Andrzej Kołaczkowski-Bochenek: Związki absolutnie niepartnerskie

Garment Workers on Strike, New York City, USA, Circa 19132013-02-26.

Założyciel pierwszych związków zawodowych nie śnił w najśmielszych snach, że wymyślona przez niego forma organizacyjna będzie w przyszłości trząść światem, instalować i obalać rządy, oraz decydować o najważniejszych sprawach kraju i wpływać na codzienne życie milionów współobywateli. Tak jak nasi związkowcy na kolei.

Właśnie zrobili nam znowu dobrze i – zamiast w obronie swoich przywilejów zmuszać naród do wystawania na mrozie – przenieśli strajk na lato, kiedy naród będzie tylko pocił. Czyżby nadchodziły czasy, gdy będziemy się cieszyć każdym niesparaliżowanym przez związki zawodowe dniem?

Wstępna idea była prosta i uczciwa. Z jednej strony właściciel fabryki, który ma niekwestionowane prawo maksymalizować zyski, w co wchodzą także oszczędności na płacach dla pracowników, z drugiej strony pracownicy, którzy mają niekwestionowane prawo dopominać się o jak najwyższe zarobki i bronić przed zbytnimi zapędami oszczędnościowymi właściciela fabryki.

Na początku chodziło tylko o to by robotnicy w zakładach mieli zagwarantowaną przyzwoitą płacę. Inaczej mówiąc, by właściciel nie wykorzystywał robotników w sposób jaskrawo bezczelny.

Ponieważ pozycja negocjacyjna pojedynczego pracownika nie mogła się mierzyć z siłą właściciela, robotnicy poczęli organizować się w grupy – związki zawodowe.

Już wtedy zaczęto do usprawiedliwiania przyziemnych, ale oczywistych i zrozumiałych spraw, używać języka wyższej ideologii. I tak w deklaracji założycielskiej pierwszych związków zawodowych w USA – AFL w r. 1886 czytamy.

Różnorodne zawody zostały dotknięte wprowadzeniem maszyn, podziałem pracy na proste czynności, zatrudnianiem kobiet, dzieci i brakiem systemu praktyk – tak, że wykwalifikowani fachowcy zostali sprowadzeni do poziomu najbiedniejszej siły roboczej. Aby bronić amerykańskich fachowców przed sprowadzeniem do poziomu żebraków i podtrzymać wysokie standardy amerykańskich robotników wykwalifikowanych zakładamy związki zawodowe Ameryki.

O zapewnianiu szczęśliwego dzieciństwa nikt jeszcze wtedy nie myślał i dzieci widzimy tu tylko jako element niepożądany (obok kobiet zresztą), gdyż tańszy. Czego w deklaracji nie brakuje, to patriotyzmu. Ten zawsze był za bezcen do wzięcia z ulicy.

No i poszło. Główna bronią związkowców był strajk. Było to ciągle jasne i proste, gdyż najskuteczniej jest ugodzić kapitalistę tam gdzie go najbardziej boli, czyli w produkcję. Żeby nie zarabiał. Związkowcy podczas strajku też nie zarabiali, walka była więc o tyle czysta, że szło o to, kto kogo przetrzyma. Obie strony ponosiły straty i obie strony były zainteresowane w osiągnięciu porozumienia.

Nawet gdy związki udoskonaliły formy walki, wprowadziły kasy zapomogowe (ze składek, a nie z majątku przedsiębiorstwa) i stały się więc skuteczniejsze, nie interesowała ich nigdy walką na wyniszczenie. Mimo stałego pozostawania w konflikcie z pracodawcą, nie traciły z oczu faktu, że to on organizuje pracę i daje zarabiać.

Tak było, aż do czasu gdy związkami zawodowymi nie zainteresowali się gangsterzy i socjaliści. Wraz z zaangażowaniem jednych i drugich w „pracę” związkową, odłączono od  relacji pracodawca-pracownik jej najważniejszą część – poczucie wzajemnej zależności, by nie powiedzieć – partnerstwa.

Gangsterzy odkryli w związkach możliwość wejścia na nowe pole biznesowe i brali nawet zlecenia na likwidowanie rękami związkowców przedsiębiorstw konkurencyjnych; socjaliści pracowali delikatniej, na zasadzie po co rabować bank, kiedy można założyć własny.

O ile przepędzenie jednych zajęło kilkadziesiąt lat, o tyle z drugimi związkowcy weszli w swojego rodzaju symbiozę. A było to tak. Na początku pracodawcy mocno bronili się przeciwko samemu pomysłowi, by robotnicy walczyli o lepsze zarobki. Pierwsze lata działań związków zawodowych, to lata krwawych starć z policją, więzienia i represjonowanie działaczy.  Akurat do pracodawców zaczęła docierać idea, że rozwiązania siłowe są nieskuteczne i trzeba uznać związki zawodowe jako równoprawnych partnerów, gdy porzuconą właśnie mentalność walki siłowej przejęli niektórzy socjaliści i twórczo ją rozwinęli. Doszli do wniosku, że zamiast z kapitalistami walczyć, lepiej zlikwidować kapitalizm, jako taki. Szczęście wtedy zapanuje i harmonia totalna. Tak się też stało i do dziś z zazdrością patrzymy na Kubę i Koreę Północną.

Związki znalazły się w tym systemie bardzo dobrze, stając się trwałym elementem systemu kontroli sił produkcji w państwach budujących komunizm, a związkowcy zajmowali eksponowane miejsca w aparacie państwowym. Przyzakładowe oddziały związków były w PRL-u cieplutkim azylem przede wszystkim dla tych, którzy chcieli czerpać korzyści z systemu, nie brudząc się przynależnością do partii. Zajmowanie się przydziałem wczasów i prowadzeniem kasy zapomogowo-pożyczkowej pozwalało nie tylko nagradzać posłusznych, ale maskowało właściwy cel istnienia związków – wspierania wszelkich rządowych posunięć czynionych w „dobrze rozumianym interesie klasy robotniczej”.

Paradoksalnie „Solidarność”, która ten system zdemaskowała i  doprowadziła do upadku socjalizmu w Polsce, jest dziś tym związkiem zawodowym, który w największym stopniu domaga się wprowadzenia socjalizmu. Żaden ze związkowców nie powie tego oczywiście wprost, a nawet każdy się poczuje obrażony takim „pomówieniem”. Nie zmieni to faktu, że wiara w dobroczynne skutki interwencji państwa w życie zakładów, a co za tym idzie bezustanne się jej domaganie, jest niczym innym jak kontynuowaniem dzieła znienawidzonych (przynajmniej werbalnie) komunistów.
W tym postępowaniu „Solidarność” nie różni się zbytnio od innych związków zawodowych na świecie. Dziwić może tylko, że działa tak, mając doświadczenia z systemem komunistycznym, których zachodni związkowcy nie mają.

W niektórych szczęśliwych krajach kapitalizmu nie udało się całkowicie zlikwidować i tam pozycja związków była inna, ale niekoniecznie słabsza. Przede wszystkim weszły w symbiozę z partiami socjaldemokratycznymi i popierają je jednoznacznie w wyborach. W USA np. bardzo pilnie patrzy się na ręce partii republikańskiej, czy nie jest zbytnio dotowana przez ten okropny wielki kapitał. Mało kogo natomiast obchodzą dotacje związkowe na Demokratów, a nie są one wcale takie małe. Przedsiębiorcom, wiadomo, zależy na korzystnych dla przepisach.

A jeżeli np. dotacja pochodzi od Związku Zawodowego Pracowników Publicznych, to czym odwdzięczyć się może Prezydent, jak nie wzmocnieniem tego sektora z pieniędzy oczywiście publicznych?

W Europie, gdzie związkowcy nie dysponują takimi sumami i nie dotują bezpośrednio wygodnych dla nich partii politycznych, rozwinęła się w obliczu postępującej socjalizacji państwa – czyli przejmowaniu coraz więcej funkcji opiekuńczych w miejsce regulacyjnych –  inna strategia. Strajk pozostaje, tak jak był, główna bronią związków, ewolucji doznały powody jego ogłoszenia i adresat. W Niemczech np. regularnie co dwa lata odbywają się negocjacji taryfowe i strajki w ich trakcie należą do normalnych środków przetargowych.

Ale to jedyny wypadek, w którym strajki wymierzone są bezpośrednio przeciw pracodawcom. Wszystkie inne wymierzone są w państwo.

Nie jest to przejaw jakiejś szczególnej antypaństwowości związkowców, a jedynie chłodna kalkulacja. W tzw. społecznej gospodarce rynkowej państwo jest pociągane do odpowiedzialności zawsze wtedy, gdy jakiemuś większemu producentowi grozi katastrofa. Charakterystyczne były strajki w obronie Opla.

Pozornie porzucanie pracy w przedsiębiorstwie, któremu grozi bankructwo jest nieracjonalne. Związkowcy liczyli jednak na to, że zmuszą państwo do dofinansowania bankruta. I nie zawiedli się.

Takie transfery pieniężne dla prywatnych przedsiębiorców nie byłyby możliwe w sytuacji jasnego rozdziału gospodarki i funkcji państwowych. Nie byłyby nawet prawdopodobnie potrzebne przy innej kalkulacji ryzyka. Obecnie przedsiębiorca – tak jak i związkowiec – wie iż państwo rozpina pod nim siatkę ochronną i nie pozwoli upaść. Musi być tylko odpowiednio duży. Żaden rząd nie pozwoli sobie na dopuszczenie do zwolnień kilku tysięcy robotników. Stąd nowoczesne działania związkowe nie są prowadzone pod hasłem – „płać więcej krwiopijco” , lecz „premierze dofinansuj mojego kapitalistę”.

Oczywiście metody musiały się zmienić adekwatnie do żądań. Już nie porzuca się pracy w fabryce, dajmy na to, ołówków, lecz namawia do strajku solidarnościowego towarzyszy śmieciarzy. Towarzysze pozostawiają przez parę dni śmieci na ulicy (biorąc cały czas od pracodawcy-gminy – pensję), „ołówki” dostają zastrzyk finansowy od państwa i jedyni, którzy cierpią to mieszkańcy. Ci za to potrójnie, bo śmiecie im śmierdzą, za ich pieniądze strajkują śmieciarze, a na koniec to z ich pieniędzy rząd dofinansowuje fabrykę ołówków.

Niezadowolony związkowiec nie wywozi już na taczkach dyrektora stoczni lub spółki węglowej, lecz wynajmuje kilkanaście autokarów i wraz z towarzyszami blokuje ruch w stolicy, pali opony pod Sejmem, bądź terroryzuje pracownice biura partii, którą akurat uważa za odpowiedzialną za swoje krzywdy.

Słowo terror padło tu nieprzypadkowo. Kiedyś terroryści celowali prosto w sprawców swojego gniewu. A to dziedzica przepiłowali, a to cesarza ustrzelili, fabrykantowi spalili willę. Dziś chlebodawców się już nie krzywdzi, bo i po co, jak się ma opiekuńcze państwo? Gdy – dajmy na to – kierowcy ciężarówek chcą dochodzić swoich żądań, nie zawracają sobie głowy nękaniem firm spedycyjnych. Dużo skuteczniej jest uderzyć obok. Blokuje się np. przejście graniczne i utrudnia życie tysiącom niewinnych ludzi. Dawniej to się nazywało braniem zakładników. Kalkulacja jest prosta – żaden rząd nie dopuści do chaosu i nękania obywateli. Ryzykowałby przegraną w najbliższych wyborach. Rząd jest więc zmuszony do spełnienia żądań terrorystów, a że na ogół chodzi o pieniądze to w ostatecznym rachunku zapłacą i tak ci, którzy już swoje odcierpieli w korku.

Kto zagłębi się w lekturę rozmaitych pism związkowych zauważy, jak bardzo wszyscy autorzy narzekają na negatywny wizerunek związków. Wizerunkowi temu winna jest oczywiście nieprzychylna związkom zawodowym prasa. Dlaczego jest nieprzychylna, o tym już w związkowych organach nie przeczytamy.

Podobnie, jak nie przeczytamy tam o tym, że  mieszkańcom Warszawy – bo oni byli najbardziej dotknięci – horda wrzeszczących, wymachujących kilofami górników bardziej kojarzy się z kibolami z Legii, niż z walczącymi o swoje prawa współobywatelami. Nie przeczytamy o tym, że mieszkańcy mają prawo do przejścia prze ulicę, spokojnego powrotu do domu i nie krztuszenia się dymem z płonących opon. Ani o tym, że plantatorzy, których zbiory zniszczyła susza, mają w gruncie rzeczy takie samo prawo do odszkodowania, jak hotelarze, którym deszczowe lato przepłoszyło gości – czyli żadne. Ani o tym, że firmy, w których nie ma związków, mają z reguły (w 88%) lepsze wyniki finansowe. Nie poczytamy o pensjach związkowych bonzów, reprezentacyjnych gabinetach, limuzynach, delegacjach – wszystko na koszt pracodawcy, ani o ich związkach z politykami, ani o tym, że to właśnie w interesie związkowych bonzów (a nie robotników) leży opór przeciw prywatyzacji.

W tym aspekcie strajk na kolei można uznać za dobroczynny. Nawet ludzie, broniący dotychczas związków muszą poczuć pewien dyskomfort, wobec strajku o darmowe wożenie dupy w pierwszej klasie. Darmowe to znaczy nie za darmo, tylko na cudzy koszt. Może wreszcie ten strajk uczuli ludzi na chore prawo związkowe, w którym pracodawca musi opłacać ludzi działających na jego szkodę. Może zwróci uwagę na anarchię panującą w związkach zawodowych, z ich rozdrobnieniem i bezkarnością cwanych watażków, którym wystarczy zarejestrować „związek zawodowy” w składzie 10 kumpli, by terroryzować nawet duże przedsiębiorstwa. Potrzebna jest pilnie, a może i jeszcze pilniej nowa ustawa o Związkach Zawodowych. Ważniejsza od wszystkich innych.

Andrzej Kołaczkowski-Bochenek

Print Friendly, PDF & Email

25 komentarzy

  1. bisnetus 2013-02-26
    • A. K-B 2013-02-26
      • bisnetus 2013-02-26
        • A. K-B 2013-02-27
        • bisnetus 2013-02-27
  2. Cezary Bryka 2013-02-26
  3. Alina Kwapisz-Kulińska 2013-02-27
  4. SAWA 2013-02-27
    • Cezary Bryka 2013-02-27
      • SAWA 2013-02-28
  5. A. K-B 2013-02-27
  6. bisnetus 2013-02-27
    • A. K-B 2013-02-27
      • bisnetus 2013-02-27
        • A. K-B 2013-02-28
        • bisnetus 2013-02-28
        • SAWA 2013-02-28
        • bisnetus 2013-02-28
        • SAWA 2013-03-05
  7. Cezary Bryka 2013-02-27
  8. A. K-B 2013-02-28
    • bisnetus 2013-02-28
      • A. K-B 2013-03-01
  9. bisnetus 2013-03-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com