Iwona D. Bartczak: Samoograniczająca się gospodarka

bartczak2013-03-24. W ubiegłą sobotę byłam na Toruńskim Festiwalu Smaków. Poznałam kolejnych pasjonatów produktów regionalnych, producentów zakręconych na punkcie serów kozich, piwa niepasteryzowanego, soków owocowych czy czerniny kujawskiej, pasjonatów kuchni mennonitów, hodowli gęsi kołudzkiej czy przywracania współczesnym ludziom przepisów kulinarnych naszych pradziadów z różnych regionów Polski. Jedna mała imprezka, a tyle opowieści, jedno spotkanie, a tyle inspiracji kulinarnych, jedno wydarzenie, a tyle dowodów bogactwa tradycji kultury, w tym kultury kulinarnej – na jednym skromnym kawałku Polski, i to jeszcze trudnym rolniczo, bo przecież znaczna część to tereny zalewowe.

Niestety, muszę też dodać: kolejne wydarzenie, kolejne rozmowy, kolejne spotkania, które potwierdzają moją opinię, że to w lokalnym kapitale społecznym, lokalnym kapitale kultury materialnej i niematerialnej – na przykład w wytwarzaniu produktów regionalnych i turystyce wokół nich – tkwi największy potencjał do wzrostu polskiej gospodarki i dobrobytu jej mieszkańców. Ale mówię też “niestety”, dlatego że ten potencjał uruchamiają jedynie trzy bodźce: w największym stopniu osobista pasja ludzi, producentów, społeczników, restauratorów, potem – rodzące się dopiero bardziej wyrafinowane potrzeby konsumpcyjne niż takie które można zaspokoić towarami z supermarketu, i dalej – dopiero pierwsze udane wzory współpracy tych pasjonatów ze sobą i trochę z lokalnymi podmiotami (organizatorami targów, wydawnictwami, muzeami, szkołami). A przecież na tę przedsiębiorczość powinno się chuchać i dmuchać, aby rozwijała się, dawała ludziom pracę, dobre życie, zdrowe jedzenie.

Niestety, jest mnóstwo okoliczności niesprzyjających temu rozwojowi. Najważniejszym są obawy samych producentów przed zwiększeniem skali swojej działalności. Nawet jeśli mają żyłkę przedsiębiorczą, to nie biznes – pomnażanie majątku – jest ich główną motywacją. Oni wybrali pewien styl życia, który oznacza harmonię między pracą a pasją, niewymuszone relacje międzyludzkie, wolność od reguł, których się nie akceptuje wewnętrznie, bliskość przyrody. Często są to uciekinierzy z miast i z korporacji. Nie chcą wchodzić znowu na ścieżkę biznesu. Sprzedają, owszem, zarabiają pieniądze, starają się zarobić więcej, ale nie zrobią nic co zagrozi ich stylowi życia. Inna sprawa, że najprawdopodobniej nie mają kompetencji, aby prowadzić większy biznes.

Regionalni producenci, nawet jeśli chcieliby, nie mogą rozwijać działalności w świetle obowiązującego prawa, nie mogą zwiększać produkcji, nie mogą sprzedawać dalej niż “widać komin ich domu” czy na jarmarkach, bo natychmiast wpadliby we wszystkie te regulacje podatkowe, kontrolne, biurokratyczne, które uczyniłyby ten biznes zupełnie nieopłacalnym, a ich samych zamieniłyby z serowarów w księgowych i petentów w urzędach.Ten biznes byłby nieopłacalny, bo ta żywność musi być droższa niż jest w supermarketach, bo jest żywnością prawdziwą a nie chemiczną, żywnością opartą na naturalnych procesach biochemicznych. W tym modelu produkcji niemożliwa jest konkurencja ceną. Jest on w istocie zaprzeczeniem modelu biznesu obowiązującego w wielkoprzemysłowej produkcji, a system podatkowy jest urządzony pod właśnie tę wielką produkcję i konkurowanie ceną.

Wolą więc robić mniej, łączyć produkcję z ofertą turystyczną czy rozrywkową, i trzymać się jak najdalej od “normalnej” formalnej regulowanej gospodarki.

Więc produkty tradycyjne są do kupienia jedynie dla wtajemniczonych i aktywnie ich szukających, a nie dla wszystkich. I to jest ogromna strata dla konsumentów i dla gospodarki. Ale żeby było inaczej, inne musiałby być podatki i inne regulacje.

W tej wytwórczości zaszyty jest też nie tylko inny model życia i relacji międzyludzkich, inny model pracy i biznesu, ale też inny model relacji z klientem. Klient musi wierzyć, że dostaje dobry produkt, bo jego producent lubi być osobiście uczciwy oraz dlatego że nieuczciwość wykluczyłaby go ze środowiska, które ceni i lubi. A przecież współczesny klient w ogóle nie wierzy w dobre intencje producenta żywności! Ma nadzieję, że liczne kontrole, przepisy i regulacje zmuszają tego producenta, aby przynajmniej nie truł, a i to się okazuje dosyć problematyczne.

Jednym zdaniem: mamy w Polsce skarby nieprzebrane, kapitał prawie nieruszony a obfity – niemal jak gaz łupkowy, mamy pionierów dobrego życia, biznesu i jedzenia, mamy pierwsze wzory jak z tego czerpać.

Ten kapitał musimy uruchomić!  To nie może być gospodarka samoograniczająca się. Jeśli jako konsumenci będziemy chcieli od tych producentów więcej  i więcej ich produktów, to znajdziemy wspólnie sposoby, aby usuwać przeszkody i zagrożenia. Będziemy się nawzajem siebie uczyć i szanować. Gospodarka wielkoprzemysłowa, korporacyjna pewnie dalej będzie dominować, ale nie pozwólmy, aby zamknęła nam umysły na inne wzory i wartości. Bo przestaniemy być wolnymi ludźmi!

W naszym środowisku, w środowisku Business Dialog będziemy ciągle o tym pisać, a może i podpowiadać co i gdzie kupować i dlaczego.

Iwona D. Bartczak

 

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. bisnetus 2013-03-24
  2. narciarz 2013-03-25
  3. Iwona D. Bartczak 2013-03-25
  4. andrzej Pokonos 2013-03-26
    • bisnetus 2013-03-26
      • andrzej Pokonos 2013-03-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com