Stefan Bratkowski: Po co komu związki zawodowe

demonstracja2013-03-27.

Panom, którzy mają się za działaczy związków zawodowych, a nie wiedzą, po co komu one

To była wspaniała tradycja i – nie uwierzycie – przydatna do dzisiaj. Gdyby dzisiejsze związki zawodowe umiały to, co ich poprzednicy, dawni i współcześni, świat wyglądałby znacznie lepiej i mądrzej, Duda i Kukiz miast warcholić, zajmowaliby się czymś pożytecznym.

Jeszcze w XVIII wieku robotnicy brytyjscy razem z rzemieślnikami, sklepikarzami, dzierżawcami i chłopami potrafili sami, bez filantropów, zadbać o siebie – tworzyli swoje organizacje oddfellows, szczególnego braterstwa, tajne, wobec zakazu zrzeszania się. Były to pionierskie organizacje pomocy wzajemnej, oszczędności i zdrowotnych ubezpieczeń wzajemnych. Z nich potem, w najgorszych czasach początku przemysłu, rodziły się – friendly societies, towarzystwa przyjacielskie, czyli towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Mądrzy filantropi przeforsowali w parlamencie przepisy, czyniące friendly societies, do tej pory półlegalne, akceptowanymi przez państwo. Ich członkowie mogli ubezpieczać się na wypadek choroby lub kalectwa, na wypadek śmierci kogoś z rodziny, lub jak mówiła ustawa – ubezpieczyć się od wszelkich „podobnych klęsk, które dzięki rachunkowi prawdopodobieństwa da się przewidzieć i obliczyć”.

Były to również kasy pomocy wzajemnej – miały prawo pożyczać członkom pieniądze. Mogli członkowie składać się na tańszy, bo hurtowy zakup opału, odzieży, żywności, narzędzi do pracy. Także – organizować się do wzajemnej pomocy w wychowywaniu dzieci! Na czym polegał główny walor finansowy tych organizacji? Na ubezpieczeniach wzajemnych – zebrane ich pieniądze pozostawały ich pieniędzmi, nie odpływały do kogoś, kto na nich zarabiał (ubezpieczeń komercyjnych wtedy jeszcze nie było). Towarzystwa „certyfikowane”, które mogły przedstawić Biuru Długu Państwowego, wraz ze statutem, swoje tablice obliczeniowe, miały prawo lokować swe środki w Banku Anglii. Na odpowiedni, gwarantowany procent.

To wszystko robili prości, ale umiejący się zorganizować ludzie. Proszę znaleźć dzisiaj związki zawodowe poza Anglią, które z całą swoją etatową biurokracją dbają w taki sposób o interesy członków! Dzisiejsze związki zawodowe nie walczą nawet o kontrolę nad środkami ubezpieczeń społecznych, które w Polsce przed drugą wojną światową podlegały nadzorowi ze strony reprezentacji ubezpieczycieli i – ubezpieczonych…

Kto obudził brytyjskich robotników

I to nie marksizm „obudził” robotników. Budził ich z początkiem XIX wieku, przez trzydzieści parę lat – zapomniany angielski geniusz polityczny, William Cobbett. Wielki historyk, George Macaulay Trevelyan, liberał z poglądów, oddał mu, że „odegrał wielką i dobroczynną rolę w historii Anglii”. A początki były straszne. Trzeba wiedzieć, od czego ci robotnicy zaczynali, choć już ojciec ekonomii politycznej, Adam Smith, uwaga!, domagał się wyższych płac dla robotników i prawa ich do zrzeszania się.

Pracowali 14, 16, a nawet 17 godzin na dobę. Bez niedziel, ani świąt. Dwie zmiany 12-godzinnne, dzienna i nocna, dały pewną ulgę, ale ci, co kończyli dwa tygodnie pracy nocnej, w dniu przejścia do dwóch tygodni pracy dziennej musieli pracować 24 godziny bez przerwy! I tak co pół miesiąca. Chłopaczki ośmioletnie, a nawet sześcioletnie, pracowały tysiącami w przędzalniach jako „szpulkarze”, zbierając z podłóg odrzucone szpulki, i w kopalniach jako trappers przy otwieraniu drzwi dla przejazdu wagoników z węglem; trappers zjeżdżali na dół w nocy i wyjeżdżali na górę po zmroku, nie oglądając światła dziennego. Pracowali w szwajcarskim Zurychu – w roku 1813 – po 15 i pół godziny, w Anglii 16 godzin, pod strażą nadzorców, których batogi zaliczano nieraz w inwentarzu fabrycznym do „narzędzi pracy”. Rządcy angielskich „domów ubogich” wypożyczali fabrykantom dzieci. Żeby nie uciekły, na wszelki wypadek zakuwano je w kajdanki. Samobójstwa chłopców i dziewczynek szły w setki, rzadko te dzieci dożywały nawet dwudziestu lat, zżerały je nagminne zapalenia płuc, pylica i gruźlica.

Nowe miasta fabryczne ziały koszmarem, po kilka osób gnieździło się na paru metrach kwadratowych, wynajmowano „miejsca w łóżku” na czas, kiedy właściciel szedł do pracy, w okręgach fabrycznych 40 % noworodków umierało przed ukończeniem pierwszego roku życia.

Political Register Cobbetta czytano niepiśmiennym „pod płotem i w warsztacie”, popularna wersja gazety była tania, bo nie zawierała „wiadomości”, „news”, obciążonych wówczas opłatami stemplowymi, tylko artykuły i felietony. Cobbett warstwom wyższym odkrywał nędzę i cierpienia warstw niższych, nauczył robotników dyskusji i organizacji, uczył też – śmiechu w atakach na możnych przeciwników. Ruch robotniczy stworzył potęgę polityczną i zasłynął „Kartą praw ludu”, People’s Charter. „Czartyści” potrafili zebrać pod nią blisko dwa miliony podpisów!

Swoje sprawy w swoje ręce

Kiedy ruch czartystów zamarł po nieudanych strajkach, tę rolę co pisma Cobbetta odegrało hasło Roberta Peela, konserwatysty, który został reformatorem i liberałem. Hasło brzmiało – „trzeba swoje sprawy brać w swoje ręce”. Ludowy pisarz angielski, dziś też całkowicie zapomniany, były lekarz-społecznik, Samuel Smiles, napisał książkę, wznawianą w przez całą drugą połowę tego stulecia – Self-help (1859), dosłownie – „Samo-pomoc”, co na polski byłoby sensowniej tłumaczyć – „Pomóż sobie sam”. Zmieniła ta książka i Amerykę. Opowiadała o tych, którzy osiągnęli wielkość, sławę bądź fortunę własnym wysiłkiem, inteligencją i obrotnością, oraz o tych, którzy potrafili zrobić coś mądrego i pożytecznego razem z innymi. Tą książką, innymi podobnymi książeczkami, wychował Smiles całe generacje angielskich robotników, pełnych ambicji, fantazji i wiary w siebie. Dożył 92 lat i oglądał sukcesy swoich idei. Nie mają dlań miejsca współczesne encyklopedie, ale wielki nasz historyk kultury brytyjskiej, Wojciech Lipoński, docenił go w pełni i w swoim dziele miejsca poświęcił mu sporo.

Słowo „socjalizm” nie poszło z żadnego programu politycznego, ani „socjalizmu naukowego” Marksa i Engelsa, lecz – od question sociale, angielskiej social question, „kwestii socjalnej”, czyli społecznej. „Socjalistami” zaczęto nazywać ludzi z warstw wyższych, przejętych „kwestią społeczną”, losem biedoty, żyjącej w nędzy.

W latach 30. wieku XIX francuski dziennikarz epoki romantyzmu, Piotr Leroux, dał życie innemu, ważnemu dla nas dzisiaj pojęciu: „solidarności”. Rzymską, prawniczą treść „solidarności” najprościej tłumaczy wspólna, „solidarna” odpowiedzialność dłużników za jakieś zobowiązanie; Leroux za św. Pawłem wniósł do „solidarności”  braterstwo i pomoc wzajemną. Też sobie tym zasłużył na nieśmiertelność…

W New Lanark Robert Owen, pierwszy reformator zarządzania przedsiębiorstwami, zrobił pracowników swoimi partnerami i osiągał dzięki temu dla swej spółki zyski nieporównywalnie większe niż konkurenci. Zniósł kary cielesne, skrócił dzień pracy do 9 godzin, zorganizował stołówki, tanie kuchnie, kasy oszczędności, zalecane przez Adama Smitha, proroka gospodarki rynkowej, płacił więcej i zamiast kar wprowadził nagrody za sumienność. Pobudował dla swych pracowników kolonie domków z ogródkami. I to wszystko opłaciło się bardziej niż system, w którym górnicy szkoccy do 1787 r. nosili obroże z wyrytym nazwiskiem właściciela kopalni. W roku 1935 Trevelyan, autorytet dostatecznie konserwatywny, by mu wierzyć, pisał, że gdyby współcześni zainteresowali się New Lanark, „żylibyśmy dzisiaj w innym świecie”. To prawda.

John Stuart Mill, jeden z ojców liberalizmu, potraktował z uznaniem system zatrudnienia w kopalniach kornwalijskich. Opisał go Charles Babbage, wielki matematyk, uznany dziś, i słusznie, pra-ojcem komputera.  Angażowano w Kornwalii nie pojedynczych górników, lecz ich samodzielne zespoły robocze jako małe, wspólne ich przedsiębiorstwa – jak w dawnej polskiej Wieliczce. Mill, klasyk ekonomii politycznej, Popierał zresztą – spółdzielnie pracy i żałował, kiedy padały z braku kapitału i dobrych, a drogich menedżerów.

Jak stworzyć kompetentne związki zawodowe

W połowie XIX wieku trzech Anglików uznało się za „socjalistów chrześcijańskich”. Jeden – wybitny pisarz, John Ludlow, oraz dwóch anglikańskich pastorów, z których Karol Kingsley też był wziętym pisarzem (w literaturze dla dzieci przetrwały ponad sto lat jego „Heroje”, które czytałem w dzieciństwie). Fryderyk Maurice wprost mówił z ambony, że kto jest chrześcijaninem, musi być socjalistą! Najpierw organizowali owe spółdzielnie pracy, które popierał Mill. Ale ich menedżerowie nie umieli poradzić sobie ze współpracownikami i ruch „asocjacji” pracy wygasł, „socjaliści chrześcijańscy” zabrali się wtedy za wieczorową oświatę robotniczą – w roku 1854 uruchomili pierwsze „kolegium ludzi pracujących”, Working Men’s College.

Nie da się przecenić tej inicjatywy. Uczyniła związki zawodowe brytyjskich robotników partnerami władz kraju i pracodawców! Intelektualiści brytyjscy oraz uczeni Oksfordu i Cambridge przez dziesiątki lat z oddaniem pełnili misję oświatową, rozwinęli university extension, uniwersytet rozszerzony, „uniwersytet dla wszystkich”, na jego zajęcia z końcem stulecia uczęszczało dziesięć tysięcy robotników rocznie! Przywodził temu programowi uczony z Oksfordu, Arnold Toynbee, czczony tylko przez historyków, pomijany w encyklopediach na korzyść wielkiego historyka tegoż imienia i nazwiska. Toynbee w swoich wykładach lansował budowę osiedli z należytym standardem higieny, parków, boisk sportowych, lokalnych bibliotek i centrów kultury. Pierwsze takie centrum kultury, social settlement, „siedlisko społeczne”, we wschodniej części Londynu, w ubogiej dzielnicy East End, ochrzczono po jego przedwczesnej śmierci Toynbee Hall. Po różnych punktach Anglii ruszyły później następne.

Takie poglądy, takie poczucie obowiązków, przejmowali brytyjscy przywódcy związkowi. Zrobili jednym z podstawowych zadań związku zawodowego pomoc w zdobywaniu wiedzy, oświatę wieczorową tudzież popularyzację samokształcenia i czytelnictwa (każda spółdzielnia spożywców utrzymywała bibliotekę dla swoich członków). Oczywiście, decydowała wtedy postawa życiowa angielskich robotników – chcieli się uczyć, chcieli się dowiadywać, pełni energii, ambitni i wszystkiego ciekawi, chcieli być kompetentnymi partnerami warstw ludzi zamożnych i wykształconych.

W następnych pokoleniach syn walijskiego robotnika, samouk, został najwybitniejszym przywódcą politycznym Wielkiej Brytanii i poprowadził ją do zwycięstwa w pierwszej wojnie światowej. Nie był członkiem Partii Pracy. Lloyd George, liberał z poglądów, przeforsował ustawy o ubezpieczeniu chorobowym i ubezpieczeniu od bezrobocia – co może trochę zmieni wyobrażenia „krytyków” o liberalizmie…

Własność jako ambicja i program

Nie brakowało wielkich rojeń – czasem rewelacyjnie potwierdzanych w rzeczywistości. Wbrew Marksowi, który potępiał ludowe kasy oszczędności i ruch oszczędnościowy! Wbrew jego prognozom jeszcze za jego życia robotnicy angielscy nie tylko nie zubożeli, a wręcz przeciwnie. Ich spółdzielczość spożywców stworzyła najpotężniejszą hurtownię Anglii! W życiu politycznym odgrywali coraz większą rolę i wywalczyli, oni właśnie, równe prawa wyborcze dla ogółu obywateli Anglii (nie objęły one kobiet, choć w środowisku robotników i one miały więcej praw niż w życiu klas wyższych).

Kooperatyści marzyli o budowie wszechświatowej cywilizacji spółdzielczej (sam w nią wierzyłem) i stworzyli ruch z szerokim praktycznym oparciem, jakiego nigdy nie udało się pozyskać jakiejkolwiek partii „socjalistów”. Kooperatyzm nie umarł. Dziś panuje niepodzielnie w handlu… Szwajcarii, dwie największe tam sieci handlowe, „Migros” i „Co-op”, są olbrzymimi przedsiębiorstwami spółdzielczymi. Jedno z nich o pasjonującej wręcz historii – twórca „Migrosu”, Gottlieb Duttweiler, zrobił zeń potęgę dzięki skoncentrowaniu się na klienteli masowej i po latach, przed śmiercią, obrócił swą olbrzymią firmę w spółdzielnię spożywców, czyli własność tejże masowej klienteli, uznał bowiem, że będzie to najpewniejsza podstawa trwałości firmy, kiedy jego nie stanie…. Historię „Migrosu” warto przetłumaczyć dla nauki biznesu i – spółdzielczości.

Syndykaliści (od francuskiego syndicat, związek zawodowy) skupili się na doraźnej poprawie bytu warstw niższych, a zwłaszcza robotników. Liczyli na własność związkową, związków zawodowych, dojrzałych rozwiniętych do angielskiego poziomu. Brytyjscy „Fabianie”, z przełomu XIX i XX wieku, imię przybrali od słynnego wodza Rzymian, Fabiusza Kunktatora, który unikając frontalnych starć z Hannibalem, wyczerpał jego siły i zapewnił sukces Rzymowi. Nie dążyli do rewolucji, ich strategia polegała na stopniowym postępie. Z własnością municypalną jako oparciem. Jako ludzie czynu potrafili zbudować „idealne” miasto w Letchworth niedaleko Londynu – dosłownie w dwa lata! Ich filozofię przejęła potem angielska Partia Pracy, Labour Party.

„Furieryzm” natomiast stworzyli uczniowie Fouriera, kiedy zmarł i nie przeszkadzał im w porządkowaniu jego genialnych myśli. To on zapisał – „dzisiaj, w Wielki Piątek, odkryłem tajemnicę zrzeszania się”. Znał się na interesach; nie proponował zniesienia zysku, ani własności prywatnej. Zdanie: „jako najważniejsze zagadnienie ekonomii politycznej należałoby zbadać sprawę przekształcenia najemników we współzainteresowanych właścicieli” okazało się trwałym programem – zamiast marksistowskiej walki klasowej. Idee Fouriera przejął papież Pius XI, syn zawodowego menedżera, zaś po nim – Ronald Reagan za radą swego przyjaciela Louisa Kelso, znakomitego finansisty, najpierw jako gubernator Kalifornii, potem jako prezydent USA, a dziś największe biznesy świata realizują założenia Fouriera. Dodam tu, że Kelso dał się namówić, by odwiedzić Polskę, ale ówczesny szef urzędu do spraw prywatyzacji nie znalazł czasu, by się z nim spotkać – czego potem żałował. Reagan po swej prezydenturze, namówiony przez Kelso, gotów był przyjechać do Polski w latach 90-tych, by tłumaczyć jako były działacz związkowy, co to znaczy współwłasność w przedsiębiorstwie.

Dziś możemy zasięgnąć rad ze strony paru czołowych korporacji Ameryki. W drugiej co do wielkości światowej sieci supermarketów Publix czy też w liniach lotniczych American Airlines spółki pracownicze to 30 % udziałów, zdolne zablokować (zgodnie z amerykańskimi przepisami) „wrogie przejęcie” firmy. Giełda ceni tak ustabilizowane przedsiębiorstwa, nie zagrożone wewnętrznymi zaburzeniami.

Nasze związki zawodowe nie starają się przygotować swoich członków do roli członków spółek pracowniczych, nie myślą o tym, by spółki mogły stać się poważnymi akcjonariuszami przedsiębiorstw, w których członkowie związku pracują. Współwłasność to nie tylko dochody z udziałów, to współodpowiedzialność i duch gospodarności; tu nie chodzi o indywidualne udziały do rzucenia na rynek i do spekulacji giełdowej, przeciwnie, tu chodzi właśnie o zbiorowego partnera czującego się współgospodarzem.. Nie przypadkiem wielu menedżerów boi się i broni się przed takim partnerem w biznesie, bo to akcjonariusz najlepiej w interesie zorientowany i czujny. Oczywiście, nie ma wtedy mowy o kilkunastu, jak dzisiaj u nas, etatowych, na koszt firmy, „aktywistach” związkowych, bo gospodarni udziałowcy dbają o koszty własne firmy.

Pasjonujące wyzwania

Nasze związki zawodowe nie starają się niczego wiedzieć z tego, co dawniej wiedziały i umiały związki zawodowe. Ani z tego, co wiedzą one i umieją dzisiaj. Ale bo też, niestety,  nie są w rzeczywistości związkami zawodowymi, lecz quasi-partiami politycznymi, partyjnie powiązanymi i partyjnie czynnymi. Dobrze płatni przywódcy biorą udział w walce o władzę, dlatego nie zajmują się żadnymi zadaniami związków zawodowych.

Żal mi ich. I żal mi związków zawodowych, które mogłyby odgrywać poważną rolę w życiu polskich pracowników najemnych i w rozwoju Polski.

Przepraszam, że się od lat powtarzam. Ale widać trzeba.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

18 komentarzy

  1. bisnetus 2013-03-27
  2. Anna Malinowska 2013-03-28
    • bisnetus 2013-03-28
  3. Jerzy Bełcik 2013-03-28
    • bisnetus 2013-03-28
  4. Dąbrowski 2013-03-28
  5. Qstan 2013-03-28
  6. nexton 2013-03-28
  7. Anna Malinowska 2013-03-28
    • bisnetus 2013-03-28
      • nexton 2013-03-29
        • bisnetus 2013-03-31
  8. UP72156 2013-03-29
  9. otoosh 2013-03-31
  10. Florkowski 2013-06-17
    • BM 2013-06-17
  11. Florkowski 2013-06-17
  12. Florkowski 2013-06-17
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com