miał masowego poparcia, więc można go było usunąć i zabić.

Upadek dyktatorów następuje, gdy zawodzą oni i swój własny aparat i te warstwy społeczne, które ich popierały. Junta tzw. czarnych pułkowników w Grecji upadła, gdy bezrozumnie rozpoczęła konflikt zbrojny o Cypr z wielokrotnie silniejszą Turcją. Podobnie upadła dyktatura w Argentynie, zakładając, że Margaret Thatcher pozwoli odebrać Zjednoczonemu Królestwu Falklandy.

Dziś po krwawym i sromotnym upadku Kadafiego wraca problem jak się pozbywać dyktatorów. Odpowiedź brzmi: różnie. Różni są bowiem dyktatorzy, od biurokratycznych autokratów, jakim był zapomniany już portugalski premier Salazar do maniakalnych morderców typu ”cesarza” Bokassy w Środkowej Afryce czy Idi Amina w Ugandzie, by nie sięgać do Kaliguli lub Iwana Groźnego. Jedni dyktatorzy umierają i zostawiają po sobie ruiny i zgliszcza, jak m.in. Mobutu, ale też niektórzy szykują zręby demokracji, jak Franco. Są tacy, którzy sami oddają władzę i żyją potem w swoim kraju, stawiając czoła swym przeciwnikom i ciesząc się poparciem swych zwolenników, jak Pinochet i Jaruzelski. Są tacy, których z poparciem dużej części społeczeństwa i z aplauzem świata, odsuwa od władzy wewnętrzny mechanizm polityczny, posyłając ich do Hagi, jak serbskiego Milosevicia, czy oddając rodzimym sądom, jak argentyńskiego Videlę. Są wreszcie tacy, których krwawe panowanie kończy się krwawym akordem wojny domowej – i nie tylko domowej – a potem jest długotrwały konflikt wewnętrzny.

Nie ma przepisu na kończenie dyktatury ani na udział w tym zbożnym dziele czynników zewnętrznych. Chinom nikt nie podskoczy, a zresztą, kraj ten się raczej zmienia na lepsze, są tam zarysy opozycji, pojawiają się postawy roszczeniowe wśród robotników. Castro i Mugabe niebawem umrą i warto spokojnie poczekać, reżim Łukaszenki jest oburzający, lecz nie na tyle, by wybuchło tam powstanie zbrojne i nie morduje on swego narodu, tak jak Czerwoni Khmerowie w Kambodży, gdzie musiał interweniować komunistyczny Wietnam. Kim Dzong Il, owszem, morduje, ale jest zbyt groźny i szalony, by można go było zaatakować.

Dyktatorzy uważają, że maja prawo w swym kraju i ze swoimi podanymi robić co chcą, a nikt z zewnątrz nie ma prawa mieszać się w ich wewnętrzne sprawy. I są w świecie zwolennicy uważający, że tak właśnie ma być, zgodnie z precyzyjnym prawem międzynarodowym, a nie z prawami człowieka, mającymi bardziej hasłowy charakter. Stosunkowo łatwo wprowadza się różne sankcje wobec różnych dyktatorów, lecz na nich to nie robi wrażenia. A interwencja siłowa następuje wówczas kiedy interweniujący uważają, że przebrała się miarka nieprawości dyktatora wobec własnego narodu, że zagraża on innym narodom oraz, że interwencja okażę się łatwa i skuteczna – Kosowo i Libia – ale co nieraz bywa omyłką: Irak i Afganistan.

Takie postępowanie jest piętnowane jako cyniczne. I słusznie. A z drugiej strony; czy krwawi despoci mają liczyć na bezkarność tylko dlatego, że nie można dosięgnąć innych krwawych despotów?

Na swój użytek przeprowadzam niezbyt ścisłą klasyfikację ludzi na szczycie władzy, lub zmierzających na szczyt. Są to…

…lider, wódz, dyktator, tyran

Lider to primus inter pares, lub trochę, lecz tylko trochę, więcej. Pewnie i z przekonaniem kieruje krajem, jakąś ważną strukturą, ruchem, partią, dosyć zdecydowanie popierany przez większość kierowanych.  Legitymacją upoważniającą do sprawowania funkcji są przeważnie wybory. Jest to postać całkowicie na miejscu w demokracji. Takimi liderami – a jest to rola przechodnia – są teraz w Polsce Tusk, Kaczyński, Palikot. Kaczyński pretenduje do następnego szczebla, jakim jest wódz. Lecz taki z prawdziwego zdarzenia jest potrzebny w dramatycznych okolicznościach, w warunkach zagrożenia. Nawet gdy pełni funkcję z urzędu czy z wyboru, korzysta ze swoistej aklamacji, z daleko idącego poparcia, gorliwości, gotowości do ofiar. Gdy pojawiły się plotki, że prezydent Wałęsa może dokonać zamachu stanu, nie widziałem nikogo kto by gotów był umrzeć za Wałęsę, tak jak byli tacy, którzy ginęli za Piłsudskiego.

Cezar i Napoleon byli wodzami, którzy stali się dyktatorami. Churchill i de Gaulle, bez wątpienia wodzowie swoich krajów, oddawali władzę po niekorzystnych dla siebie wyborach czy referendum. Rządząc przez jakiś czas, nie byli dyktatorami. Nie był nim Jan Sobieski, któremu zwycięstwa dały elekcyjną koronę. Bardzo oględnym dyktatorem był Naczelnik Kościuszko. Wódz Piłsudski nie miał nieograniczonej władzy jako Naczelnik Państwa do 1922 roku. Dyktatorem został dopiero po zamachu majowym w 1926 roku, lecz raczej nie był tyranem, mimo procesu brzeskiego i paru innych grzechów przeciw praworządności.

Tyran, rzadziej nazywany satrapą, bowiem to dyktator, który rządzi, nie licząc się z prawem, dysponuje swoimi poddanymi, niekoniecznie licząc się z ich interesami i poglądami, na dużą skalę stosuje przemoc wobec nich i grozi nią.

Tak jak nie ma jednego sposobu pozbywania się dyktatorów, tak nie ma patentu na zapobieganie dyktaturom. Wiadomo, że dyktatura nie powstanie w systemie prawdziwie demokratycznym. Nawet jeśli władza staje się po trochu autorytarna. Były więc na Węgrzech dyktaturą krótkie rządy Beli Kuna podczas komunistycznej rewolucji w 1919 roku, było dyktaturą długie panowanie regenta Horthy’ego, a także władza komunistów, Rakosy’ego i Kadara, a nie są nią dość bezwzględne rządy Victora Orbana. Sprawdzianem jest to, czy taki rząd może przegrać wybory i czy po nich odejdzie. Jak by więc krytycznie patrzeć na epizod IV RP, nie była to dyktatura.

Mało już dyktatorów i tyranów z bożej łaski, monarchów dziedziczących czy zdobywających władzę absolutną. Gdzieniegdzie – Maroko, Bhutan – światli monarchowie sami się zabezpieczają przed rewolucją i chaosem, wprowadzając stopniowo mechanizmy parlamentarne. Może im to pomóc, ale nie musi. Niebezpieczni są ideowcy, przyjaciele ludu chcący usunąć zło. Z niedawnych; Chavez w Wenezueli, Morales w Boliwii. Przeważnie są to komuniści zdobywający władzę, lub demokraci stający się komunistami pod wpływem późniejszych wydarzeń – Castro i jego barbudos. Komunistą nie był i nie został pułkownik Peron. Wystarczył jednak jego populizm, by Argentynę na trwałe wyprowadzić z grupy najbogatszych krajów świata i by peronizm do dziś stanowił dla niej wewnętrzne niebezpieczeństwo. Dobrze dla swego narodu chcieli też Mussolini i Hitler, uważając, że tym najwyższym dobrem ma być ich władza. Generałowie Franco – Hiszpania 1936 – i Pinochet – Chile 1973 – byli, przynajmniej na początku, bardziej altruistyczni. Zbuntowali się przeciw legalnym rządom swych państw w przekonaniu, że są to rządy szkodliwe i niebezpieczne. I nie były to przekonania całkiem bezpodstawne.

Istotne jest czy dyktatura jest totalitarna, oparta na wszechogarniającej idei, czy może na pozornie racjonalnych przesłankach. Czy ma osobisty charakter, czy też rządzi junta; jawna lub tylko faktyczna. Przeważnie, nawet jak nie ma wodza, to on się szybko wyłania. Takim, po śmierci Lenina, okazał się sprawny i bezwzględny ambicjoner, Stalin. Junta może czasem uważać, że taka jednostka jest wyrazistym szyldem dyktatury, lecz w praktyce taki osobnik zaczyna faktycznie rządzić. Szyld okazuje się skuteczny i zapewnia nieodzowne poparcie.

Żaden dyktator, żadna junta nie rządzi bowiem na zasadzie jeden przeciw wszystkim. Chwilami, w dramatycznych momentach, ma za sobą zdecydowaną większość narodu. To się udało Hitlerowi. Kiedy dochodził do władzy nie miał jeszcze nawet w Reichstagu większości. Zdobył poparcie, odnosząc sukcesy w gospodarce i początkowe zwycięstwa na frontach. Udało się też Stalinowi, gdy w trakcie wojny okazało się, że Hitler jest jeszcze straszniejszy od niego. Stalin, który był współsprawcą tej wojny i ponoszonych cierpień, zyskał kapitał poparcia, który mu starczył do śmierci.

Mało tego. Jeszcze teraz, prawie sześćdziesiąt lat później, ten kapitał procentuje autorytarnej władzy.

P.S. Uważam, że każdemu należy się uczciwy, bezstronny sąd. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem kary śmierci. Wszelako nie potrafię w sobie wzbudzić oburzenia i współczucia w przypadku śmierci Saddama, Osamy Ben Ladena i Kadafiego. Jak ktoś się bierze za taki biznes musi uwzględnić w kalkulacji również i takie zakończenie.

Ernest Skalski

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. rzech 2011-10-24
  2. Andrzej P. Woźniak 2011-10-24
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com