Andrzej Lewandowski: Światełko pamięci i… przypominania

ECHA WYDARZEŃ: Dzień Wszystkich Świętych traktuję, jako… dzień wizyt. Na cmentarzach, ale wizyt. U Taty, u Mamy, u Dziadka z Ciotką – głowy złożyli przez hitlerowców. Dwoje ma ledwie grób symboliczny- prochy gdzieś pod gruzami stolicy i na polu KL Auschwitz… U Ninki ze Zbyszkiem, którzy – losem wielu wojennych tułaczy „popowstańczo-maczkowskich”- żywota dokonali na Wyspie. Tu mają tablicę… U bohaterskiej Babuni, którą wojna dwukrotnie wypędziła z domu z tobołkiem na plecach; a drugie wypędzenie – po Powstaniu – tym było trudniejsze, że połowa dzieci oraz mąż złożyli wojnie ofiarę życia… U jej najstarszej córki, która po wojnie wzięła na siebie zarabianie na utrzymanie tego, co zostało z dawnego domu. U pradziadka – powstańca styczniowego… U Marka, profesora weterynarii oraz świetnego chirurga. Rozstał się ze światem w wieku 54 lat! Ileż jeszcze mógł dokonać? A jaki już miał dorobek – naukowiec aktywny w próbach ze zwierzętami, przed pierwszym „ludzkim” przeszczepem nerki…

Te wizyty na cmentarzach zawsze są wspomnieniem ludzi, którzy jednak w pamięci wciąż żyją. Żyją dokonaniami, albo… refleksją o tym, co jeszcze dokonać mogli, ale nie było im to dane. Zwłaszcza, gdy odejście gwałtowne, w pełni sił żywotnych i twórczych oznaczyło metę. Ta myśl mnie nachodzi niezmiennie, gdy jestem na Powązkach Wojskowych, bądź zapalam świeczkę na wolskim kurhanie usypanym z prochów… 

16-17-18-20 lat… Setki, tysiące.  Jakaż to w skutkach wyrwa w polskiej demografii! W przewadze wojennych ofiar- młodzi –  najodważniejsi, najbardziej aktywni. Bezdzietni. Przerwały się więzi pokolenia. Ze skutkami po dziś – bo jeśli nie mogło być potomków, to… I gdzieś pałęta się po głowie pytanie prawie filozoficzne – jakby wyglądała moja osobista droga, gdyby nie wyrwy, które stały się udziałem tylu poprzedników? A jaki byłby w ogóle teraz obraz naszego społeczeństwa? Ze składem stających do wyborów parlamentarnych AD 2011 włącznie…

Składam w tym dniu na Powązkach wizyty ludziom, którzy napisali też sobą historię sportu. Nie operuję nazwiskami, z wieloma byliśmy po imieniu. Medale – złote, srebrne, brązowe… Sobą poziom społecznej adrenaliny podnosili ku apogeum… Jako młodzi już byli arcymistrzami oraz idolami; w pamięci takimi zostaną.

Wielcy trenerzykiedyś to nam świat ich zazdrościł, dziś dobrych szkoleniowców musimy importować…

 Działacze, organizatorzy sportowi o światowej renomie; w jakiej liczbie i jakiej klasie teraz ich następcy?

Koledzy po zawodzieStefan, Tomek, Edek, kilku Jurków, Włodek… inni. Każdy na swój sposób za życia barwny, od prawie każdego można się było w profesji czegoś wartościowego nauczyć. Ile z tego wzięła współczesna nam żurnalistyka sportowa? I nie tylko sportowa….

Czyli – „w sporcie” też rok w rok refleksja nie tylko wspominająca przeszłość. Także skłaniająca do porównań z czasem teraźniejszym. Myślę, że taki dzień i takie wizyty- składane temu, co było oraz tym, którzy współsprawili, że jesteśmy, jacy jesteśmy – mają nie tylko siłę tradycji zniczy. Przypominają, co w zagonionym życiu pamięci umyka. Przypominają- przez przywoływanie ludzi, losów, obrazów; narzucając skojarzenia. Jest to więc też przekazywanie pałeczki w sztafecie pamięci z pokolenia na pokolenie…

Andrzej Lewandowski

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com