Stefan Bratkowski: Anty-marginesy

Moi tu przyjaciele dali się unieść serdecznym uczuciom, jakie budzi żywa młodzież z poglądami. Nie wiem, czy wypada, czy nie będzie to z mojej strony niegrzeczne, ale pozwolę sobie nieśmiało zauważyć, że nie było 11 listopada na ulicach Warszawy ani autentycznej lewicy, ani autentycznej prawicy, ani nawet ich marginesów.

Autentyczna lewica zajmuje się losem warstw niższych, organizuje i uczy je pomocy wzajemnej, współpracy i przyjaźni, rozwija ich edukację obywatelską i gotowość współdziałania – wzorem dawnej Labour Party, a nie bolszewików, którzy potrzebowali warstw niższych wyłącznie dla powoływania się na nie w walce o władzę. „Kolorowa niepodległość” byłaby uroczym przedsięwzięciem, gdyby nie polityczny pomysł sprowadzania anarchistów, i to nie takich spod znaku Kropotkina i ducha pomocy wzajemnej. Lewicą w moim rozumieniu na pewno nie jest.

To, co policzono za prawicę, w ogóle z nią wspólnego nic nie ma. Jak sam wódz tych, którzy się do prawicy przyznają. Autentyczna prawica to ludzie poważni, zainteresowani prawidłowym funkcjonowaniem państwa i gospodarki, a nie młodzieńcy, którzy jak 19-letni Bolesław Piasecki, przywódca oryginalnego ONR z roku 1934, zwalczają demokrację i zasady równości. Przed wojną zakazano im działalności, potem zdelegalizowano, a nie ma co rozczulać się nad nimi, bo do faszyzmu było im aż za blisko. Ci młodzi, współcześni nam „narodowcy” zapewne nie wiedzą nawet, pod jakimi sztandarami startują. Ich program bowiem, wyświetlony w Internecie – co ukazał Andrzej Rychard – to program wrogów naszego państwa, którym przyzwolenia na działalność zabrania nie Pani Prezydent Warszawy, lecz nasza Konstytucja. A już „duma narodowa”, skandowana do rytmu tupania, jako antysemickie hasło czystego narodu bez domieszek, brzmi nieco humorystycznie w kraju, gdzie z trzech panów, sztandarowych figur nacjonalizmu, jeden nosi nazwisko białoruskie, drugi ukraińskie, trzeci – niemieckie (ściślej – austriackie). Choć nie to mamy im za złe.

Żaden z moich tu przyjaciół, którzy tu za sobą polemizowali, nie zabiega o władzę, nawet w portalu, środowisku równych sobie przyjaciół. Lubią się wzajem – różniąc się nawet poglądami na taki czy inny temat. Gdyby to ode mnie zależało, po trzech godzinach nocnej transmisji wydarzeń 11 listopada nieco inaczej bym recenzował produkcje naszych  anty-marginesów. Bo to zasadnicza sprzeczność w stosunku do nas – już nie wobec chamstwa okrzyków, a wobec ideologii popieranej przez wodza. Zwłaszcza, że wódz nigdy nie odpowiedział, ani też nikt nie obalił moich skojarzeń swej ideologii z wiadomymi źródłami. Nadal twierdzę, że opinia o jej bliskości z faszystowskimi źródłami nie jest żadną przesadą.

Informuję więc wodza i jego zwolenników, także tych nieposłusznych, że nasza narodowa tradycja jest z gruntu inna, niż się mu (oraz im) wydaje. Informuję, zgodnie z tradycją tego portalu, że Polska przez wieki, aż po wiek XIX, była dumna nie głupią pychą zadufanych głupców, lecz swą gościnnością – stąd tylu wspaniałych polskich patriotów o całkowicie zagranicznych nazwiskach…

Co krok zresztą spotykamy dowody takich tradycji: nasz młody, utalentowany deblista jest potomkiem rodziny przedostatniego w XVI wieku mistrza Zakonu Kawalerów Mieczowych, pani prof. Butler z UW pochodzi od kapitana Butlera, który w 1621 r. dowodził rotą cudzoziemską w bitwie pod Chocimiem i został w Polsce. Miła memu sercu rodzina Dzianotów, o tak ślicznym polskim nazwisku, pochodzi od włoskiego kupca warszawskiego, Jakuba Janottiego, który inwestował w kieleckie zagłębie miedzi wtedy, gdy kapitan Butler walczył pod Chocimiem. Jeden z przodków rodziny Romka Szeremietiewa pacyfikował Powstanie Styczniowe, a potem ta jedna z rodzin „białych Rosjan” osiadła w Polsce lat 20. minionego wieku; Romek jest polskim nacjonalistą, ale kulturalnym. UNICEF zakładał nasz rodak, Ludwik Rajchman, założyciel Państwowego Zakładu Higieny, w którym patronował badaniom Kazimierza Funka, odkrywcy witamin (wyda o Rajchmanie książkę wydawnictwo Emka, któremu, mam nadzieję, nasze państwo pomoże w tym przedsięwzięciu).

Ta Polska przyjmowała gościnnie wszystkich, kto chciał tu osiąść, żyć i pracować. Ściągała takich ze wszech stron. I to jest przedmiot zasadnej dumy narodowej. Godny przedmiot tradycji. A nie jakaś odwieczna nienawiść, szczepiona przez wodza destruktora – który nie wie, że to Polacy przesuwają się ze swym osadnictwem na zachód, zasiedlają przygraniczne miasta niemieckie, czują się tam dobrze, a Niemcy z tych miast pracują po polskiej stronie rzeki. Przedsiębiorcy polscy uruchamiają coraz to nowe swoje firmy na terenie Niemiec, mówi się o stu tysiącach polskich przedsiębiorstw w Niemczech. Gdyby wódz wiedział cokolwiek o historii, odróżniałby Prusy od Niemców, którzy przed Bismarckiem też ich nie cierpieli, znałby saską przyjaźń dla Polaków, słyszałby o saskich inżynierach z Zagłębia Staropolskiego, co to poszli gremialnie do Powstania Listopadowego, czytałby o tym, jak Niemcy sprawili wychodźcom listopadowym triumfalny przemarsz przez swój kraj, jak sprowadzali polskich oficerów na dowódców w powstaniach Wiosny Ludów i jak wraz z Austrią walczyli pod Sadową przeciw armii Prus.

Wciągała Polska w polskość ludzi, którzy dla niej zrobili więcej niż którykolwiek z rdzennych rodaków – Samuel Bogumił Linde, saski polonista ze zniemczonej rodziny szwedzkiej, twórca największego polskiego słownika (w XX wieku generał Mieczysław Linde zmarł, uwięziony w 1940 r. przez NKWD); Oskar Kolberg, który przez 50 lat wędrówek po kraju stworzył dzieło nie mające równych w świecie, syn Juliusza Kolberga z Meklemburgii, który osiadł w Polsce i wybrał polskość w czasach najmniej za to nagradzających; Oswald Balzer, wielki historyk polski, autor niezwykle pracochłonnej „Genealogii Piastów” i innych studiów, urodził się jako Austriak; Jerzy Giedroyc, opoka intelektualizmu emigracji polskiej, samym nazwiskiem mówi o pochodzeniu rodziny.

Nasi poeci… Obok Kochanowskich, Sępów-Szarzyńskich, Twardowskich i Krasińskich Mickiewicz – z białoruskim nazwiskiem po Mit’kiewiczach, potomek rodziny spolonizowanych Litwinów; Wierzyński – syn austriackiego urzędnika; Lechoń – z rodziny Serafinowiczów, ormiańskiego pochodzenia; Tuwim – syn spolonizowanych łódzkich Żydów, LeśmianBrzechwa, synowie polskich już, warszawskich Lesmanów żydowskiego pochodzenia, Słonimski – potomek Abrahama Sterna, wynalazcy i konstruktora, którego odkrył Stanisław Staszic, Słonimski, który wolał wrócić do Kraju nawet pod butem PRL-u, bo tu rozumiano jego poczucie humoru… Cóż za bogactwo! W czasach, kiedy jedyną ojczyzną dla wielu z nich była polszczyzna, kiedy świat odwracał się do Polski i polszczyzny tyłem, ileż zrobili dla niej i dla narodu tego języka. Także dla tych, którzy w swej dumie narodowej operują głównie wyrazami na k…, ch… i d…

Ta gościnność to kwestia naszego honoru. I kwestia poczucia humoru… Bez słów, zaczynających się na powyższe litery, które zostawmy tymże „narodowcom”.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Stefan 2011-11-17
  2. Jan Cipiur 2011-11-17
  3. harc 2011-11-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com