Alina Kwapisz-Kulińska: Dziwne tytuły

2013-02-26.

Gazety i czasopisma od początku istnienia mają tytuły. Początkowo oddawały ich informacyjny charakter. Z czasem prasa zaczęła się dzielić na pisma polityczne i inne. Wydawcy przeznaczali je dla odbiorców mniej lub bardziej wymagających intelektualnie, dla członków narodowości lub wyznawców religii, dla osób o różnych poglądach. A wszystko to mniej lub bardziej udatnie starali się odzwierciedlić w tytułach.

Jak było przed wojną?

Jakie są korzenie naszej prasy zajmującej się polityką? Dla demokracji ważna jest historia, mocna tradycja wolnego słowa. Przyjrzyjmy się, aby sobie powiedzieć: skąd przychodzimy i dokąd idziemy.

Prasę przedwojenną mam obczytaną solidnie. Na studiach przeznaczałam całe godziny na lekturę „starych gazet”. Nałóg pozostał do dziś. Stąd zapewne mój specyficznie historyczny zespół skojarzeń. Na ich podstawie patrzę – od roku wolności prasy, czyli 1989 – na to, co się w niej dzieje. W roku 1991 w tygodniku „Po prostu” opisałam, co ku zdziwieniu odnalazłam w kiosku. Żywą i dość prymitywną wówczas kontynuację przedwojennej prasy narodowej. I jej szczególnego odłamu – ONR-owskiego. Tak, jakby lata PRL-u były zamrażarką, w której przechowało się sporo tego szczególnego towaru. Odmrożony – odżył. I żyje.

Demokracja mu sprzyja. Jak i cisza, która go otacza. Rozmrożony towar odświeżono, poperfumowano, opakowano w plastikowe pudełeczka. Jądro pozostało to samo: cyniczne wykorzystywanie demokracji do tego, aby ją najpierw podważać, potem zniszczyć. Bo za słaba. Nie odpowiada aspiracjom. Tłumi jedynie słuszne opinie. Nie dopuszcza do działania tych, którzy mają najszczytniejsze zamiary, chcą najlepiej, a w dodatku mają rację. Bo są prawdziwymi patriotami.

Tacy sami byli ci przedwojenni. Rośli w siłę. Nie przeszkadzało im, że na równi z komunistami trafiali do Berezy Kartuskiej. Że państwo przed nimi się broniło. Że sprzeciwiał się im ogół. Najpierw chcieli rządzić szczegółem: walczyli (kastetami i żyletkami) o uniwersytety. No i o rząd dusz, zwłaszcza młodych, za pomocą prasy. Jakkolwiek cenzura istniała, prasa była w zasadzie wolna. Jak z tej wolności korzystano?

Statystyka mówi wiele

Korzystam z przedwojennego „Katalogu Prasowego”, wydawanego przez Wydawnictwo Ogłoszeń PAR [Polska Agencja Reklamy] w Poznaniu. Wykaz pism wychodzących w II RP podawano na podstawie informacji otrzymanych od wydawców. Wśród informacji o miejscu wychodzenia, nazwisku lub nazwie wydawcy, nakładzie itd., była także rubryka dotycząca charakteru tytułu. I ona pozwalała się orientować w charakterze pism. Zajmę się szczególnym ich odłamem. Prasą narodową. Z odnotowaniem jeszcze bardziej szczególnego jej odłamu. Pism, które same siebie określały jako antysemickie. Dzisiaj są dla nas egzotyczne. A jednak wiele mówią o pewnej szczególnej mentalności, która przetrwała zawieruchy historii i nadal ma się nieźle.

Wybrałam do porównania katalogi prasowe z kilku lat. Rok 1925 potraktowałam jako wyjściowy. Zaleczono, choć pobieżnie, rany wojenne. Kraj się dźwigał. Był to czas sejmokracji, nie przytemperowanej jeszcze zamachem majowym. Z kolei rok 1933 był kolejnym rokiem strasznego kryzysu i bardzo powolnego wychodzenia z niego. Biedne społeczeństwo radykalizowało się nie tylko w Polsce. W Niemczech do władzy doszedł Hitler. W ZSRR Stalin sposobił się do czystek. Wrzenie ogarniało Francję i Hiszpanię. W roku 1936 można głębiej wniknąć w to, do czego prowadzi radykalizm. A zwłaszcza analiza ostatniej edycji katalogu, z podwójnych lat 1938/39, przynosi wyraźniejszy zarys rodzącej się nowej epoki. Przyszła wojna. To, co się tuż przed nią rodziło, zamarło. Ale nie zginęło. Zostało zahibernowane.

Od roku 1925 po 1939

roku 1925 ukazywało się w Polsce ponad 50 pism, które wydawcy sami określali jako „narodowe” (katolicko-narodowe, radykalnie narodowe itp.). Antysemickimi nazywały siebie trzy. Ówczesne pisma narodowe najczęściej miały tytuły typowe dla całej prasy, obojętne emocjonalnie („Gazeta Warszawska”. „Głos Lubelski” czy „Dziennik Wileński”). I takich była większość. Ideowego charakteru pisma nie dawało się odczytać z tytułu, znał go tylko stały czytelnik. Ale niektóre pisma, można powiedzieć, starały się być bardziej narodowe od innych, co akcentowały właśnie tytułem. O ile z tytułu nie wynikało, że kielecki „Głos Młodzieży”, określający się sam jako pismo nacjonalistyczne, jest takim, o tyle pisma z Narodem w tytule, z Ojczyzną, z Polską, takimi na pewno były. Takich tytułów w roku 1925 nie było wiele.

roku 1933 pism deklarujących się jako narodowe było już blisko siedemdziesiąt. Antysemickich pięć: krakowskie, poznańskie, dwa z Katowic, z Grudziądza „Prawda w oczy”. Tytuły mówiły wiele. „Czarna Księga” niepokoiła i zastanawiała, „Do czynu” wyrażało intencję, by nie rzec – groźbę. W ogóle tytuły pism, wraz z radykalizacją społeczeństwa, które wraz z Wielkim Kryzysem popadało w groźną nędzę, zaczynały brykać. Dawniej „hecne” tytuły miały głównie pisma satyryczne. Stopniowo już nie tylko one stawiały na przyciągnięcie czytelnika i przyciągniecie uwagi winietą. Dosłowność, by nie rzec wręcz łopatologia, musiała zwracać uwagę i przynajmniej zastanowić. Pojawiła się np. „Walka z Bolszewizmem”, akademickie pismo lwowskie „Dyszel w głowie” (nawiasem, było to pismo katolickiego „Odrodzenia”, z, bodajże, debiutem Jerzego Turowicza), „Młody Hufiec”. Wreszcie była bogata gama „Orędowników”, pism wychodzących w różnych miejscowościach, które, określając się „tylko” jako katolicko-narodowe, były ostro antysemickie.

rok 1936? W katalogu pism o charakterze narodowym jest mniej, na powrót pięćdziesiąt. Tyle że niektóre z nich się nie deklarowały takimi, jakimi de facto były. Na przykład „ABC Nowiny Codzienne”, „Apel”, „Czuj Duch”, „Awangarda Państwa Narodowego”, „Czyn”, „Front Polski Zbudzonej”. Pisma nazywające się antysemickimi były na powrót znów tylko trzy: jedno krakowskie i dwa z Poznania – „Pod Pręgierz” (tam publikowano m.in. zdjęcia kupujących w żydowskich sklepach; w ramach „cywilizowanego” antysemityzmu „tylko” gospodarczego) i „Samoobrona Narodu”, wiadomo przed kim.

Gwałtowny skok ideowy, by nie rzec – postęp, obrazuje katalog 1938/39. Jest w nim blisko osiemdziesiąt pism, które same się określają jako narodowe. Wiele z nich to pisma regionalne. Najbardziej wyraziste tytuły – mowa wprost, a nie mruganie okiem – miały te, które same się określały jako antysemickie czy antyżydowskie. Przytoczę wszystkie; liczba ich poważnie wzrosła: „Prawda Narodowa”, „Szabeskurier”, „Hasło Wybrzeża Polskiego”, „Pokrzywy” , „Pod Pręgierz”, „Samoobrona Narodu”, „Bez Pardonu”, „Narodowiec”, „Alarm”, „Praca i Duch Narodu”. Skądinąd wiem, że także warszawskie „Wiem wszystko”, nazywające się informacyjnym, informowało głównie o tym, kto jest Żydem. Mocno antysemicki charakter miał także „Mały Dziennik” z Niepokalanowa, ukazujący się w nakładzie monstrualnie wysokim jak na czasy przedwojenne (185–200 tys.), sam określający się w katalogu jako pismo „informacyjno-religijne”.

AKK_tytuł_03Tak jak i poglądy, zradykalizowała się pod koniec lat 30. XX wieku moda na tytuły prasy. Zaczęły być mocne, jak uczucia, które przekazywały. „Nowe Życie”, „Głos Narodu”, „Polska Karta”, „Obrona Ludu”, „Awangarda Narodu Polskiego” (skromnie występująca jako pismo polityczne), „Polska Narodowa”, „Młody Narodowiec”, opisany jako pismo „polityczne i społeczne”, „Sztandar Polski”, „Akcja Narodowa”, „Akcja Samoobrony Gospodarczej” „Falanga”, „Prosto z Mostu” (najbardziej znane pismo społeczno-literackie Stanisława Piaseckiego, o nakładzie wyższym niż „Wiadomości Literackie”), „Myśl Narodowa”, „Myśl Polska”, „Nakazy Dnia”.

Jak widać, pisma narodowe, ale i antysemickie, znajdowały się na fali wznoszącej. Skoro powstawały wciąż nowe, to znaczy, że było na nie zapotrzebowanie. Że były w nich treści komuś potrzebne. Historie, które ktoś chciał czytać. Postulaty do wypełnienia.

Jak jest dzisiaj

AKK_tytuł_02Do przypomnienia podkładu historycznego skłonił mnie widok witryn na dzisiejszych półkach z prasą. Pomijam te z pismami dla kobiet, mężczyzn, dzieci, prasą specjalistyczną czy naukową, z gazetami codziennymi (to oddzielny temat-rzeka). Mój wzrok przyciągnęła różnorodność tygodników politycznych. Nazwanych dziś tygodnikami opinii. I ich tak bardzo różne tytuły. Obok „grzecznych”, odsyłających do zawartości informacyjno-publicystycznej, jak „Polityka”, „Newsweek”, „Przegląd” czy „Wprost” (utworzone przez b. notabla z PZPR, dyskretnie nawiązywało do znanego z historii „Po prostu”; jeszcze się nie odważano zżynać go wprost, jak dzisiaj w TVP), stoją na półce kolorowe tygodniki o niebanalnych nazwach „W Sieci”, „Uważam Rze”, „Do rzeczy”. Co mówią te dziwne tytuły? O czym mówią? Do jakich skojarzeń odsyłają? W jakiej sieci, do jakich rzeczy?

Te tygodniki nazywają się i kłócą o to określenie – zawłaszczone – niepokornymi. Jeden z nich reklamuje się (wydawca musi sporo supłać na tę reklamę) jako „pismo młodej Polski”. Choć wśród redaktorów nie brak i zasłużonych dla polskiego dziennikarstwa sześćdziesięciolatków, i bojowych czterdziestolatków. Tytuły uczą młodych, jak iść przebojem. A autorzy tych pism wspierają swoje prasowe dokonania tymi właściwymi dla ery Internetu: witrynami z „polityką” i „niezależnością” w nazwach. Pomijam przy tym blok wydawnictw „Gazety Polskiej”. Przywłaszcza sobie „tylko” polskość, przynajmniej się nie kamuflując.

Z protoplastami przedwojennymi coś wyraźnie te pisma łączy. Grają podobne melodie. To pogarda dla słabej demokracji. To patriotyczne wzmożenie ideowe o specyficznie wysokiej temperaturze. To koncepcja wroga, z którym nie tylko można, ale wręcz trzeba walczyć wszelkimi metodami, z pomocą wszelkich sił. W imię wyższych racji.

Pisma narodowe dzisiejszej doby pewnie same by się tak nie nazwały. A w każdym razie nie wszystkie. Nie chylą głów przed władzą, nawet gdy demokratycznie wybrana. Wolno im, bo ludzie są oszukiwani. To usprawiedliwia, a nawet wymaga tworzenia alternatywnego świata państwa podziemnego. Gdzie panuje świat właściwych, dobrze rozumianych pojęć, języka, metod. Wszystko w tym świecie jest takie, jakie się chce, aby było. Słowa mają nowe znaczenia. Wywołują z jednej strony poczucie zagrożenia, z drugiej – siły, którą daje przynależność do grupy posługującej się własnym kodem. Tak robili wszyscy radykałowie świata. Zwracali się do młodzieży.

Zwłaszcza tej młodzieży z kompleksami. Przed wojną: studentów z biednych wsi i miasteczek, z robotniczych slumsów (narodowcy byli silni w Łodzi tak, jak i komuniści). Dzisiaj: stadionowej. Z blokowisk. Dzięki „sieci” młodzi ludzie o określonych potrzebach duchowych i życiowych zaczynają mówić „do rzeczy”, można powiedzieć. Że pokrzyczą na uniwersytecie, przed wykładem? To nic. To wolność słowa. Że podpalą samochód stacji telewizyjnej? To dlaczego telewizja kłamie? Że napiszą w gazetce, kto jest Żydem, a kto pedałem? Przecież cenzura by była haniebna bardziej od tych „prawd”.

Pisma o dziwnych tytułach walczą co tydzień, aby było pięknie. Z narodowymi flagami w każdym oknie. Z pochodami w dni wymyślanych wciąż nowych patriotycznych świąt. Z miesięcznicami najważniejszego wydarzenia nowożytnej ery.

Pism o dziwnych tytułach kioskach jest w kioskach coraz więcej. Ich paki leżą na poczesnych miejscach (wydawcy płacą kioskarzom za lokowanie produktu), przysłaniają inne. Aroganckie już na okładkach (taka moda), w środku dziwne, jak ich tytuły. A zarazem dziwnie znajome każdemu, kto zna choć trochę zaangażowane politycznie w tym duchu pisma sprzed wojny.

Alina Kwapisz-Kulińska

PS Dla przedstawienia charakteru tła historycznego zacytuję dwie notki z jednego numeru łódzkiego „Głosu Porannego” z 2 marca 1939 roku:

„Policja stołeczna wykryła wczoraj sensacyjną aferę szantażową. Przed niedawnym czasem zgłoszono do władz administracyjnych w Warszawie petycję o wydanie zezwolenia na prowadzenie czasopisma p. n. ,Front aryjski’. Władze odmówiły nadania takiej nazwy pismu. Wówczas wpłynęła nowa prośba, w której petenci zgłaszali czasopismo pod nazwą ,Walka o przyszłość’. Redaktorem pisma miał być niejaki Marian Leonard, wydawcą, Zygmunt Wojtasiak. Czasopismo miało nosić charakter wybitnie antysemicki. Tymczasem jednak pierwszy numer jaki się ukazał, zawierał cały szereg ogłoszeń firm żydowskich. Jak się okazało, ogłoszenia te ukazały się bez wiedzy tych firm. Niebawem zjawił się w poszczególnych firmach ,redaktor’ Leonard, domagał się zapłaty za ogłoszenia i jednocześnie oznajmił właścicielowi firmy, że drugi numer czasopisma zawiera artykuł, skierowany przeciwko firmie, że obchodzi się źle z robotnikami i służbą chrześcijańską. (…) Żona lekarza K. szantażowanego w ten sposób zgłosiła sprawę policji. Negocjacje jako lekarz prowadził wywiadowca. Zgodził się wykupić nakład 7 tysięcy egzemplarzy pisma za 1050 zł. Aresztowano szantażystów”.

Druga notka ma tytuł: „Krwawe zajścia na Uniwersytecie Lwowskim. Uzbrojona bojówka wtargnęła na salę podczas odczytu zorganizowanego staraniem młodzieży ludowej”. Odczyt miał temat „Lwowskie śluby Jana Kazimierza”.

„Ciężko poranieni zostali m.in. Jan Krup i Załęski, sekretarz Związku polskiej młodzieży ludowej, a lżej prezes tej młodzieży Wilk. Dwóch pierwszych odwieziono do szpitala. (…) Wobec eksterytorialności uniwersytetu policja nie interweniowała”. Pierwszy miał „kilka tłuczonych ran głowy”. Drugi „przebitą nożem małżowinę uszną i oraz kilka ran kłutych i tłuczonych na głowie”. Inny ranny miał „odgryziony palec”. „Na miejscu krwawego zajścia znaleziono kilka narzędzi, którymi napastnicy posługiwali się w bójce, m. in. długą trzcinę, zaopatrzoną w kulę ołowianą”.

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. andrzej Pokonos 2013-02-26
    • Incitatus 2013-02-28
      • andrzej Pokonos 2013-02-28
  2. Angor 2013-02-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com