Stefan Bratkowski: To było tak…

18632013-03-20.

Usłyszałem w Klubie Wolnej Europy, co w roku 1945 powiedział o przyszłości wielki emigracyjny publicysta, Juliusz Mieroszewski (Mariusz Kubik zorganizował cenne, rocznicowe spotkanie ku czci tegoż). Otóż zdaniem Mieroszewskiego w ówczesnej sytuacji wszystko należało na nowo wymyślić. Pozwoliłem sobie z tą opinią zasadniczo się nie zgodzić. W moim rozumieniu bowiem wszystko po roku 1945 tylko się powtórzyło. Polski wiek XIX raz jeszcze, tyle, że w skrócie. Jałta i Poczdam były zaś gorsze w skutkach niż Kongres Wiedeński – wielkie mocarstwa skazały Polskę na kolejne sto lat niewoli bez gwarancji swobód Królestwa Kongresowego.

Zacznę od swojego 1945 roku – zupełnie innego, nie uprawniającego mnie do żadnych uwag. Za mały byłem, by w ogóle coś na ten temat wiedzieć i powiedzieć. Losy mojego pokolenia ukazał film Beli Balazsa „Gdzieś w Europie” – jak tamte bachory wylądowaliśmy na koniec włóczęgi nie w zamku, a w krzeszowickim pałacu Potockich, już z kanalizacją i wodociągami. Wybitni pedagogowie, państwo Jedlewscy, zorganizowali w nim Dom Młodzieży dla sierot i półsierot wojennych, a kierował „Zakładem” były harcerz w stopniu  harcerza orlego, Władysław Śmiałek, olbrzym, który z Auschwitz wyszedł, ważąc 41 kilo. Najstarsi chłopcy przyszli „z lasu”, nikt się tym nie chwalił, ich koledzy jeszcze walczyli, nie mieli innego wyjścia, ujawnienie się groziło więzieniem, albo i śmiercią. Mogli co najwyżej przekraść się na ziemie zachodnie i tam zacząć życie od nowa jak Andrzej Lesiewski, jeden z późniejszych pionierów rozkwitu Jeleniej Góry. Opowiadam o tym wszystkim, bo dorosłym mogło się wtedy zdawać, że to jednak będzie Królestwo Kongresowe, państwo poddane caratowi, ale konstytucyjne i normalne.

Nasz „Zakład” była to szczególna republika trzystu dzieci i młodzieży, przekonanej, że wychowuje się sama, to był jedyny bodaj eksperyment pedagogiczny, który opisali po latach wychowankowie, nie pedagogowie. We wszystkim to było inne. W liceum ukochany „Dżul” zlecał uczniom naszej klasy maturalnej prowadzenie lekcji ze świeżo objawionej fizyki jądrowej, ja pasjonowałem się historią i pani Żebrowska wywoływała mnie do tablicy, żebym referował dzieje wojen napoleońskich. To pani Żebrowska pierwsza powiedziała mi, 16-letniemu, po lekcji na temat Kongresu Wiedeńskiego – „Stefanku, czy zdajesz sobie sprawę, że zostaliśmy znowu sprzedani i to pewnie znowu na sto lat?” Z taką świadomością wychodziłem z idealnego świata, z naszej utopii, gdzie ZMP chodził w czwórkach do kościoła (ja nie, bo luteranin).

Podział Europy wydawał się znowu ostateczny i nieodwracalny – jak to potem ukazało powstanie węgierskie, któremu nikt nie pomógł. Na razie był rok 1951, apogeum stalinizmu – o czym w Zakładzie nie wiedzieliśmy. Miałem iść na studia. „Kierus”, jak go nazywaliśmy, pan Śmiałek, ogarnął mnie swoim ogromnym ramieniem na pałacowym korytarzu – „pamiętaj, nie jesteś synem przedwojennego konsula, bo nie dostaniesz się na studia. Jesteś wychowankiem Domu Młodzieży”. Nie było mi się trudno przystosować, byliśmy dumni z naszego „Zakładu”. Po latach dopiero generał Kiszczak poinformował mnie, że – co widać jego ludzie odkryli – mój ojciec był oficerem polskiego wywiadu; nikt nigdy w partii o tym przez 27 lat nie wiedział…

Opinię pani Żebrowskiej usłyszałem znowu od prof. Michała Patkaniowskiego. Podczas mego pierwszego roku studiów prawa w Krakowie bardzo lubił on smarkacza, z którym podczas wykładu wymieniał demonstracyjnie z wysokości katedry uwagi o ustroju państwa ateńskiego czy też egipskich Ptolemeuszy; raz, drugi, zostałem zaproszony do jego domu. Potem stykałem się z inżynierami, budującymi Nową Hutę. Budowali ją najlepiej jak umieli, z robotnikami awansowanymi z wiejskich chłopaków, którzy po raz pierwszy spali w łóżkach – ich rekordy murarskie przed wojną były normą. W pierwszych latach po wojnie na warszawskim Muranowie przedwojenni inżynierowie, majstrowie i murarze po miesiącu od wejścia na  zagruzowany plac budowy (prawda, że z infrastrukturą w ziemi) oddawali klucze do mieszkań w czteropiętrowym domu. Eugeniusz Kwiatkowski powiedział mi potem w Krakowie w 1956 r. jako jednemu z przywódców Studenckiego Komitetu Rewolucyjnego – „trzeba rozumieć, że inżynier może coś zrobić dla kraju tylko w kraju”.

Wtedy, dzięki Polskiemu Październikowi, odkrywałem dopiero, że po roku 1945 wszyscy fachowcy stanęli do odbudowy i zagospodarowania kraju – w pełni świadomi, z czym mają do czynienia i w jakich stosunkach. Przez pierwsze trzy lata zdawało się, że to może być coś w rodzaju Królestwa Kongresowego, ze swobodami, których nie zna reszta sowieckiego „caratu”. Kompletnie zapomniany pan Leonard Maringe zmobilizował „bezetów”, tych „bez ziemi”, którą rozparcelowano, byłych właścicieli ziemskich, ale fachowych w zarządzaniu wielkimi gospodarstwami rolnymi. Zarządzali przejętymi z rąk Niemców majątkami na ziemiach zachodnich – robili to tak umiejętnie, że w rok, dwa,  osiągali wyniki lepsze od byłych niemieckich właścicieli (o co, jak mi powiedzieli po latach, nie było tak trudne, bo dobrzy fachowcy niemieccy nie pchali się na wschód, już Bismarck nie mógł znaleźć chętnych, by między nich rozparcelować swoje włości na Pomorzu Zachodnim). Pozory prędko się rozwiały. W stalinizmie posadzono i Maringe’a, i tych „bezetów”. Posadzono też i ludzi „prawicowo-nacjonalistycznego odchylenia” w partii, Gomułkę i innych, tyle, że ich nie wymordowano, inaczej niż w Czechosłowacji, gdzie powieszono większość Biura Politycznego.

Rozpędzono za to u nas całą grupę fachowców, którzy zbiegli się do Kwiatkowskiego zaraz po jego powrocie z Rumunii i tworzyli z nim polską gospodarkę morską na 500 kilometrach wybrzeża (do dziś nie ma takiej grupy, ani gospodarki morskiej). Tak samo potraktowano znanego mi Janusza Kędzierskiego, zaangażowanego, jak potem jego syn, w uruchomienie transportu Odrą i w przyszłość portu szczecińskiego; Kędzierskiego torturowano jako agenta zachodniego wywiadu. Obronną ręką wyszli tylko przedwojenni inżynierowie, budujący Nową Hutę i odbudowujący Warszawę, ale też dzięki nim Nowa Huta była najlepiej zorganizowaną „wielką budową socjalizmu” w Polsce – na równi z nią tylko po roku 1956 Turoszów, prowadzony przez Andrzeja Chrzanowskiego, i Police jego znanego mi dobrze wychowanka. Na innych późniejszych „wielkich budowach socjalizmu” było rzeczą normalną, że zwalone na kupę, bez ładu i składu, stalowe elementy konstrukcji odsyłano z powrotem do hut, ponieważ ich nie oznakowano, co gdzie, kiedy i do czego…

Wszyscy, dosłownie wszyscy, wiedzieli, w czym żyją, i wiedzieli, że nie ma alternatywy. Nieporozumieniem jest oskarżanie naszej elity intelektualnej i fachowców o „ukąszenie heglowskie”, które sprzyjało rzekomo poparciu nowego ustroju. Gospodarka planowa jeszcze przed wojną wydawała się lekiem na kryzysy kapitalizmu, zwłaszcza na Wielki Kryzys lat trzydziestych. Starczy przeczytać program radomski PPS z roku 1934, znajdzie się w nim wszystkie idiotyzmy, instalowane po roku 1948. Największym doraźnym nieszczęściem kraju po tym roku 1948 nie była nacjonalizacja przemysłu, stała się nim „walka klasowa”, pod władzą Hilarego Minca wydana drobnej przedsiębiorczości – rzemiosłu, drobnemu handlowi i dobrze gospodarującym chłopom, „kułakom”. Zniszczyło to normalną gospodarkę, stworzyło gospodarkę niedoboru z „kartkami” na wszystko. Tego idiotyzmu żadne nawet „ukąszenie heglowskie” nie akceptowało. Były lizusy, które się przypochlebiały i wysługiwały aparatowi partyjnemu, nigdy już nie słuchającemu fachowców, ale zdarzali się i w aparacie partyjnym pojedynczy ludzie całkowicie bez złudzeń – w latach siedemdziesiątych znany mi dobrze z Października 1956 Kazimierz Barcikowski, już członek Biura Politycznego, regularnie przelicytowywał mnie w krytycznych uwagach na temat ustroju i gospodarki, aż wreszcie w którejś rozmowie poirytowany palnąłem – „to po co ty w tym wszystkim siedzisz?”, na co on popatrzył na mnie długim spojrzeniem i powiedział – „przecież wiesz, kto przyjdzie na moje miejsce, a ja przynajmniej do żadnego faszyzmu nie dopuszczę…”

Kwiatkowski w czasie tamtej krótkiej rozmowy w 1956 r., jeszcze przed powstaniem węgierskim, powiedział mi – „mamy jakieś szanse na królestwo kongresowe, byleście, młody człowieku, nie wykipieli”. To sformułowanie uświadomiło mi do końca analogie, które powinienem był wysnuć już z opinii pani Żebrowskiej i prof. Patkaniowskiego.

Kotarbiński, wielki logik i filozof, autorytet moralny, odparł mojemu koledze, jednemu z „rewolucjonistów” z  Wrocławia, proszącemu po 1956 r. o radę, czy ma wstąpić do partii – „młody człowieku, nie powiem panu ani tak, ani nie, ale niewzruszone twierdze łatwiej przerabiać od środka, niż zdobywać”.

Młodzi ludzie z Nowej Huty jako „klasa robotnicza” w 1956 r. sprawdzili się wspaniale, jakby byli robotnikami od wielu pokoleń. Przewodził im Zbyszek Jakus, sekretarz Komitetu Zakładowego, jak Goździk w warszawskiej FSO. Kipiało, ale nie wykipiało. Powstanie węgierskie ostrzegło najgorętszych. Delegaci naszego Komitetu Rewolucyjnego razem z delegatami robotników wozili potem z Krakowa na Węgry uzbieraną pomoc w żywności i w lekach, mój brat nie znalazł tam znanego mu już dowódcy armii węgierskiej, Maletera, którego latem tego roku interesowały nasze rewolucyjne spiski (chcieliśmy socjalizmu, ale bez „czerwonej burżuazji”); dopiero po latach znaleziono i odkopano zwłoki zastrzelonych Nagy’a i Maletera, z rękami, skrępowanymi na plecach drutem kolczastym, ułożone twarzami  do ziemi, „żeby nie mogli więcej ziemi węgierskiej oglądać”. My przynajmniej obaliliśmy egzekutywę Komitetu Wojewódzkiego partii, rządzącą Krakowem, przeprowadziliśmy wybór do niej starego socjalisty Drobnera, przyzwoitego Waldenberga i naszego znakomitego mówcy Benka Tejkowskiego (w wolnej Polsce został nacjonałem), pojechała do Warszawy delegacja naszych stutysięcznych wieców, by poprzeć przewrót w centrali, czyli VIII Plenum KC. Referat pióra Władysława Bieńkowskiego głosił ustami Gomułki, że winien był nie „kult jednostki”, a system. Czas był szczególny. Do Adama Kreislera (dziś w Australii), szefa naszej milicji studencko-robotniczej, pilnującej porządku w Krakowie z opaskami na ramionach i z pierwszymi w Polsce pałami, przyszło paru dziwnych panów, zapytali, jak długo my tu będziemy rządzić. Adam odpowiedział, że jakieś dwa tygodnie, zanim się nie ustoi. Ci panowie pokiwali głowami – „to my przez te dwa tygodnie nie będziemy kraść; my jesteśmy delegacją zawodowych złodziei krakowskich”. Bywało więc i tak.

Zwolniony z odosobnienia kardynał Wyszyński wezwał wszystkich do głosowania w wyborach „bez skreśleń”, żeby Sowietom udowodnić ogólnonarodowe poparcie dla niezależności państwowej Gomułki (Gomułka splantował niespodziewaną delegację KC KPZR z Chruszczowem na czele, co go uczyniło niemal bohaterem narodowym; prędko przeputał swoją sławę). Naszym kandydatom, włącznie z partyjnymi, dał aparat na listach wyborczych miejsca „pozamandatowe” i przy głosowaniu bez skreśleń przepadli. Jesienią 1957 r. rozpędzono „Po prostu”, pismo będące naszym zbiorowym przywódcą, w imieniu którego wcześniej, w grudniu 1956, zorganizowałem pierwszy, parotysięczny zjazd organizacyjny Rewolucyjnego Związku Młodzieży (nie żadnego ZMSu). Nie chciałem zostać jego prezesem, nie miałem temperamentu przywódcy i tylko ze zgrozą obserwowałem, jak dał się aparatowi (partyjnemu) potem wymanipulować.

Ustrój Gomułki nie był Królestwem Kongresowym, ale różnił się zasadniczo od ustroju NRD czy też Czechosłowacji i Węgier. Nie rządziła już bezpieka. Rządził aparat partyjny, także – bezpieką. „Czerwona burżuazja” zachowała władzę, ale Gomułka, sam oszczędny, nie pozwalał się jej zanadto bogacić. Bogaciła się będzie bez umiaru dopiero za Gierka, kiedy już sama nie będzie wierzyła w system (dzieci kształciła na Zachodzie). Gomułka pacyfikował prasę aż po rok 1968, aż po kampanię antysemicką, w której uporał się z wszelkimi już opornymi w prasie i innych mediach. W gospodarce panował zastój, fachowców partia nie słuchała, nawet partyjnych, ale przynajmniej skończyło się duszenie wsi kolektywizacją i walką z „kułakami”. Dla zwalnianych z aparatu po 1956 r. Witold Kieżun z Narodowego Banku Polskiego wymyślił kredyty na własną ich działalność gospodarczą, zajęli się interesami i z ich kręgu wyszło wielu „prywaciarzy”, co oznaczało i tolerancję państwową dla drobnej przedsiębiorczości. Towarzysze „radzieccy”, jak się ich nazywało, nie mogli darować Gomułce „polityki rolnej”, czyli rezygnacji z przymusowej kolektywizacji, doprowadzała ich do furii swoboda działalności Kościoła (swoboda jak na obóz sowiecki). Nigdy nie będziemy wiedzieli,  jak Prymas, wielki polityk, uzgadniał z Gomułką eksplozywne kroki polskiego Kościoła, bo nie znamy treści tajnych spotkań ich obu w domku Zawieyskiego i w lesie sąsiedztwa, przy drodze z Konstancina do Skolimowa… Strzelać do robotników w 1970 r. kazał najbliższy Gomułce Kliszko – za zgodą samego Gomułki, przekonanego, że zawsze Polskę niszczy kolejna klasa panująca, najpierw szlachta, potem burżuazja, teraz klasa robotnicza, bo on naprawdę wierzył, że w PRL rządzi klasa robotnicza!

Za Gierka było trochę więcej Królestwa Kongresowego, w każdym razie już można było porównywać – choć nawet „opozycję przez konstrukcję”, „Życie i Nowoczesność”, dodatek do „Życia Warszawy”, po trzech latach stłamszono bez pardonu; Drucki-Lubecki nie miałby tu szans. W PRL żadni fachowcy nie służyli systemowi, wszystko, co ciekawe i wartościowe, działo się obok systemu i mimo niego, system potrafił tylko niszczyć – jak wielkich konstruktorów, zarówno pras hydraulicznych, jak komputerów… Jedyny plus – udało się przeprowadzić powrót do małych przedrozbiorowych województw, co zaktywizowało mniejsze miasta. Znakomici też fachowcy załatwiali kredyty na Zachodzie, Zachód brał ich za perspektywę reform, za sygnał możliwych wielkich przemian, ale ci znakomici fachowcy nie mieli już żadnego wpływu na użytkowanie pozyskanych pieniędzy. Zbędną hutę surowcową zlokalizowano na wododziale, w Gołonogu, gdzie urodził się towarzysz Trzcionka. W takim trybie, z budową rurociągu orenburskiego w ZSRR jedynie za obietnicę dostaw ropy, PRL szybko zbliżała się do bankructwa – odwrotnie w stosunku do historii Królestwa Kongresowego, którego rosnący potencjał przemysłowy i zbrojeniowy dałby szanse skutecznego powstania po dalszych siedmiu, ośmiu latach rozwoju zamiast w listopadzie 1830 r. Nikt dziś nie mówi, że PRL zbankrutowała. Wszystkie dewizy z kont osobistych obywateli zostały wydane na spłaty rosnących długów. Gdybyśmy o tym napisali, gdyby to podała Wolna Europa, doszłoby do strasznego runu na kasy i krwawych zamieszek.

Naszym Powstaniem Listopadowym były narodziny Solidarności, odpowiednikiem spisku podchorążych – Komitet Obrony Robotników, który jednak nie zastrzelił żadnych generałów,  uczył samoorganizacji – przełomowym hasłem Kuronia „zamiast palić komitety, zakładajcie komitety”. Co więcej, to powstanie cieszyło się poparciem całego narodu, inaczej niż w 1831 roku, kiedy nawet niecała szlachta stanęła do walki. Tym razem poparcie było mądre, wszyscy na nowo uczyli się zorganizowania i zainteresowania tym, w czym żyją i pracują. XX-wieczny carat moskiewski szykował się do interwencji, z kilkoma planami inwazji, ale wyprzedzili go i spacyfikowali nas, bez setek tysięcy ofiar, dzisiejsi Dwernicki i Skrzynecki, którzy wtedy, w XIX wieku, jak i tamci podczas Powstania Listopadowego, mieli świadomość przewagi zbrojnej caratu. Ale teraz nawet oni już nie wierzyli w system. Nie mieli tylko sposobu ani na niego, ani na XX-wieczny carat.

Do naszego pokojowego Powstania Styczniowego upłynęło potem już tylko osiem lat, nie trzydzieści jeden (zapowiadałem cały czas moimi „Gazetami Dźwiękowymi”, że będą z nami rozmawiać). Dzięki Reaganowi, polskiemu papieżowi i Gorbaczowowi to nasze XX-wieczne Powstanie Styczniowe wygraliśmy, za zgodą polskich generałów, którzy to umożliwili, a tym samym poprzednie całe 123 lata niewoli udało się nam w tej nowej, XX-wiecznej wersji skrócić do lat czterdziestu czterech, jakby dla potwierdzenia owego „a imię jego Czterdzieści i Cztery”.

Mimo zwycięstwa, niestety, nadal się coś powtarza – jak choćby egoizm dorobkiewiczów  po Powstaniu Styczniowym. A na razie brakuje Kronenberga, by instalował innowacje ekonomiczne, które wtedy małą cząstkę imperium carskiego wyniosły do pozycji fantastycznej potęgi ekonomicznej, budującej urządzenia nawet w Port Artur nad Morzem Żółtym. Niemniej mamy pozytywistyczny rząd, zapewniający normalność, nasi anarchiści nie zabijają, ani w kraju, ani w USA jak Czolgosz, choć się odgrażają. Wtedy endecja odebrała Dmowskiemu swój mandat do Dumy za sprzyjanie caratowi, nasz mały Dmowski też nie bardzo wie, co robi. Pracuje dla caratu, destabilizując państwo. Jak inne warchoły, których nie było, kiedy przydałoby się paru odważnych więcej.

Definitywnie zakończył naszą powtórkę z historii pewien całkowicie nowy pomysł historyczny (o który zabiegał przed ponad półwiekiem Józef Retinger): Unia Europejska. „Inteligentni inaczej” eurosceptycy pracują wprawdzie dla dzisiejszego caratu, który im dał za to potężny przekaźnik, ale te wygrane pokojowo powstania nauczyły nas wiary, że rozsądek może zwyciężyć. Tej szansy nie straciliśmy.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

9 komentarzy

  1. Incitatus 2013-03-20
    • borowicz bogumiła 2013-03-21
      • Incitatus 2013-03-22
  2. nexton 2013-03-20
  3. Monika Szwaja 2013-03-21
  4. Andrzej Bratkowski 2013-03-21
  5. Jerzy Mikułowski Pomorski 2013-03-21
  6. Monika Szwaja 2013-03-23
  7. Roman Czubiński 2013-03-31
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com