Ernest Skalski: Sporo nas – i dobrze

Jeśli już jest listopad, to jest nas na świecie siedem miliardów i coś tam. Chyba z pięć miliardów przybyło już za mojego życia, a do końca tego wieku, czyli w ciągu 89 lat – aż tak długo jeszcze nie żyję – przybędą jeszcze tylko trzy miliardy. Ludzkość powiększa się nadal, lecz stopniowo ten przyrost się staje wolniejszy. Nie grozi, wbrew dawnym i niekiedy jeszcze powtarzanym groźbom, sytuacja, w której nie będzie gdzie stopy postawić.

W roku mozartowskim dowiedziałem się w jego rodzinnym domu, w Salzburgu, że urodziło mu się siedmioro rodzeństwa, a wyżyli tylko on i starsza siostra. W zamożnej kulturalnej rodzinie. Z kolei Wolfgangowi i Konstancji urodziło się sześcioro dzieci, ale zostało po nich tylko dwóch synów. A już za życia Mozarta zaczynała się w Europie eksplozja demograficzna i pojawił się Malthus, którego teoria straszy do dziś, choć od Malthusa wiemy o wiele więcej. Wystarczyła szczepionka przeciw ospie, plus umiarkowana poprawa warunków życia, w tym higieny i opieki lekarskiej. Związane to było z rozpoczynającą się rewolucją przemysłową, napływem ludności do miast. Z dzisiejszego punktu widzenia nawet te nowe wówczas warunki były okropne, lecz stanowiły poprawę w porównaniu ze stanem wcześniejszym.

Zmniejszała się hekatomba noworodków,

stały – w przeciwieństwie do wojen i epidemii – główny regulator liczebności populacji. Ale i ci, co już przeżywali zetknięcie się ze światem, zaczęli żyć nieco dłużej od swoich rodziców. A dzieci, niejako z rozpędu, robiono w naturalny sposób tyle samo, co przedtem. Kończył się model rozrodczości, w którym trzeba było płodzić i rodzić dużo, aby niewiele zostało. Liczba ludzi zaczęła szybko wzrastać i to jest ten drugi model rozrodczości w historii ludzkości.

Trzeci to ten, w którym się znajdujemy. Rodząc dziecko ma się prawie stuprocentową pewność, że przeżyje nas o pokolenie.  Nie trzeba dzieci na zakładkę. A na starość dzieci mają nas wprawdzie utrzymywać, lecz nie własne, a następne pokolenie jako całość, przez system opieki społecznej. Egoistycznie zwalamy więc na innych prokurowanie następnych pokoleń. Dziecko własne dla rodziców nie jest już inwestycją, lecz tylko kosztem. Materialnym i ograniczającym aspiracje życiowe. Oczywiście pozostają zaprogramowane przez naturę rozkosze rodzicielstwa, lecz dwójka dzieci w pełni je zaspakaja. To dziś w bogatych społeczeństwach optimum. A w społeczeństwach na intensywnym dorobku często zaspakaja się potrzeby rodzicielstwa jednym dzieckiem i pojawia się przyrost ujemny.

Tak mamy w Polsce.

Można jednakże założyć, że kiedy osiągniemy poziom życia Francji i przyzwyczaimy się do niego, zaczniemy jak Francja wracać do reprodukcji prostej. Właściwa polityka prorodzinna jest przy tym jak najbardziej wskazana, ale nie ona stanowi główny czynnik wzrostu. To słabo sterowalny element cywilizacji. W znaczący sposób wpływają nań – w dół! – wielkie i długie wojny. Wspomożeniem jest licząca się statystycznie płodna imigracja, ale to nie na stałe, bo w dłuższym okresie asymilacji jej model życia zbliża się do ogólnego. Może więc można oczekiwać, że zmniejszanie się ludności Polski zatrzyma się na stałe powyżej 30 – 32 milionów, raczej bez perspektywy wzrostu. Chyba, że zaczną się jakieś zaskakujące zmiany cywilizacyjne, których dziś nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Problem ludzkości z demografią polega na tym, że w różnych miejscach świata występują w tym samym czasie różne modele rozrodczości. Ten pierwszy; duży przerób – mały przyrost, być może, zachował się jeszcze w izolowanych plemionach Amazonii czy Nowej Gwinei.  W tym, co jeszcze niedawno określano zbiorowo jako trzeci świat, rozpoczęła się w XX wieku eksplozja demograficzna, wywołana tymi samymi czynnikami co w Europie półtora wieku wcześniej. Niewielka poprawa warunków zdrowotnych, która w swoich początkach jest najbardziej efektywna. W takiej Szwecji czy Szwajcarii kolosalne nakłady na medycynę dają ledwo już zauważalne efekty. W dorzeczu Nigru najprostsze medykamenty i fragmentaryczna opieka lekarska to rewolucja. A dzieci, tak samo jak za Malthusa w Europie, rodzą się w dotychczasowej ilości. Przez jakiś czas.

Koryfeuszom Klubu Rzymskiego w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku mózg stanął jakby w epoce Malthusa. Podliczyli ile się ludzi rodzi i ile umiera, przeprowadzili ekstrapolację wzrostu i wyszło, co wyszło; bomba P, która może zgubić ludzkość nie tak nagle jak bomby A i H, lecz równie skutecznie. Nie wyciągnęli wniosku z tego, że już wówczas przyrost w Europie i Północnej Ameryce po okresie dynamicznego wzrostu stał się niewielki. Założyli, że trzeci świat pozostanie trzecim ze swymi niezmiennymi problemami.

W tym trzecim świecie

…mieściły się wówczas nędzarskie i głodujące Indie, biedna Indonezja i takaż Tajlandia, zacofana Brazylia i – jeśli nie politycznie, to materialnie – Chiny. Po jakimś czasie zauważono cztery tygrysy, lecz to miały być wyjątki, potwierdzające regułę, czyli globalną nędzę i przeludnienie. I dziś jeszcze liczni lewicowcy, alterglobaliści, celebryci podbudowujący się jako przyjaciele ludów, powtarzają mantrę o rosnącej biedzie większości rodzaju ludzkiego. A to już generalnie, w erze globalizacji, przestaje być prawdą.

Chiny, Indie, Brazylia to dziś już światowe potęgi gospodarcze i rosną dalej. Indonezja, Tajlandia, Malezja zdecydowanie wyszły ze strefy nędzy i zacofania. Wychodzą z niej nawet niektóre kraje Afryki.

Postęp, poprawa warunków

…życia nigdzie, a szczególnie już w wielkich krajach nie obejmuje równomiernie wszystkich części społeczeństwa i wszystkich obszarów. Podobnie jest więc w skali całego globu. Stąd wciąż jeszcze wielkie obszary nędzy w tym, co jeszcze można uznać za trzeci świat, jak również w krajach awansujących, określanych jako rosnące rynki. Tam wszędzie jest dynamiczny wzrost ludności i to zjawisko wciąż jeszcze decyduje o sytuacji demograficznej świata. Ale skutki postępu cywilizacyjnego, tam gdzie on występuje, po jakimś czasie odbijają się podobnie na sytuacji demograficznej. Mniej więcej drugie pokolenie awansujących cywilizacyjnie wchodzi stopniowo w ów trzeci model oszczędnej rozrodczości; w Europie, łącznie z Polską oraz na innych kontynentach. I dlatego wzrost w skali całego globu jeszcze trwa, lecz jest już wolniejszy niż w czasach, kiedy Klub Rzymski produkował swoje prognozy.

Jeśli zatem będziemy opierać przewidywania nie tylko na danych bieżących, lecz na przebiegu ogólnych procesów cywilizacyjnych, to możemy przyjąć, że z czasem model rozrodczości krajów rozwiniętych stanie się powszechny w skali świata i ludzkość przestanie się powiększać. W każdym razie nie będzie się powiększać szybko. W jakim czasie to nastąpi i przy jakiej liczebności naszego rodzaju tego nie wiemy. Trudno jest przewidzieć co będzie, lecz jeszcze trudniej jest odpowiedzieć na pytanie; kiedy? Dla przykładu; ćwierć wieku temu należałem do tych – coraz liczniejszych – którzy wiedzieli, że realny socjalizm skazany jest przez historię na upadek. Nie wiedzieliśmy czy nastąpi to za dni naszych i spotkała nas miła niespodzianka.

Wydaje się,

ale tylko wydaje się i to mnie, że zatrzymanie wzrostu populacji światowej nie nastąpi przed rokiem 2100 i nie poniżej 10 miliardów. Problemem jest: czy planeta pomieści i wyżywi taką, czy większą gromadę.

Z miejscem nie powinno być problemu. Bez wydzierania wielkich obszarów morzu, czy zgoła przesiedlania się z Ziemi. Dokąd? Rozwój wszelakiej techniki pozwoli zająć tereny mniej dziś gościnne. Surowce energetyczne objawiają się w coraz większej ilości w miarę zapotrzebowania na nie. A jeśli nie zostanie opanowana inna technologia, choćby uzyskiwania energii z wodoru, pozostaje w odwodzie niewyczerpane źródło energii jądrowej, z wszystkim jej mankamentami. Wydajność rolnictwa na pewnych obszarach przekracza zapotrzebowanie istniejących rynków, czyli obszarów płacących. I na tym przykładzie widać, że barierą nie są fizyczne możliwości planety, lecz porządki tworzone przez ludzi. Ludzie są zatem w stanie je zmieniać i zmieniają w procesie rozwoju cywilizacji.

Rosja,

już w jej obecnych granicach jest terytorialnie dwa razy większa od Stanów Zjednoczonych, ma bez porównania więcej surowców energetycznych i innych i ponad dwa razy mniej ludności. A porównajmy poziom technologii i poziom życia w obu tych krajach. Widzimy, że prosty stosunek fizycznych możliwości terytorium oraz ilości ludzi nie jest czynnikiem decydującym. Liczy się, bardzo ogólnie, tak zwany czynnik ludzki, który może się zmieniać. On sprawia, że nieraz skokowe zmiany cywilizacyjne następują niekiedy w okresie jednego pokolenia. To z dnia na dzień w skali historii.

Szybki przyrost ludności bywa obciążeniem dla społeczeństwa w pierwszym okresie. Jeśli jednak kraj jest w stanie zapewnić rosnącemu pokoleniu znośne warunki bytowe, a w szczególności opiekę zdrowotną i przyzwoite wykształcenie, to staje się ono kapitałem społecznym. Rewolucja przemysłowa w Europie odbywała się równolegle z eksplozją demograficzną i oba te zjawiska napędzały siebie nawzajem. Powojenny, trwający długo, wyż demograficzny w Polsce budował ją, jeszcze w minionym okresie i zapewnił szybki awans cywilizacyjny już w III Rzeczpospolitej.

Duży przyrost naturalny

w dłuższym okresie raczej pomagał niż przeszkadzał rozwijać się tym krajom, które się rozwijają. Również w Chinach, które ten przyrost ograniczały, a gdzie mimo tego był znaczny. Problemem nie jest przyrost ludności, lecz perspektywa jej zmniejszania się i starzenia się, tam gdzie to już występuje. A z czasem będzie już występować powszechnie. Ten czas wszakże może pomóc ludzkości. W coraz bardziej globalnej gospodarce można wykorzystać to, że jednocześnie istnieją dwa modele rozrodczości. W jednych krajach perspektywicznie zaczyna brakować ludzi do pracy. W innych dorasta liczne pokolenie, już w miarę wykształcone, a brakuje środków, aby mogło wydajnie pracować.

Proste przemieszczanie się siły roboczej jest rozwiązaniem czasowym i może powodować problemy wynikające z zetknięcia się, nieraz konfliktowego, kultur. Większe znaczenie może mieć przepływ produktów i kapitałów. Bogate, stopniowo tracące siłę roboczą kraje, mogą inwestować tam gdzie znajdują się jeszcze w nadmiarze już wykwalifikowani ludzie do pracy. To oczywiście schemat, bo w realnej sytuacji ruch odbywa się w obie strony. Hindusi u siebie wykonują coraz bardziej kwalifikowane prace dla innych, ale tez ci inni pracują dla Hindusów u siebie. Między innymi w Polsce, w hutach indyjskiego przedsiębiorcy.

Odnosi się czasem wrażenie,

że trudno jest w świecie kupić coś, co nie jest Made In China, przy czym bywają to już urządzenia techniczne z bardzo wysokiej półki, lecz póki co, know how przychodzi do Chin z Zachodu.  Byłoby dobrze gdyby Polska stojąc w obliczu spadku aktywnej zawodowo ludności, szykowała się tego by w mniejszym niż dotąd stopniu wytwarzać i eksportować twory myśli technicznej innych, często pod cudzą marką i zaczęła miewać pomysły, których wykonanie można by powierzać innym.

A co będzie w jeszcze dalszej przyszłości, jeśli już ludzkość przestanie rosnąć i wszędzie zacznie brakować przyrostu rąk i umysłów do pracy? Odległa to przyszłość, ale można chyba żywić nadzieję, że przy wysokim poziomie technologii każdy będzie miał szanse wypracowania środków na wychowanie potomstwa i zapewnienie sobie egzystencji na całe życie.

Ernest Skalski

 

 

 

 

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. Magog 2011-11-03
  2. Hazelhard 2011-11-03
  3. Hazelhard 2011-11-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com