Stefan Bratkowski: Rambuteau 112-118, czyli wyzwanie

2013-03-17.

O czymś zupełnie innym. Bo wszystko może wyglądać inaczej

2013-03-03_22-54_Rue Rambuteau, Paris, FrancePrzemieszkałem tydzień u przyjaciół paryskich w domu, który mi uświadomił, że architektura współczesna może odzyskać i ciepło, i wymiar człowieczy, ba, więcej, potrafi nawet wytrzymać porównanie z urodą starych domów zbudowanych kiedyś w sąsiedztwie – dla ludzi.

Duży balkon mieszkania moich przyjaciół – kilka metrów kwadratowych, które pani domu zamieniła w mały ogród botaniczny – wychodzi na uliczki starego Paryża o nazwach przesyconych anegdotą, historią i wdziękiem, jak uliczka Wielkiego Włóczęgostwa; zapatrzeć się można… Ale tu istotne jest, że cały budynek, czy raczej – kompleks budynków, na wzniesieniu, z czterema (!) kondygnacjami w głębi ziemi, ulokowano obok nowych, przeszklonych hal paryskich, obok fascynującej, by nie powiedzieć – olśniewającej bryły kościoła św. Eustachego (dla mnie piękniejszego znacznie od Notre Dame), a na skraju owej rozkosznej, starej zabudowy, w której nie ma obok siebie dwóch jednakowych kamieniczek, a nawet piętra od siebie się różnią, nie mówiąc o pełnych uroku mansardach i facjatkach.

Ten dom, domy właściwie, tylko połączone, nie są obcym ciałem w swym otoczeniu, nie rażą jakąś swą krzykliwą odmiennością. Od ulicy, wyłączonej z ruchu kołowego, czyli od rue Rambuteau, mają parter sklepów, bo oczywiście – dom zarabia. Grunt jest za drogi, by skazywać samych mieszkańców na opłacanie jego ceny. Wchodzi się do tych domów na różnych poziomach od różnych stron – wejście od kościoła św. Eustachego prowadzi na mały dziedziniec z artystycznym wystrojem, po wiejsku cichy wśród rozgwaru okolicznych ulic; przechodzi się zeń do następnego, wewnętrznego, który od rue Rambuteau osiągnąć można windą, wjeżdżając dwa piętra. Wszystko ujmujące i żywe, nie złości oczu ani też nie nuży jednostajnością elewacji ani sztampową organizacją przestrzeni.

2013-03-03_22-56_Rue Rambuteau, Paris, FranceLudzki charakter tej zabudowy nabiera smaku przez kontrast z nieodległym pomnikiem arogancji architektonicznej. Pół kilometra od tej oazy dźwiga się wysoko ponad Haussmanowski poziom siedmiu pięter (Haussman ustalił, że nie wolno w Paryżu budować więcej niż siedem pięter) „rafineria”, jak Francuzi nazywają Centre Pompidou – wyzywający melanż rur i odsłoniętych elementów konstrukcyjnych, przy którym akwarium oceaniczne, postawione w Warszawie jako ambasada Francji, wydaje się przytulnym siedliskiem choćby dla wielorybów. „Rafineria” wyraźnie obliczona jest na epokę, w której człowiek będzie sam składał się z lepiej wykonanych, niż to zrobiła natura, plastikowych już przewodów, rurek, zbiorniczków, tłoków i sterujących mikroprocesorów, czyli gdy będzie sam stworzony na obraz i podobieństwo Centre Pompidou; ta, jak się rzekło, arogancja przyszłości robi wrażenie odpychające, tak samo, jak szklana piramida pana Pei przed Luwrem – też doprawdy, ni przypiął, ni przyłatał, bo dlaczego piramida, a nie odwzorowanie struktury sera szwajcarskiego w kraju serów?

Zawiózł mnie z kolei inny przyjaciel do St. Quentin, nowej aglomeracji, komponowanej z siedmiu gmin, z których każdą projektuje inny architekt (wśród nich i Polak). Zobaczyłem różne wersje mieszkaniowego szczęścia, jak je sobie każdy z nich wyobrażał – nudny, klasycyzujący pałac z mieszkaniami wewnątrz, to znowu szeregi domków jednorodzinnych, prawie jednakowych, ani miasto, ani wieś, też nudne jak flaki z olejem, to znów – pomiędzy tymi miasteczkami – centrum techniczne Renault, w formie architektonicznej zjeżdżalni dla kosmitów. Ale zobaczyłem i prawdziwe miasteczko – z rynkiem, gdzie każdy dom to coś innego, niż to, co stoi obok, miasteczko, w którym każdy budynek ma swoją indywidualność, a szklana przyszłość w ludzkim wymiarze nie kłóci się z uroczymi, wąskimi niby-kamieniczkami. Wszystko razem jest po prostu miłe i swojskie, nie rodzi tego uczucia obcości, jak silos na ludzi, w którym sam mieszkam. Można uwierzyć, że chce się tu żyć i przestawać z sąsiadami jako ludźmi, nie tylko numerami mieszkań.

Nie koniec na tym. W Sartrouville Francuzi podjęli program „rekultywacji” architektury bezdusznych kloców z betonu czy też wielkiej płyty. Kiedyś zdawały się one wyborem ekonomicznego zdrowego rozsądku, biorącego wzór z koszmarnych kloców Manhattanu. Estetyka martwych sześcianów okazała się na dłuższą metę nie do wytrzymania; zawsze podejrzewałem, że gdyby to był ideał piękna, Pan Bóg zrobiłby nas z klocków. Kwadratowe głowy kwadratowych ludzi, których przed laty rysował Adam Macedoński w „Przekroju” Eilego, były świadomą kpiną z ideałów minionego ustroju; jeśli uwolniliśmy się od niego, to, jak słusznie zauważył Herbert, również ze względów estetycznych.

Architektura i bez „socjalizmu” długie lata produkowała wyłącznie piękno przeznaczone dla oczu wróbli i gołębi, jedynych żywych istot, które mogły docenić kształt bryły budynku. Znalazłem potwierdzenie swoich reakcji w artykule Marzeny Hausmann w „Architekturze” z kwietnia ub.r., która opisywała blokowiska w szwedzkich suburbiach (tyle że o najwyższym standardzie wyposażenia mieszkań wewnątrz):

„Szare, betonowe czworoboki o płaskich dachach najkorzystniej prezentują się z lotu ptaka. Z ludzkiej perspektywy przerażają swą bezdusznością, ogromem i nieprzyjaznością wobec mieszkańców. Sztucznie tworzone ciągi komunikacyjne i ogromne parkingi redukują mieszkańców do roli kłopotliwego elementu składowego nadrzędnej wizji sprawiedliwości społecznej” (bo i tam, dodajmy, budowali to uszczęśliwiacze ludzkości).

Ostatnio – trudno mi określić, jak dawno, nie jestem tu fachowcem – coraz częściej ogląda się jednak architekturę projektowaną dla oczu ludzkich, nie gołębi, i z myślą o użytkowaniu jej przez ludzi, nie przez roboty i samochody. Niedawna „Architektura” przyniosła szereg zdjęć z Tallaght, nowego, największego szpitala Dublina, a ja pamiętam sprzed dwóch lat, z dawniejszych numerów tego nieocenionego miesięcznika, co potrafili zrobić architekci polscy ze szkoły podstawowej w Połomii koło Wodzisławia Śląskiego czy w Katowicach na Kokocińcu. Pamiętam też opisany i obfotografowany przez Izabelę Klimaszewską w cyklu „Dom, w którym mieszkam” dom z poznańskiego Sołacza, sprzed pierwszej wojny światowej, twór projektanta całego Sołacza, niemieckiego architekta-humanisty (jak słusznie określiła go autorka), który myślał o życiu przyszłych mieszkańców.

Co robią Francuzi, by się uwolnić od przygniatającego koszmaru bezosobowości, przeciętności i architektonicznej nudy? „Silosy” rozszerza się o przybudowane, rozmaitego kształtu konstrukcje, zwiększając przy okazji powierzchnię części mieszkań, nadbudowuje się lekkimi, dodatkowymi piętrami z cegły, wdzięcznymi jak mansardy i facjatki starych kamieniczek Paryża, łączy się je niższymi, też różnorodnymi budowlami, zmieniając przestrzeń, poszatkowaną dziś płaskimi, martwymi ścianami, w przestrzeń swojską, o wymiarze „domowym”; mieszkania na parterze zamienia w miejsce dla handlu i usług.

Dlatego przyszło mi do głowy (słuchajcie, Czytelnicy – Młodzi Architekci, studenci i niedawni absolwenci, którzy macie teraz wakacje i czas na fantazję), żeby obwołać tu, z tych łamów, konkurs na projekt uczłowieczenia grupy silosów, w jednym z których sam mieszkam. Mam nadzieję, że zechce temu konkursowi patronować czcigodna „Architektura”, a nasza spółdzielnia mieszkaniowa – wyrosła po różnych biurokratycznych podziałach i przerzutach z pierwszej po Październiku spółdzielni mieszkaniowej, którą z mojej akurat inspiracji zakładał mój Październikowy przyjaciel, Zdzisław Sulmirski – chętnie, jak znam obecnego Prezesa, powita wszelkie ciekawe propozycje i projekty.

Budynki spółdzielni „Torwar”, o kajutowych powierzchniach mieszkań wedle norm gomułkowskich, z lanego betonu, stoją w jednej z najpiękniejszych okolic Warszawy – wśród parków, niedaleko od Agrykoli i Łazienek, poniżej skarpy „sejmowej”. Grunty są tu jedne z najdroższych w Warszawie, a pod ziemią, poniżej poziomu zero, nie ma nic poza przewodami; dopiero wznoszone dwa nowe budynki zagospodarują i tę przestrzeń.

Budynki i my, ich mieszkańcy, wydawaliśmy się skazani na oczekiwanie, aż konstrukcje zaczną się sypać, a nas się przekwateruje. Aliści to beton; beton z czasem szlachetnieje, podnosi swą trwałość; nawet, jeśli zbrojenia wewnątrz niego były „socjalistyczne”, „jak-cię-mogę”, całość jest dzisiaj związana mocą żelbetową.

W naszej spółdzielni oczekuje nowych, większych mieszkań 400 członków z dwóch osiedli. Nie mogę proponować niczego, co dotyczyłoby drugiego osiedla, bardziej „ludzkiego” (choć bez sklepów i powierzchni usługowych na parterach). Ale dla naszego osiedla rozszerzenie powierzchni mieszkaniowej co najmniej trzystu mieszkań przez dobudowy, budowa stu kilkudziesięciu nowych mieszkań w lekkich, ciepłych w stylu „międzybudynkach” i dalszych kilkudziesięciu w nadbudówkach to szansa ogromna i warta zaangażowania, zwłaszcza, że ich metr kwadratowy byłby niewspółmiernie tańszy od metra kwadratowego w budynkach zupełnie nowych.

Jest też problemem zagospodarowanie przestrzeni poniżej poziomu zero; grunt nasz jest za drogi na dzisiejszą rozrzutność, gdy powierzchnię opłacaną przez wszystkich mieszkańców zajmują parkingi. To samo – z parterami. Nie mamy wcale za dużo sklepów, choć więcej niż w wielu innych dzielnicach. Wśród nich „sam”, najpopularniejszy z nich, z wiecznymi kolejkami, kisi sprzedaż na powierzchni tak małej, że dwie osoby z trudem się mijają w korytarzykach między półkami z towarami. Drugi „sam” stoi samotnie – na bardzo drogim gruncie i płaci bardzo wysoki czynsz, ale żadnym czynszem nie da się zrównoważyć jego kosztu dla spółdzielni. Parę sklepów w budynkach, postawionych już po czasach gomułkowskich, płaci zbyt wysokie czynsze, ponieważ inne partery nie „zarabiają” na utrzymanie naszych domów.

Dzisiejszy obraz naszego osiedla, z wieloma drzewami, które usychają z braku prawdziwej gleby (pod spodem jest gruz po fundamentach dawnej zabudowy), jest nadal „gomułkowski” – wyjąwszy obfitość samochodów. Są to właśnie ponure silosy na ludzi, którzy ze sobą niewiele mają wspólnego, bo ta zabudowa nie stwarza miejsca na jakiekolwiek współżycie.

Nie ma niczego, co przypominałoby ustrojowo dzisiejsze amerykańskie „kondominia”, gdzie wielki blok ma w piwnicach bądź na górze nawet i basen pływacki, gdzie na parterze lub na górze działają małe jadłodajnie, kawiarenki czy bufety, prowadzone przez starsze panie na emeryturze, biblioteki z czytelniami, salki telewizyjne, salki dla zabaw dziecięcych lub zajęć przedszkolnych, czy też kaplice.

Szwedzi też zmieniają wygląd swoich blokowisk, ale to, co robią, nie wiele ma wspólnego z francuskimi zabiegami. Robią, jak czytałem u Marzeny Hausmann, zmiany kosmetyczne, czasem ograniczone do ozdóbek – doklejone wykusze, wieżyczki, kolumienki, przekonstruowane balkony, to znów nakładają spadziste dachy, wciskają między domy jakieś płotki, komórki, wąskie osiedlowe uliczki, co wprawdzie podnosi wysokość czynszów, ale tak naprawdę niczego nie zmienia. Mnie i moim współmieszkańcom chodziłoby o zmianę przestrzeni, o jej „uczłowieczenie” przy jednoczesnym ekonomiczniejszym wykorzystaniu drogiego gruntu. Jeśli już parkingi, to podziemne, a jeśli z drugim poziomem parkingu powyżej powierzchni gruntu, to przy zagospodarowaniu dachu na cele rekreacyjne, handlowe lub wręcz mieszkania na poziomie pierwszego i drugiego piętra. Mieszkać mają ludzie, nie samochody; samochody mają być tylko zabezpieczone przed kradzieżą, deszczami, śniegiem i mrozami.

Nie proponuję łatwego zadania; oglądałem w „Architekturze” domy mieszkalne nagradzane w Anglii co dwa lata przez Departament (ministerstwo) Środowiska, Radę Budownictwa i elitę architektów brytyjskich – też daleko im do naszych oczekiwań. Zmianie estetyki musi towarzyszyć inne podejście psychologiczno-społeczne. Chcemy tu mieć swoje małe, sympatyczne miasteczko. Mimo wszelkich ograniczeń, jakie niosą betonowe czworoboki, pod dostatkiem jest tu miejsca na fantazję, nie na ozdóbki – dlatego liczę na wdzięk, przytulność, urodę i oryginalność naszego przyszłego osiedla. Naszego i innych…

Potem być może pomyślimy, jak zainicjować w całej Warszawie przejęcie warszawskich wodociągów, ciepłownictwa i kanalizacji przez spółkę klientów-mieszkańców – bo koszty usług w tych dziedzinach są dla naszych domów znacznie wyższe od sumy czynszów i innych opłat!

Ale – po kolei. Najpierw – spróbujmy inaczej mieszkać.

Stefan Bratkowski

 

Ten tekst wydaje się całkowicie aktualny. Napisałem go jednak 15 lat temu. Powtarzam, bo może się przyda. Na naszym osiedlu stoją już wszystkie budynki, które miały być dopiero zbudowane, i można myśleć o tym jak to wszystko uczłowieczyć. Prezes naszej spółdzielni, człowiek, jak na warszawskie stosunki, dość wyjątkowy, może podjąć plan oryginalny – angażujący twórczą młodzież, z interesującymi perspektywami. Zobaczymy. A może ktoś sfotografuje ten Sołacz, Kokociniec i Połomię?

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. andrzej Pokonos 2013-03-17
  2. Anna Malinowska 2013-03-18
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com