Jan Cipiur: Po zadymie pytanie…

po jakiego nam grzyba partyjno-polityczny samorząd?

Z pewnością jestem osamotniony w poglądzie, że za dużo było i nadal jest szumu wokół ulicznych starć w święto narodowe. Zbyt długi dzieli mnie dystans od obu stron, bym ich problemami zawracał sobie głowę. I nie pomylę się, że tę nieobywatelską zgoła postawę zajmuje 95 % zdrowej najzupełniej tkanki narodu naszego dumnego, a jakże. W adremie wskaże tylko, że nie widzę w kraju miejsca na brunatną siłę. Nie cierpię też udawać radości, ni to kolorowej, ni całkiem szarej, gdy listopad wpycha mnie w nastroje ponure.

Miłość własna wybujała nie pozwala mi poza tym na to, bym dał się manipulować, zwłaszcza jeśli manipulatorem jest coś tak żałosnego jak dzisiejsze mainstreamowe media, które najbardziej przecież umieją i kochają rozprawiać o tym na czym znają się najbardziej, czyli – rzecz jasna – o niczym. Nie będę zatem brał udział w zapalczywej dyskusji mych uczonych kolegów. I bliźnim to gorąco zalecam. Daję głowę, że do weekendu końca, nikt w telewizjach i radiach tej kwestii nad Rzeczpospolitą tak dziś wielce ciążącą więcej niż pół minuty już nie poświęci. Póki zatem cisza jak makiem zasiał w tej tak pierwszorzędnej niby sprawie nie zapadnie, zwrócić chcę autorów i gości Studia Opinii uwagę na szeroki wniosek, jaki nasuwa się po niedawnej ulicznej zadymie.

Nasłuchałem się, chciał nie chciał, komentarzy bez liku. Wielka część durna była całkowicie, co nerwy w stan kołatania wprawiać zaczęło. Uspokoiła mnie – do bólu jak zwykle merytoryczna – publikacja Ewy SiedleckiejGazecie Wyborczej pt. „Syndrom konduktorki”. Autorka przypomniała ponurą anegdotę o Piotrze Jaroszewiczu – premierze z PRL za rządów Edwarda Gierka, który na wieść, że jacyś ówcześni troglodyci, podobni tym wczoraj ze stolicy, wypchnęli konduktorkę z pędzącego PKP składu, miał był zażądać ustanowienie w prawie naszym przepisu zabraniającego wyrzucania konduktorek z pociągów. Ewa Siedlecka nie precyzuje, czy ów przepis miałby dotyczyć również konduktorów, ale mimo tej wady ogromnej, lekturę całego artykułu z przekonaniem polecam. Tenor jego taki, że władze Warszawy nie wykorzystują prawa, a potem, twierdząc, że jest zbyt liberalne, żądają jego zaostrzenia.

Ewa Siedlecka wykonała doskonale robotę, więc o kwestiach prawnych wszerz i wzdłuż oraz z góry do dołu i na odwrót oglądanych pisać nie warto. Przejść więc pora do zagadnienia, które do odkurzenia klawiatury mnie skłoniło, a które z ratusza warszawskiego nieporadnością jest związane.

Dziwię się od lat 20 i dziwić przestać się nie zamierzam pomysłowi, żeby władzę samorządową w miastach i na wsiach naszych partiom politycznym dawać. Nie mogę zrozumieć, czemu władzę samorządową sprawować ma jakikolwiek polityk i przenosić polityczne swary na krzywy chodnik przed moją posesją, na metro, którego bez ponadrocznego poślizgu zacząć budować nie sposób, na setki problemów, których rozwiązywanie gry partyjno-polityczne wyłącznie utrudniają.

Nie mogę pojąć, po jakiego grzyba potrzebny mi w mieście polityczny prezydent, który nie umie ani czerwonego, ani brunatnego, ani obu razem w razie groźby rozrób w jasną cholerę pogonić, a potwierdzenia swych bezspornych prerogatyw zamiast w ustawie – u partyjnego bossa szuka, gdy mam jednocześnie na wysokim urzędzie politycznego wojewodę, a w dodatku jeszcze bardziej politycznego marszałka od-roboty-nikt nie-wie-dokładnie-jakiej.

Znajdzie się na odmawianie mi rozumu i zrozumienia argumentów dziesiątki, ale ani jeden taki, który w stanie byłby mnie od opinii tu wyłuszczonej odwieść.

Jan Cipiur

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. Stupecki 2011-11-16
  2. elkaem 2011-11-16
    • Stupecki 2011-11-16
      • elkaem 2011-11-16
    • pablobodek 2011-11-16
  3. Alina Kwapisz-Kulińska 2011-11-16
  4. elkaem 2011-11-16
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com