Stefan Bratkowski: Czy trzeba tu jakiejś lewicy

Tak, rzeczywiście, powrót Leszka Millera do kierowania SLD nie musi niczego dobrego tej partii wróżyć. Nie dlatego, że ktoś mu wypomni wożone radzieckie pieniądze czy podróże Ałganowa, z urzędu (sekretarza ambasady) szefa radzieckiej siatki na Polskę, do Skierniewic Millera (kryptonimy – „Olin”, „Minim”, „Kat” – nadaje ktoś taki swoim „kontaktom”, czy te „kontakty” wiedzą, czy nie). To naprawdę dziś bez znaczenia – podpisywał akt wejścia Polski do Unii Europejskiej. Natomiast była klasa panująca „realnego socjalizmu” przeszła na kapitalizm i tylko trochę dawnego aparatu partyjnego głosuje na SLD, z towarzyskiego raczej przywiązania. To dzisiaj górna część warstwy średniej, ludzie zamożni, bywa że utalentowani biznesmeni, a i świeży lewicowiec Palikot jest podobno jednym z najbogatszych ludzi kraju.

Będą się z nim ostrożnie licytowali na radykalne, lewicowe hasła, też nie przesadnie radykalne, bo warstwy niższe albo dla zachowania świętego spokoju głosują na Platformę, albo dla nacjonalizmu (z domieszką antysemityzmu) – na PiS. Z SLD jako partii starych znajomych Napieralski wypchnął najinteligentniejszych, a potem – najbardziej doświadczonych; dziś trudno sobie wyobrazić, by Aleksander Kwaśniewski wrócił pod komendę Millera – choć uzgadniano z nim próbę ratowania, co się da. „Wszyscy znajomi” są poza tą partią. A jeśli siądą razem do jakiegoś swojego „okrągłego stołu”, wymyślą razem co najwyżej atrakcyjniejsze, inteligentniejsze hasła.

Przyciągną do perspektywy karier inteligentną młodzież, lepszy materiał na karierowiczów. Tacy jednak zezują raczej na Palikota, bo innej oferty nie ma. W powietrzu jest lewicowo, a każda młodzież – także ta –  szuka ideałów lub karier. Oni tylko nie wiedzą, że gdyby zastosować recepty, jakie sobie wyobrażają, zamiast karier mieliby powtórkę z rozrywki. To pokolenia bez doświadczenia komunizmu, PRL-u… I bez żadnej wiedzy o gospodarce, ot, klasyczni rewolucjoniści na utrzymaniu rodziców. Z hasłami „sprawiedliwości społecznej” oskarżają bezlitosny kapitalizm, ale nawet nie znają Marksa, nawet w minionej karykaturze. Nie wiedzą, że dla „dyktatury proletariatu” trzeba by znaleźć proletariat. Są dziś nim wyłącznie studenci po niepotrzebnych nikomu studiach. Już Marcuse głosił studentów ostatnią klasą rewolucyjną.

Zorganizowany smarksizm, który deklaruje, że mu bliżej do PiS-u jako obrońców ludu niż do Platformy, też nie jest żadną alternatywą. Walka klasowa z zamożnymi rodzicami jest może jakąś ideologią, ale wśród powszechnej obojętności mija bez szelestu w mediach, nawet w tych, co to szczują wszystkich przeciwko wszystkim. Ludziom, którzy współcześnie mianują się lewicą, na ogół zależy na tym samym, co dawnym rewolucjonistom epoki terroru – żeby warstwy niższe, czyli „masy” (dziś mówi się „biedni i wykluczeni”), upoważniły ich do występowania o władzę w imieniu „mas”. Już bez pracy przy gilotynie dla usuwania konkurencji, bez późniejszej po to samo palby z maximów czy mauserów, ryzykownej, bo konkurenci strzelali czasami lepiej. Wystarcza propaganda, zwana dziś „marketingiem  politycznym”. Jej słabość w zawracaniu głów „ludowi” polega jednak na tym, że identycznymi populistycznymi hasłami posługuje się i skrajna prawica, nie aż taka, która dla jedynowładztwa morduje równie dobrze kolegów, ale, ot, pokojowa, która koleżanki i kolegów nie-kaczyńskich tylko usuwa ze swojej partii.

Dziś nie łatwo być szczyrą lewicą: „lud” wcale nie chce być ludem, „warstwy niższe” – warstwami niższymi. Do młodzieży tych warstw jednak trafiają hasła i zamiary rrrewolucyjne, bo najzdolniejsi chcą szybko w górę. Nie dowiadują się oni, że marksizm był ponad sto lat ciężką chorobą lewicy, którą skaził uproszczonymi, fałszywymi wizjami jutra. W krajach, gdzie zapanował, jak u nas, wyparł ze świadomości ludzkiej nawet wyobrażenie normalnej lewicy – tej sprzed Marksa i obok marksizmu. Opowieści o prawdziwej lewicy brzmią dziś jak bajki o żelaznym wilku! Ale w XIX wieku inteligentni ludzie, nazywający siebie „socjalistami”, przejęci „kwestią socjalną”, zakasywali rękawy i ówczesnym warstwom niższym w Anglii pomagali uczyć się, organizować, tworzyć własne instytucje postępu. By same one awansowały do względnego przynajmniej dobrobytu i zamożności, do cywilizacji i kultury, do ról pełnowartościowych, pełnoprawnych obywateli – z odpowiednią pozycją w życiu publicznym. Choć brzmi to jak  pozytywistyczna bajka – ci ludzie zrobili swoje. Wbrew Marksowi robotnicy angielscy nie tylko nie zbiednieli, ale osiągnęli, jeszcze w XIX wieku!, zamożność bliską warstwie średniej. I to zorganizowani robotnicy wywalczyli w Anglii prawo głosu dla warstwy średniej! Anglię poprowadził do zwycięstwa w pierwszej wojnie światowej syn walijskiego górnika, samouk, David Lloyd George. Liberał, nie socjalista. Autor cennych reform społecznych. W poczuciu, że wszystko, co mądre, jest osiągalne – wychowywały go popularne książeczki lekarza-społecznika, Samuela Smiles’a, wznawiane przez pół stulecia.

W minionym ustroju, a jeszcze i dzisiaj, ludzie, uważający się za „lewicę”, czerpią ze wzoru Anglii, ojczyzny nowoczesnej cywilizacji, doktrynę Karola Marksa, który ponad 30 lat mieszkając w Anglii, nigdy nie przekroczył progu robotniczego domu. Niestety, jego nauki znalazły drogę do mózgów młodych awanturników, którzy odkryli, że w imieniu warstw niższych swego społeczeństwa można zaprowadzić dyktaturę niedouków. Przydawały się te nauki dla celów rewolucji, to prawda. Wiem, co mówię: sam wedle trafnych wskazówek marksizmu mobilizowałem w latach 1955-56 dwudziestoletnich rówieśników przeciw „czerwonej burżuazji”, aparatowi partyjnemu, powołującemu się na marksizm; nasza „rewolucja” znajdowała sojuszników w zorganizowanych produkcją przemysłową, jak wskazał Marks, „oddziałach armii rewolucyjnej”, czyli „klasie robotniczej”. Tyle, że wyrzekaliśmy się przemocy i nie sięgaliśmy po władzę, wiedząc z doświadczenia jakobinów i bolszewików, że nie umielibyśmy rządzić.

Dopiero potem dowiadywałem się i starałem się latami przekazywać swoim czytelnikom, co naprawdę umieli Anglicy dzięki autentycznej lewicy, czym zajmowali się autentyczni ludzie „lewicy”, dawni „socjaliści” – „chrześcijańscy socjaliści” w rodzaju Kingsleya, potem „fabianie” i Partia Pracy, Labour Party. Taka lewica przydałaby się i dzisiaj w Polsce – gdyby nie chodziło tylko o władzę i posady. Lewicą może zaś być skrzydło partii centrowej, albo i lewica bez żadnej partii.

To była cała gama działalności rozwojowej. Ubezpieczenia wzajemne, które zatrzymywały pieniądze ubezpieczonych w ich kieszeniach, w tym – ubezpieczenia zdrowotne. Ruch oszczędnościowy z prowadzeniem budżetów domowych. Systemy pomocy wzajemnej – od wychowania dzieci po zorganizowaną emigrację. „Kolegia ludzi pracujących”, „uniwersytety rozszerzone” czy duńskie „uniwersytety ludowe”, przekazujące różnoraką wiedzę, wraz z dyskusją, po godzinach pracy zarobkowej. Upowszechnienie umiejętności czytania i pisania, wydawanie tanich książek w masowych nakładach, dyskusyjne „kluby wielkich książek”, uczące demokracji i ról obywatelskich. Spółdzielczość spożywców (tam, gdzie mogła się przydać). Spółdzielczość budownictwa mieszkaniowego. Gazety takie jak Williama Cobbeta, urabiające ambicję postępu i umiejętności społecznych… Przygotowanie do ról współgospodarzy i nawet współwłaścicieli przedsiębiorstw, w których się pracuje (Fourier, gdyby dożył Marksa, uznałby walkę klasową wewnątrz konkurującego na rynku przedsiębiorstwa za nonsens w samym założeniu). Zwalczanie alkoholizmu (w dzisiejszej Polsce statystykę 13 litrów czystego spirytusu na głowę zapewniają nam ludzie mało i najmniej zarabiający). To wszystko było i jest nadal interesem warstw niższych, jeśli ktoś zechce się tym interesem przejąć. Do tego przede wszystkim było trzeba i potrzeba dzisiaj „lewicy”. Słyszeliśmy kiedyś od organizatora SLD coś o socjaldemokratycznych wzorach, ale dzisiaj i Labour Party zapomniała, czym była.

W naszych czasach Anglicy, owszem, tak się wzbogacili, że ich wszystkich jako warstwy średniej przestali obchodzić wyobcowani potencjalni awanturnicy, skonfliktowani z własnym krajem i społeczeństwem, z jego tradycją. Ale jeszcze parę zaburzeń i zniszczeń, a dojdą ci Anglicy do wniosku, że nie wystarczy na to policja. Potrzeba dawnej Labour Party. Naszej młodzieży też by się taka przydała.

Nie spodziewam się jej, niestety, w Polsce. Na razie wraca aparat. Smarksizm też nie lepszy.

PS W Polsce i wieś nie ma swojej partii. Partia chłopska doświadczeniem grójeckich plantatorów owoców z ich własną spółką handlową, spółką zbytu, przekonała by chłopów polskich, że warto się zrzeszać i nie oddawać połowy ceny detalicznej swych produktów pośrednikom.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. Marcin Fedoruk 2011-10-25
  2. Baczyński 2011-10-29
    • Beata 2011-10-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com