Andrzej Lubowski: Czy winne są innowacje?

Clayton_Christensen_World_Economic_Forum_20132013-04-09.

Choć gospodarka Ameryki już kilka lat temu wyszła oficjalnie z recesji, to rynek pracy wciąż cierpi na anemię. To odstępstwo od reguł harwardzki guru od zarządzania tłumaczy zmianą w naturze innowacji.

Recesja była głęboka. Zwykle im głębsze tąpnięcie, tym silniejsze odbicie. Tym razem jest inaczej. Odbudowa rynku pracy idzie jak krew z nosa. Ta cherlawość rynku pracy rzecz jasna przekłada się na nastroje społeczne, popyt konsumpcyjny, na politykę, komplikuje zmagania z deficytem budżetowym i batalię o zmniejszenie poziomu długu. Bank centralny zapowiada, że nie odstąpi od zalewu rynku tanim pieniądzem tak długo, jak długo stopa bezrobocia nie spadnie poniżej 6,5 proc. Mnożą się hipotezy dlaczego ten cykl koniunkturalny tak bardzo swym kształtem odbiega od przeszłości.

Clayton Christiansen, profesor Harvard Business School (na zdjęciu) uważany za czołowego eksperta w dziedzinie innowacji i wzrostu, autor światowego bestsellera „The Innovator’s Dilemma” (w Polsce książka wyszła pod tytułem „Przełomowe Innowacje”) uważa, że słabość na rynku pracy wynika ze zmian w naturze dominujących dziś innowacji. Christensen rozróżnia trzy rodzaje innowacji:

  • ¨ Pierwszy to innowacje transformujące całe przemysły, umożliwiające coś, co w przeszłości nie było możliwe. Przykład to „model T” Forda – samochód osobowy, który był na tyle tani, że mógł go kupić robotnik z taśmy montażowej fabryki Forda. Powstał w ten sposób ogromny rynek i w ślad za tym mocno wzrosło zatrudnienie. Montownie i rzesza kooperantów: producentów opon, tapicerki, etc. dały pracę milionom ludzi. Podobnym typem innowacji było stworzenie PC, czyli komputera osobistego. Jego cena spadała tak szybko, że popyt rósł dramatycznie, i trzeba było zatrudnić rzesze ludzi, aby sprostać zapotrzebowaniu.
  • ¨ Drugi typ innowacji, to takie, które ulepszają istniejący produkt, ale w ich wyniku nie przybywa miejsc pracy. Przykład to samochód hybrydowy. Jeśli Toyota sprzedaje tysiące Priusów, to odbija się to negatywnie na sprzedaży modelu Camry. Niewielu ludzi będzie stać na to, albo uzna za potrzebne, aby kupić i samochód hybrydowy i auto z tradycyjnym silnikiem spalinowym. Jeden będzie zastępował drugi. Trudno liczyć na to, że dzięki temu wzrośnie zapotrzebowanie na ludzką pracę.
  • ¨ I wreszcie trzecia kategoria, to innowacje „wydajnościowe”. Ich celem jest usprawnienie procesu wytwarzania, marketingu lub dystrybucji produktu już istniejącego. Lepsze metody wytopu stali, montażu samochodu, obsługi klienta, czy sprzedaży przez internet, służą zwykle obniżce kosztów, w tym często przez redukcję zatrudnienia.

Podczas gdy w przeszłości istniała swego rodzaju równowaga między trzema rodzajami innowacji, dziś zdaniem Christensena dominują innowacje nastawione na zwiększenie wydajności. Choć pieniądz jest dziś tani i jest go w bród, to firmy inwestują głównie w te właśnie innowacje „wydajnościowe”, a mało w te transformacyjne.

W styczniu tego roku w Davos, Christensen mówił o tym, że trzeba to zmienić.  Politycy, powiada, powinni znaleźć zachęty, aby uruchomić ogromne nadwyżki kapitału, aby rozruszać rynek pracy, i zacząć stopniowo redukować bezrobocie. W tym celu muszą zmieniać relacje między rozmaitymi innowacjami, na rzecz tych „disruptive”, czyli transformacyjnych.

Dlaczego, pyta, choć kapitału wokół tak wiele, tak rzadko firmy inwestują w poszukiwania innowacji zmieniajacymi reguły gry? Profesor z Harvardu winą obarcza ludzi takich jak on, i sposób kształcenia menadżerów. Bije się w piersi mówiąc: uczymy studentów jak maksymalizować stopę zwrotu z kapitału, a to zachęca do inwestycji, które szybko się zwracają. I rekomenduje, aby rządy zachęcały przy pomocy bodźców podatkowych i innymi sposobami, do innowacji tworzących miejsca pracy.

Elegancką ideę, nie będzie łatwo przełożyć na realia. W końcu szefowie firm podejmując decyzje inwestycyjne kierują się nie długofalowym interesem narodu, a często nawet nie długofalowym interesem swej firmy, ale maksymalizacją zysku akcjonariusza i to zwykle w krótkiej perspektywie.

Christiansen wydaje się nie dostrzegać faktu, że innowacje transformujące całe przemysły i tworzące nowy popyt, za którym pójdą nowe miejsca pracy zdarzają się rzadziej, i przecenia wpływ jaki na tempo innowacji i ich naturę miałyby zmiany reguł rachunkowości. W końcu istniejące reguły gry nie przeszkodziły Google, czy Facebookowi w ich innowacjach.  Niestety, firmy te nie tworzą wielu nowych miejsc pracy. Pojawiły się nawet opinie, że dzisiejsze „rewolucje przemysłowe” są mniej rewolucyjne, niż te w przeszłości.

Na okładce londyńskiego „The Economist” w połowie stycznia 2013 myśliciel Augusta Rodina siedzi na nowoczesnym sedesie. W chmurce nad jego głową unosi się filozoficzne pytanie: „Czy kiedykowiek jeszcze wymyślimy coś równie pożytecznego?”Pytania o granice innowacji nabrały ostatnio popularności. Szanowany amerykański ekonomista, Robert Gordon, sceptycznie podchodzi do wizji bliskiej przyszłości w której z dzisiejszych tarapatów  wybawi nas kolejna rewolucja technologiczna. Jego sceptycyzm profesora Roberta Gordona przypomina mi słowa wypowiedziane w 1899 przez Charles’a Duella, Komisarza Urzędu Patentowego US: „wszystko co można było wynaleźć, zostało już wynalezione”. Sceptycyzm wydaje się tym mniej uzasadniony, że na horyzoncie majaczy wiele potencjalnych przełomów naukowych.

W orędziu o stanie państwa prezydent Barack Obama mówił o takich innowacjach jak drukowanie przestrzenne, które może zrewolucjonizować proces produkcji, nowe materiały do wytwarzania baterii, czy rozmaite rodzaje energii odnawialnej. Kłopot w tym, że niewiele z tych mniej lub bardziej fantastycznie dziś brzmiących technologii niesie obietnice znacznych przyrostów zatrudnienia.

Christensen ma rację, gdy dziwi się, że arcytani kredyt nie zachęca do inwestowania. Ale skoro tak się dzieje, to wątpliwe, aby obniżka jego ceny o dodatkowe 0,5 proc. cokolwiek zmieniła w zachowaniu prywatnych inwestorów. Tymczasem rządy wielu bogatych krajów mogą pożyczać niemal za darmo. Realne stopy procentowe obligacji rządu USA – czyli stopy nominalne pomniejszone o stopę inflacji – są ujemne. Jeszcze niższe są koszty obligacji rządu Niemiec i Japonii. Stąd idea, aby zamiast dusić dalej stopy procentowe zalewając rynek tanim pieniądzem, rządy które cieszą się wysoką wiarygodnością – zasłużenie bądź niezasłużenie – i z tego powodu mogą pożyczać tanio, pożyczały więcej, a nie mniej, nie tylko po to, aby stymulować wzrost, ale także aby poprawiać swą przyszła sytuację.

W Ameryce, i nie tylko tam, sypią się mosty. Remontów wymagają drogi i tamy. Kiedyś i tak trzeba będzie się za nie zabrać. Dlaczego nie zrobić tego dziś, gdy kapitał jest tak tani? Zanim zaleje nas fala rewolucyjnych, transformacyjnych innowacji tworzących miliony miejsc pracy. Zwłaszcza, że jej nadejścia nikt nie jest w stanie zagwarantować.

Andrzej Lubowski

specjalnie dla Studia Opinii przygotowana przez Autora wersja artykułu, który ukazła się w “Gazecie Wyborczej”

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. PK 2013-04-09
  2. Hazelhard 2013-04-10
  3. Incutatus 2013-04-10
  4. bisnetus 2013-04-11
  5. de mowski 2013-04-11
    • andrzej Pokonos 2013-04-12
  6. de mowski 2013-04-12
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com