Jerzy Szperkowicz: Od czego rozwiązał się Związek Radziecki?

W dolinach pokłada się noc, a szczyty Wielkiego Kaukazu wciąż jarzą się w słońcu. Od marca przygrywa echo lawin pachnące jodłą i szaszłykiem. Wieczorami lawiny hałasują nie gorzej od hamowni silników odrzutowych. Za Breżniewa doczepiało się do tego brzęczenie gitar. Młodzi inteligenci z Moskwy, Leningradu, Kijowa, Murmańska, Rygi, Wilna przyjeżdżali pod Elbrus jeździć na nartach i śpiewać piosenki błatne – dosłownie z półświatka, w tym wypadku, zakazane, a przynajmniej źle widziane. Jedno i drugie było przyjemną i bezpieczną kontestacją. Bowiem lojalni obywatele ZSRR, jeżeli już śpiewali, to pieśni masowe, w ostateczności ludowe, zaś na nartach wyłącznie biegali trasami wytyczonymi na nizinach. Z grani tych dwóch światów spływał ochrypły baryton Władimira Wysockiego:

Bywajcie równiny, zefirki wśród zbóż!
Tu grzmocą lawiny aż pieni się kurz
I z piargów na piargi kamienny w cwał puszcza się spad
Wycofać się łatwo, ominąć ten żleb
Lecz my wybieramy szlak szczery jak chleb
Jak ścieżka wojenna zdradliwy, ciaśniejszy, niż ślad.

Lawiny wdarły się  do piosenek, zaś piosenki narosły po latach w lawinę rozczarowania. Kiedy nastanie Gorbaczow ze swoją pierestrojką, bywalcy Czegietu wraz z milionami innych wyznawców  piosenki drugiego obiegu powitają go jako spełnienie proroctwa (z piosenki „Czego nie lubię” tegoż Wysockiego) o nieuchronności wielkich przemian.

Społeczeństwo sowieckie wypluło komunizm jak pigułę żutą od trzech pokoleń. W tym, że tak się stało, ma udział piosenka alternatywna. Tajne memoriały Sacharowa rozchodziły się wśród członków politbiura, pytanie Amalrika: „Czy Związek Radziecki przetrwa rok 1984?” Samizdat  przepisywał przez kalkę w sześciu egzemplarzach, piątkę dysydentów protestujących na Placu Czerwonym przeciwko zajęciu Czechosłowacji aresztowała po paru minutach milicja chroniąc ich chcąc nie chcąc przed samosądem ze strony współobywateli. Natomiast  taśmy z nagraniami niezależnych bardów powielane sposobem domowym aż do zatarcia tekstu i melodii rozchodziły się wśród milionów. Były pretekstem i treścią spotkań. Spotykano się, żeby ich słuchać, żeby przegrywać jeden od drugiego, żeby słuchać jeszcze raz po przegraniu  i śpiewać.   Spływały z otwartych okien domów (latem),  snuły się na biwaku, były jak domu w schroniskach górskich, internowały się w internatach, przesączały do łagrów i więzień a nawet orbitowały na statkach kosmicznych. Pracowały ciężko przez dwa dziesięciolecia, od połowy lat sześćdziesiątych, które położyły kres odwilży Chruszczowa, a dały początek masowej produkcji prymitywnych, lecz tanich i w sumie sprawnych magnetofonów.

Nie były manifestami antyrządowymi. Były alternatywne – tematycznie, w tonie  i estetyce. Ballady Okudżawy proponowały zaledwie odmienny typ wrażliwości  („Płacze dziewczynka, balonika żal”). Bohaterowie piosenek Wysockiego i Galicza: łagiernicy, szeregowcy, milicjantki, kosmonauci, kierowcy polarni, zdeklasowane księżniczki  działając w osaczeniu kierują się  własnym rozumieniem honoru, obowiązku i sprawiedliwości. Ludzkie odruchy zdarzają się jeszcze ich bezpośrednim zwierzchnikom. Wyżej wznosi się machina państwowa, okrutna, tępa i tchórzliwa. Uosabia ją naczelnik łagru Bieriozkin o duszy zabitej na krzyż  deskami (z piosenki Wysockiego „Wszyscy poszli na front‘”).

Taki podział ról uderzał w najczulszy punkt systemu sowieckiego, a mianowicie w jego pretensje do wyższości moralnej. Jesteśmy niezamożni, ale czyści i sprawiedliwi – zapewniali komuniści. O ileż lepsi od przejedzonego, sprzedajnego i zboczonego Zachodu. Byli czyści i sprawiedliwi – w świetle własnych norm, które z  dokonań systemu zdejmowały odium zbrodni. I właśnie mit bezgrzeszności, niezbędny komunistom do dominacji nad własnym społeczeństwem i do ekspansji zewnętrznej, mit oskrobywany z kolejnych błędów i wypaczeń, ośmieliła się podważyć garstka brzdąkaczy gitarowych.

KGB nie zlekceważyła zagrożenia: starsi koledzy Władimira Putina gotowi byli uderzyć. Jednak ballady o stalinowskich łagrach wspierały Chruszczowa w krucjacie przeciwko kultowi jednostki. Po najeździe na Czechosłowację z politbiura wyleciał Dymitr Polański, bo u jego córki dygnitarska młodzież zbierała się słuchać o czołgiście,  który pod Prahą spłonął w niesprawnym czołgu i którego przywieziono pochować w rodzinnej wsi; śpiewał mało jeszcze znany bard Fred Soljanow. Za mało i za późno – jak mówią Anglicy. Piosenki alternatywne weszły tymczasem w krew, zwłaszcza młodszych pokoleń. Wypłaszać je stamtąd, by zrobić miejsce „dla dżaza” lub – Gospodi pomiłuj – satana-komputerów? Niech przeklęte ballady, przynajmniej swojskie, zdzierają głowice magnetofonów mnożonych bez opamiętania przez towarzyszy z przemysłu, a my zadbajmy o autorów. Dlaczego najbardziej z nich dosadny Aleksander Galicz nie miałby wyjechać do Paryża i tam śmiertelnie porazić się prądem przy włączaniu radioodbiornika? Jak długo pożyje taki Amalrik na niebezpiecznych francuskich autostradach? Czy Okudżawie nie warto wydawać średnie powieści w takim tempie, by zabrakło mu czasu na poezję śpiewaną? Wysocki przez małżeństwo z francuską aktorką Mariną Vladi umknął z zasięgu urzędowych kar i pokus, wyliczono więc, że rozrzutny poeta oblegany przez wielbicieli na zamkniętych koncertach, ale ani razu za życia nie dopuszczony z gitarą na ekran telewizyjny, sam roztrwoni swój potencjał w wódce, wspomaganiu i frustracji.

Te wyliczenia się sprawdziły, ale zanim się sprawdziły piosenka alternatywna zdążyła podmyć imperium zła. Zachód wyzbył się złudzeń co do widoków konwergencji, rozmiękczenia tamtego systemu dopiero po zestrzeleniu koreańskiego samolotu pasażerskiego KAL007 nad Morzem Ochockim, a zwłaszcza po inwazji sowieckiej na Afganistan. Zaczynało pękać kłamstwo katyńskie. To były gwoździe do trumny mitu. Wcześniej ZSRR z girlandą państw wasalnych, ze swoimi armiami i rakietami, z siecią szpiegowską i agentami wpływu na całym świecie zapętlił się  w struny od gitary.

Przerażony Pekin pójdzie w odwrotnym kierunku. Pozwoli zasypać swoją młodzież kasetami z rockiem, płytami kompaktowymi, videoklipami, grami i dyskietkami. Chińczycy wzięli pod uwagę także aksamitną rewolucję Czechów i Słowaków zradykalizowanych prześladowaniem klubu jazzowego. Pozwolili więc na powstanie półoficjalnego przemysłu podrabiania fono, video i infotwórczości. Ostatnio pod naciskiem Amerykanów Chińczycy wycofują się  z piractwa medialnego. Co zajmie miejsce kradzionych treści? W autobusie z Tachengu do Erminu, niedaleko granicy z Kazachstanem reporterka drugiego kanału telewizji francuskiej zdołała zarejestrować taką scenę:  do autobusu wsiadła grupa studentów, polecili kierowcy wyjąć z odtwarzacza nieoficjalne nagranie muzyki ujgurskiej, a puścić ich własną kasetę z songiem o Tienanmenie”. Ten autobus dojedzie kiedyś do Szanghaju.

Wybiegliśmy naprzód. Wysocki jeszcze żyje, gra w trzeciorzędnych filmach, występuje w Teatrze na Tagance, zostawia pod blokiem czerwony kabriolet Ferrari z niewyłączonym silnikiem. Sąsiadki przepędzają spod jego drzwi zapłakaną Marinę Vlady. Tysiąc osiemset kilometrów na południe od tych drzwi, u stóp Czegietu na Kaukazie, co wieczór rusza spontaniczny festiwal Wysockiego.

***

Z pokoju szesnastego w hotelu „Itkoł” przebija się zamierający S.O.S łodzi podwodnej z pola minowego u wybrzeży Szwecji. Świetlica ośrodka wojskowego CDSA jest kabiną kosmonautów, którzy w drodze na planetę Ypsylon lekturą Kiplinga ratują się przed szaleństwem. W schronie turystycznym „Aj” na zboczu Czegietu strzelcy z dywizji alpejskiej „Edelweiss” czyszczą automaty przed atakiem na szczyt, na który niegdyś wspinali się razem z jego obrońcami.

Z Kaukazu zawsze blisko do wojny i to w obu kierunkach: do minionej i do następnej. Zaimek dzierżawczy „nasze” z refrenu „To przecież nasze góry i dopomogą nam” Rosjanin Wysocki rozumie jako rosyjskie lub przynajmniej radzieckie. Inaczej ten refren rozumie złotozęby Dawid, który niedawno wrócił pod Czegiet z Kazachstanu; Stalin wysiedlił w stepy górali Bałcharów, cały naród nie wyłączając bohaterów Związku Radzieckiego i kawalerów Orderu Lenina, wysiedlił za rzekome sprzyjanie w czasie wojny Niemcom. W Karagandzie, gdzie trafił także 16 letni Jaruzelski, Dawid był kombajnistą węglowym, wybili mu  zęby, ale się uchował. Sam jeden z całego klanu. Jako zadośćuczynienie dostał posadę na wyciągu pozwalającą dorobić wpuszczaniem turystów poza kolejnością. Zwrócono mu też dom rodzinny z łupka, nasiąkły zapachem barszczu po rodzinie przesiedlonej spod Żytomierza.  Osadzono Ukraińców pod dachem zdrajców, a po dwudziestu latach wysiedlono z powrotem; rzekomi zdrajcy wracali jako prawowici gospodarze.

Niemcy zajęli dolinę Baksanu i zatknęli na Elbrusie flagę hitlerowską. Nie dlatego, że góry wzięły ich stronę. W zimowej wojnie z Finami złamane i zwichnięte nogi przyczyniały wojskom sowieckim większych strat, niż ogień nieprzyjaciela. Armia Czerwona nie miała pojęcia o nartach zjazdowych, w ogóle o poruszaniu się i walce w górach. Dlatego do walk z Niemcami o Kaukaz powołano pod broń kluby alpinistyczne ZSRR. To one lepszym wyszkoleniem wspinaczkowym wypierały strzelców alpejskich. Po wojnie stworzono pod Czegietem  wojskowy ośrodek narciarski, zbudowano wyciąg krzesełkowy. Dokleiły się do tego hotele cywilne.

Morał  piosenki o górach pomocnych góralom nie trafił gdzie trzeba. ZSRR wdepnął  w  awanturę afgańską a potem Rosja toczyła równie beznadziejną wojnę z Czeczenami. Władykaukaz, stolica Osetii Północnej, obiecuje władanie Kaukazem. To propaganda rosyjskiej konkwisty. Po stu latach tego władania zwiad carski trafił na ślad całej nieskolonizowanej krainy – Swanetii. Zdaniem etnologa prof. Borysa Porszniewa w niedostępnych wysokogórskich kotlinach Wielkiego Kaukazu mogły przetrwać stanowiska człowieka śniegu – Yeti. Miejscowi mówią: erdow, stałmiera.Mało który myśliwy przyzna się do spotkań oko w oko.

Z pamiętników gen. Keitla wiadomo, że meldunek o fladze na Elbrusie rozwścieczył Hitlera. Potrzebne mu były na Kaukazie nie szczyty, lecz droga do wież naftowych Baku. Włóczęga po górach z flagą, gdy ważą się losy wojny, graniczyła dla niego z dezercją.

***

W pokoju szesnastym, który wyciągnął się tymczasem w pas ziemi niczyjej „na granicy z Turcją albo Pakistanem” i porósł kwiatami niebywałej piękności, Sasza, student instytutu lotniczego im. Żukowskiego, zawieszony za podnoszenie aspektów higieny osobistej powrotu na Ziemię pierwszej kosmonautki świata Walentyny Tiereszkowej, twierdzi, że w bryle lodu pod szczytem Elbrusu utkwiły ciała dwóch oficerów Wehrmachtu. Czy ma to związek z zatykaniem flagi czy ze zwijaniem, Sasza nie wie. W upalne lata tafla lodowa się przeciera i wtedy widać jakoby zarost na ich twarzach i dystynkcje na galowych mundurach.

– To jednak ludzie i powinno się  ich pochować po ludzku. – lituje się zasadnicza Gala, elektronik z jaszczyka (tajnego przedsiębiorstwa zbrojeniowego). Witia, prawnik z Północy (oznacza to najpewniej dozorcę Gułagu), jest przeciwnego zdania. Powinni tam zostać ku przestrodze przybłędom. Nie garbmy się duchowo – wzywa. Nie najlepsze wrażenie po tej wypowiedzi usiłuje zatrzeć pragmatyczny Sierioża, spadochronowy wicemistrz Baszkirii. Po ciała trzeba by posłać regularną wyprawę. Potrzeba na to pieniędzy,  sprzętu. Wymagane są zezwolenia sanitarne.

– Ożywcie ich, to zejdą sami – podsuwa Star Junior.

Nieoczekiwanie polskie szyderstwo zostaje przyjęte za dobrą monetę.

– Trzeba to obgadać z Żanną. – orzeka Sierioża, a wszyscy potakują.

Gdzieś tu jest. Pół  godziny temu widziano ją pod prysznicem, choć podobno jeszcze nie zjechała ze stoku, po kolacji ma układać Litwinkom tarota, właściwie nie tarota i nie Litwinkom, a z Gagauzką Mireją i Tatarką Ałką będzie ucierać maść na oparzenia słoneczne. Próby Star Juniora dowiedzenia się kim jest rozbiegana Żanna, ucinało obiecujące: zobaczysz.

Była trzydziestoletnią lekarką pogotowia z Kijowa, dział reanimacji. Mówiła o sobie – po koniarsku – połukrowka, co znaczy półkrwi. Rosła brunetka, o regularnych rysach i bladobordowym rumieńcu była całą Żydówką, całą Ukrainką, a po kawałku także Niemką, Polką i Tatarką. Słyszała o tych dwóch pod Elbrusem.

– Ja tam do nich nie pójdę. Jak chcecie, to wyrąbcie jednego i przynieście. Przymierzę się do dehibernacji…

– Nie mówisz poważnie.

Wyprawa pod szczyt i z powrotem zajęłaby pięć dni, a Żanna jutro wyjeżdża, więc są to kompletne bajdury tyle, że wciągające.

– Powiedz, Żanka, jak ich będziesz rozmrażać? Bez asysty, aparatury…

– Czy im powiemy, jak skończyła się wojna?

– Nie im, a jemu – upiera się Żanna. W miarę możności poprosi o wyrośniętego świńskiego blondyna. Do rozgrzewania w tym trybie nadaje się jedynie ciepło zwierzęce czyli własnym ciałem.

Zadowolona z efektu, jaki odnosi ta recepta, Żanna rozgląda się po obecnych.

– Biorę na siebie najtrudniejsze. Która zadba, żeby znowu nie umarł?

Jest to aluzja do eksperymentów z jeńcami rosyjskimi. Niemcy wrzucali ich do przechłodzonej wody (poniżej zera stopni) a potem wkładali do łóżka więźniarce. Nieszczęśnicy budzili się, przytulali zwierzęco z ratowniczką i umierali. Miało to naprowadzi‘ na sposób ratowania pilotów Luftwaffe z przechłodzenia wysokościowego. Na Kaukazie jest zawsze blisko do wojny, minionej i przyszłej.

Tymczasem nie zaszkodzi poćwiczyć na bałwanie śnieżnym. Infantylizm gatunkowy narciarzy rezonuje z infantylizmem, w który człowiek radziecki uciekał przed samym sobą. Towarzystwo wylega przed hotel, przerzuca się śnieżkami, ale śnieg jest sypki, więc walimy się żywymi stertami na Żannę i Klarę. Żanna jest na rauszu i nic sobie nie robi z żałosnych min swego adoratora, Czecha. Wyda się tego lata za Belga ze stadniną koni i jest jej wszystko jedno.

Ze śniegu podnoszą się wszyscy oprócz spadochroniarza Sierioży. Gra mrożonego?  Jeszcze tego wieczoru trafi na taśmę operacyjną w szpitalu urazowym kopalni niklu w Tyrnyauzie. Uszkodzenie łękotki. Komentarz Żanny:

– To ona. Zawsze jest blisko.

– O kim mówisz Żanka?

– O mojej rywalce. Towarzyszce Kostuchowej. Wystarczy znaleźć jedną z nas, druga jest obok.

***

Powrócić tego wieczoru do śpiewów już nie było sposobu. Nie chwytał najlżejszy repertuar:

Przyjdźże do mnie w upał albo mróz
Na galaktykę prostactwa w kręgu prycz.
Donguzorun się rumieni. Wieczór. Luz.
Na Elbrusie krwawe ściegi. Chcesz, to rycz.

Wszystkim zachciało się właśnie tego: ryczeć. Z powodu absurdalnej kontuzji Sierioży? Sierioży, który przysięgał, że cięcie wydatków wojskowych pogrążyłoby społeczeństwo sowieckie w bezdnie dobrobytu.  Ryczeć z powodu wyjazdu Żanny? Uwięzionych Wehrmachtowców? Nieuchronnego  rozstania z błękitnym hełmem Nakry, piramidami Wielkiego i Małego Kogutaja?

W kilka miesięcy później Star Junior znajdzie się w Kijowie, w polu przyciągania Żanny. Książki telefoniczne były w ZSRR niedostępne, a zresztą niepraktyczne: numery telefonów zmieniano odgórnie co pół  roku. Jako cudzoziemiec nie mógł po prostu zadzwonić na pulpit wezwań pogotowia i prosić o przywołanie znajomej. Ściągnęło by to na nią uwagę tajnej policji. Zadzwonił do dyrektora, że jako korespondent pragnie zwiedzić pogotowie, a zwłaszcza zapoznać się z komputeryzacją wezwań. Dyrektor, czterdziestolatek w typie zapaśnika okazał się światowcem, podtrzymywał kontakty z kolegami z Warszawy, Pragi i Sofii. Bywał w Bukareszcie i Warnie. Nie żądał żadnych zezwoleń z Moskwy, nie pytał władz ukraińskich, czy i co może pokazać obcemu. Pokazał wszystko. Zaczęli od ambulatorium i oddalali się coraz bardziej od prawdziwego celu tych odwiedzin czyli numeru telefonu Żanny.

Dyrektor, fanatyk pierwszej pomocy nauczył Star Juniora ręcznego masażu serca, wprowadził na operację przyszywania dłoni. W podręcznym szpitaliku spotkali się z pacjentami zawróconymi ze stanu śmierci klinicznej. Nazywali dyrektora ojcem, ponieważ jak to ujęła dwukrotnie od niego starsza nauczycielka, dzięki niemu urodziła się na nowo. W karetce reanimacyjnej Star Junior został sam na sam z niemłodą anestezjolożką. Czy zna  Żannę? Rozejrzała się konspiracyjnie: zna.  Żanna pracowała nie u nich, lecz w pogotowiu nr. 2; kto by się spodziewał dwóch odrębnych systemów Pogotowia w jednym mieście?

Spędzała zaległy dzień wolny w zaciemnionym pokoju na dwunastym piętrze mrówkowca w dzielnicy Podół, słynnej przed rewolucją bolszewicką z targów zbożowych. Mieszkanie było czymś pośrednim między gabinetem zabiegowym a wystawą utensyliów jeździeckich gospodyni.

– Dociemniam się – powiedziała przepraszająco. Nie przypominała zawadiackiej narciarki z Czegietu. Nabrała właśnie podejrzerzeń, że śmierć jest zaraźliwa, na pewno przy kontaktach w pełnym świetle. Ona jest ponadto zaborcza i zazdrosna. Jeśli pozwoli się odpędzić, chce czegoś w zamian. Chwyta za palce, włazi za skórę, skacze do oczu, pociąga za włosy. Im dalej od niej, tym lepiej, choć, rzecz jasna, nie w reanimacji. Walczymy ramię w ramię.

Ciągle nie dostaje paszportu. Może  mnie nauczyć masażu serca. Układa się przepisowo na wznak z odrzuconą głową i wysuniętym językiem, poprawia miejsce i rytm uciskania klatki piersiowej. „Uratujesz komuś życie” – obiecuje  wstając. Jest zaskoczona pojętnością ucznia, który nie pochwalił się korepetycją u dyrektora pogotowia nr.1.

W nagrodę odwiedzimy jej sławnego kuzyna pisarza Wiktora Niekrasowa. Bywalcy krzykliwego Kreszczatiku nie podejrzewają że w śródmieściu Kijowa istnieją takie przytulne uliczki. Trzypokojowego mieszkania przy jednej z nich Niekrasow nigdy by nie dostał, gdyby nie nagroda. Za powieść „W okopach Stalingradu” spotkała go najwyższa. Walczył w Stalingradzie, opisał to z talentem, a wyszło, że to za miłość do patrona nagrody. Po najeździe na Czechosłowację, który pisarz potępił, od Niekrasowa odwrócili się sąsiedzi – wycofana z obiegu nomenklatura. Żannie przypadło misja zwabiania gości na tłumne niegdyś wieczorne herbatki u Niekrasowów.

U szczytu stołu zasiadła matka pisarza.

– Któż to dziś nas odwiedza? – zapytała nie odrywając wzroku od jednej z ulubionych powieści francuskich z pierwszej połowy XIX wieku czytanych oczywiście w oryginale; brzydziła się nowinkami w rodzaju Zoli i Flauberta.

– To kolejne zauroczenie Żanny – melancholijnie objaśnił pisarz.

– Tego się  domyślam – skarci syna pani Niekrasow. – Kim jest ponadto?

– Mówią, ze Polak,  jakoby dziennikarz z Warszawy.

– Ach, Warszawa. W Warszawie mieliśmy wyśmienitego stangreta – ożywiła się maman.

Niestety, odmówił im wyjazdu do Nicei. Tuż przed pierwszą wojną światową. Gdyby nie to…

Wiktor Niekrasow spodziewa się nowego Stalingradu. Tym razem urządzonego przez swoich dla swoich. Widzi wypalone ulice, rosyjskie wojsko i złorzeczące mu rosyjskie kobiety.

– Wszystko do tego zmierza – powtarza. Ma krewnych w Paryżu, rad by ich odwiedził, pluskwy ze związku literatów łaszą się, żeby pojechał, nie pojedzie. A jak nie wpuszczą z powrotem? Dopóki stalingradczycy patrzą im na ręce, władze nie odważą się skoczyć w przepaść.

Żanna milczy, zła na kuzyna. Chociaż go wypychają, nie jedzie. Ona chce za mąż z miłości, z miłości do koni, to jej się nie wypuszcza.

Po wyjściu od Niekrasowów daje upust rozżaleniu.

***

Wszyscy się cieszą: reanimacja, przywołanie odłączonej duszy. Prawda jest taka, że śmierć w niemałym stopniu konserwuje. Człowiek umiera partiami. Jedne organy giną szybko i bezpowrotnie jak mózg, inne trzymają się życia i można im nadać drugie w innym organizmie. Bije serce, powraca oddech oznacza to ni mniej ni wiecej, że przywrócony krwiobieg roznosi po całym budzącym się organizmie trupie jady z najbardziej zatrutych i rozłożonych okolic. Natura niechętna tym powrotom ustępuje, gdy uprą się żywi.

Tak. Robi różne rzeczy dla ustalenia, gdzie sama należy. Do tych czy do tamtych. Czasami  w akcji traci poczucie odrębności, jak w akcie miłosnym. Przestaje być jasne, który puls słychać – swój czy tamten?. Gdzie się kończy twój wdech, a zaczyna wydech z uciskanych płuc, czy to twoje ciepło czy rozgrzało się to drugie ciało, czyj jest pot, który spływa z tamtej skroni – twój czy cudzy..

Także czucie ludzkie umiera falami. Na końcu tracimy instynkt posiadania, wstyd i strach. Pierwsze ginie poczucie humoru i pociąg płciowy. Póki jest wesoło i kochliwie – przypuszczalnie żyjemy.

Najstraszniejsze, że twoją migrenę, przykurcz żołądka i tłumione obrzydzenie przywłaszcza sobie bubek bez żadnych komepetencji fachowych i moralnych. Nikt. On cię chwali, przedstawia do premii, daje dodatkowy dzień wolny. A skoro już cię zauważył, zniża się do propozycji łóżkowych.

Przestać się starać? W jej zawodzie to niemożliwe. Reanimacja oziębła jest profanacją zwłok.

Wielkie przemiany? Im większe, tym straszniejsze. Z wiosną ludów ruszą te wszystkie zamrożone jady: nienawiści, złości, pogardy, rozpętają się żądze zemsty, posiadania i użycia gromadzone z pokolenia na pokolenie. Z martwicy społecznej wylęgną się widma: fanatycy, pogromowcy, szowiniści, kołtuństwo. Zamęt potrwa dziesięciolecia. To nadzieja dla młodszych. Ona nie ma już takich sił.

Jeżeli jej nie wypuszczą, azylu od rzeczywistości poszuka w jedynej przestrzeni wolności, jaką  zna – w bryle lodu pod szczytem Elbrusu. Albo wyda się za Yeti.

– Przychodzą po mnie prawie co noc – wyznaje przekonana, że więcej się nie zobaczymy.-. Za podwójną  szybą jak w tafli lodowej majaczy zarost na ich twarzach i dystynkcje oficerskie.

Teraz myślę sobie, że odpowiedzią na tytułowe pytanie jest też Żanna. Państwo ludzi pracy upadło, ponieważ pomiatało niezdolnymi, jak ona, do pracy połowicznej. Musiało paść.

Jerzy Szperkowicz

Tekst publikowała „Odra“ 4/2011

Jerzy Szperkowicz jest autorem nowych tłumaczeń słynnych ballad Włodzimierza Wysockiego. Wybór publikujemy w naszym „Kąciku rosyjskim”

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com