Andrzej Lewandowski: Kapitan i jego drużyna

ECHA WYDARZEŃ: Wiem, tematu „Tadeusz Wrona i jego drużyna” nie wolno ominąć. Także w komentarzu na sportową nutkę. Z tym, że wolałem poczekać, aż „wypiszą się” i wygłoszą swoje poglądy inni. Bo niezależnie od  zasług Osoby oraz kapitańskich partnerów, mamy w ogóle przeogromne zapotrzebowanie na idoli. Mało dziś złotych i z diamentami (to z szybownictwa,   o którym będzie) prawdziwych – jak ten. Za to (i – więc) sztucznych, wydmuchanych, wymyślonych dla nas – maluczkich, zatrzęsienie… Ale to inna bajka, zostaję przy rzeczywistości  TEGO lądowania…

Pan Tadeusz przypada mi do gustu, jako człowiek. Taki – godzien zaufania. Gdy inni już zbudowali mu jednosobowy pomnik, on bez przerwy głosi:

  •  nie są to jedynie moje zasługi, lecz też koleżanek i kolegów- na pokładzie i na ziemi;
  •  nie dokonaliśmy cudu, lecz po prostu dobrze wykonaliśmy naszą pracę- za którą bierzemy pensje;
  • wiedza, umiejętności i wyszkolenie dawały nam pewność siebie;
  • łut szczęścia też był po naszej stronie…

I tak dalej. Skromnie – o sprawach podniebnych, lecz z nogami mocno na ziemi. Nie mam szczęścia znać osobiście kapitana Wrony, ale znałem wielu wspaniałych pilotów.  Widzę, że ONI „po prostu” tacy są 

Znalem komunikacyjnych, wojskowych; najpierw wojskowych potem komunikacyjnych (jak np. „drugi” w tej załodze), sanitarnych itp. Wieczorami podczas zawodów pilotów i dziennikarzy niektórzy żartobliwie mówili o sobie „ awiatorzy”. A wznosząc toast wykrzykiwali lotnicze „Od śmigła!”.

Okazja sportowa łączyła nie tylko podczas zawodów, gdy dziennikarz bywał raczej balastem. Widziałem, jak precyzyjni są w powietrzu – lecąc „krzywą psa”, by odnaleźć na ziemi, „co trzeba”. Jak cenią sekundy w lotach na regularność; jak potrafią lądować bez „kangura”… Wtedy – „świątecznie i sportowo” – w lekkich maszynach, w dniu powszednim – często w naddźwiękowych, albo wielotonowych z pasażerami na pokładzie. Odważni, lubiący ryzyko, ale – widziałem i czułem – że ryzyko wyrozumowane. To daje tylko świetne wyszkolenie plus charakter.  Takim przebywaniem w warunkach powietrznego żywiołu też ukształtowany.    Prawda, Panie Kapitanie Tadeuszu?

Mówię, co słyszałem. W tamtych opowieściach lotniczych. Jak to Zdzich prowadzący trójkę akrobacyjną miał kłopoty z lotem „na plecach”, ale dociągnął na lotnisko, bo zachowali spokój. Jak, lecąc jako instruktor, gdy uczeń wpakował maszynę w druty energetyczne- spokojnie powiedział tylko: „Przejmuję stery”; wylądował delikatniusio, ale już na ziemi skrzydło „odeszło”… Jak Waldek (potem w „Locie”), jeszcze jako instruktor w Dęblinie tak się zamyślił, że nie zauważył, że podwładny przekroczył granice państwa. Dopiero, gdy „podległ bojowemu przeciwdziałaniu” myśliwców przechwytujących – pokazał pełnię sztuki. Zwiał bezbłędnie. Pokazywał nam zegarek – nagrodę… Jak Kazik, który ze śmigłowca stawiał iglicę, jak zegarmistrz…

Znakomici ludzie. Odważni, pełni poczucia humoru, a równocześnie refleksyjni i mający maksymalny szacunek dla powietrza i awiacji… A to niby, „tylko” sportowa okazja…

I tu właśnie  mi pobrzmiewa sportowe echo awaryjnego lądowania na Okęciu. Kpt. Wrona, niezależnie od wyszkolenia, trenażerów, symulatorów, tysięcy wylatanych godzin oraz przewiezionych pasażerów pewnie mimowolnie w trudnej chwili przywołał doświadczenie szybownika. Wciąż aktywnego w tej sztuce. Który lata bez silnika, ląduje gdzie należy i kiedy trzeba, współpracuje z matką-naturą, a nie tylko się z nią boksuje… Oczywiście, bez przesady. Powietrze to samo, ale co innego szybowiec, co innego wielotonowa maszyna; z dwoma i pół setką pasażerów. Ale nitka jest.  Złota. Jak kiedyś u innych mistrzów szybownictwa, którzy w lataniu komunikacyjnym też pokazali wirtuozerię. Edward Makula mistrz świata na szybowcach, Makula – akrobata szybowcowy, Wróblewski – też najlepszy na globie… Inni.

  Czyli – sport także, jako element także „uniwersyteckiej wiedzy zawodowej”.

Warto to przypominać w dobie, gdy wielu władnych… zapomina.  „Orliki” są potrzebne, piękne, pożyteczne, ale same z siebie systemu nie czynią.  A kiedyś był to „stały fragment gry”. Nie piszę już o szczegółach programu Komisji Edukacji Narodowej, ani o praktykach Szkoły Rycerskiej. Przypomnę tylko międzywojnie i… Komendanta. Gdy z jego inicjatywy powstawał na bielańskich 73 hektarach CiWF, u kolebki pomysłu wcale nie chodziło o medale olimpijskie. Szło o to by armia była sprawna pod względem siły fizycznej, wydolności, wytrzymałości, zaś młodzież szkolna podlegała porządnemu – jak byśmy to dziś nazwali – wychowaniu fizycznemu.

Wklejam z kart kronik: „CIWF był wojskową szkołą zawodową z programem dwuletnich studiów nauczycielskich dla mężczyzn i kobiet oraz rocznym kursem oficerskim.”

A gdy powoływano Państwową (wielostopniową) Odznakę Sportową ( podkreślam – państwową, 1931), to nie tylko dla dekoracji garnituru i munduru. To był przez państwo stworzony system szkolenia oraz oceniania stanu gotowości fizycznej obywatela. Wklejam: „Całe przedsięwzięcie wprowadzenia odznaki powiodło się znakomicie i przyniosło oczekiwane rezultaty. W kartach kwalifikacyjnych oficerów, podoficerów i żołnierzy zapisywano dodatnio podsumowując ocenę sprawności fizycznej „Posiada P.O.S.”.

 Stop. Nie zanudzam. Tylko sygnalizuję związki. Historyczne oraz przez kapitana Tadeusza Wronę przypomniane, jako wciąż świeże i życiowo użyteczne…

Andrzej Lewandowski

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Lewandowski 2011-11-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com