Andrzej Lubowski: Od pięty Achillesa po smoleński trotyl

mit2013-04-16.

Rodzą się łatwo. Jeśli je starannie pielęgnować umierają powoli, a często żyją wiecznie. To mity – baśnie, ucieczka od rzeczywistości.

Są niczym roślinka otoczona troską ogrodników – z czasem krzepnie, i w którymś momencie zaczyna swój byt niezależny. Potężnieje, rosną jej konary, i zapomina się o źródłach jej pochodzenia.

Mity to kiedyś zwykle opowieści o bogach i bohaterach, naturze życia i śmierci, tajemniczym zjawiskach, o porach roku i piorunach, zaś mianem mitologii określano zbiór baśni danej społeczności. Dziś mit narodowy służy tworzeniu i podtrzymanie fałszywego mniemania o grupie lub jednostce. Mity jednych wynoszą na piedestał, innych z cokołu zrzucają, raz wybielają cuchnące plamy, innym razem plamią. Raz usprawiedliwiają, kiedy indziej obwiniają. Raz tłumaczą czy tłumaczyć próbują, innym razem zaciemniają. Nigdy bez powodu. Bo rzadko rodzą się spontanicznie. Zwykle mają swoich architektów i zaspokajają konkretną potrzebę.

Gdy trzy lata temu w kaplicy na Uniwersytecie Stanforda skończyło się nabożenstwo za ofiary katastrofy pod Smoleńskiem, z kilkunastu Amerykanów którzy podeszli, aby złoźyć mi kondolencje, każdy zapytał nieśmiało: jakim cudem na pokładzie jednego samolotu znalazło się tylu ważnych dla kraju ludzi? Ani oni, ani ja nie mogliśmy wówczas przewidzieć, że spekulacje na temat sztucznej mgły, brzozy, trotylu, i spisków z obcym mocarstwem przesłonią rozważania nad działaniami poprzedzającymi katastrofę, nad procedurami, które umożliwiły tragedię i jej cenę zwielokrotniły, że mit podzieli i skłóci naród w samym sercu Europy.

Historia współczesnego świata nie jest wolna od mitów. Powszechne jest przekonanie, że reparacje nałożone na Niemcy przez Traktat Wersalski stanowiły gigantyczny ciężar dla Niemiec, utorowały Hitlerowi drogę do władzy i przyczyniły się do wybuchy II Wojny Światowej. Ale to mit. Niemcy zapłaciły tylko drobną ich część, a gdy Hitler doszedł do władzy przestał je płacić. Problemy finansowe Niemiec w latach dwudziestych były wywołane głównie polityką fiskalną rządu w Berlinie, który ani nie chciał podnieść poodatków, ani przestać spłacać obligacji wojennych, które trzymała w portfelach spora część klasy średniej. Sytuacja gospodarcza poprawiała się, dopóki nie nadeszła wielka depresja, której ofiarami padł cały świat, a nie tylko Niemcy. Wypaczona historia pomija takie niuanse – woli bajki, które nie pozwalają na zrozumienie przeszłości w całej jej złożoności.

Tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, rząd brytyjski udostępnił Winstonowi Churchillowi archiwa i zaoferował bardzo intratny podatkowo kontrakt na napisanie pamiętników. Jedną z motywacji było pragnienie, aby brytyjska wersja wydarzeń ujrzała światło dzienne zanim pojawią się wspomnienia i relacje amerykańskie i sowieckie. Owocem była wspaniała praca, która jednak prześlignęła się po kilku ważnych kwestiach. I tak na przykład Churchill bardzo niewiele napisał o debatach rządu Jego Królewskiej Mości w maju 1940 roku, kiedy skapitulowała Francja. „Przyszłe generacje – pisał Churchill – mogą uznać za istotny fakt, że kwestia czy walczyć w pojedynkę nigdy nie była przedmiotem obrad Gabinetu Wojny. To było oczywiste dla ludzi wszystkich partii, i byliśmy zbyt zapracowani, aby tracić czas na takie akademickie rozważania.” Tymczasem, jak pisze Margaret MacMillan, wybitna brytyjska historyczka, z materiałów archiwalnych wynika, że rząd rozważał alternatywy, przede wszystkim, czy Mussolini byłby w stanie pośredniczyć w osiągnięciu pokoju z Niemcami. Dopiero gdy tę opcję uznano za mało prawdopodobną, i gdy uwzględniono, jak potężnym ciosem dla ducha narodu byłoby takie rozwiązanie, rząd podjął decyzję o wojnie.

Kilka lat temu, przy okazji rocznicy zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki, w USA nasiliła się debata na temat politycznego, strategicznego-militarnego i moralnego wymiaru tej decyzji. Jej krytykom z pobudek moralnych najczęściej przeciwstawia się argument, że demonstracja nowej, przerażająco niszczycielskiej broni przyśpieszyła kapitulację Japonii i w ten sposób ocaliła życie tysięcy Amerykanów i Japończyków. To mit – powiada Tsuyoshi Hasegawa, profesor historii Uniwersytetu Kalifornia w Santa Barbara. Analizując archiwa amerykańskie, japońskie i sowieckie dowodził, że to nie bomba atomowa, ale strach przed Stalinem i okupacją przez Armię Czerwoną skłoniły ostatecznie Japonię kapitulacji.

Gdy generał de Gaulle triumfalnie pojawił się w Paryżu w 1944 roku oznajmił, że Vichy było bez znaczenia i bez konsekwencji. Prawdziwa Francja to był on i ruch oporu. Ten mit pozwolił Francuzom zapomnieć o francuskich policjantach ścigających Żydów, którzy potem trafiali do obozów zagłady. Nikt przez całe lata nie kwestionował twierdzenia Francois Mitteranda, socjalistycznego prezydenta Francji od 1981 do 1995 roku, że pracował dla rządu Vichy bardzo krótko, zanim przyłączył się do ruchu oporu. Okazała się, że pracował dużo dłużej i doczekał się nawet odznaczenia . Konfrontacja z prawdą była dla Francji bolesna – zarówno lewica jak i prawica, i takie autorytety jak Jean-Paul Sarte czy dziennik Le Monde kwestionowały rozmiary i tragiczne skutki kolaboracji. Dopiero gdy wielu ludzi tamtej generacji, łącznie z Mitterandem, odeszło, Jacques Chirac przyznał, że Francja miała swój udział w Holokauście.

Chiny, które nie tak dawno historię przekreśliły, znów ją bardzo kultywują, tyle że mocno ocenzurowaną. Na potrzeby swej dyplomacji Chiny starannie pielęgnują mit pokojowych wypraw chińskiej floty na początku 15 wieku, często przypominając, że w odróżnieniu od brutalnych potęg zachodnich ich flota nie zagarnęła ani cala obcej ziemi. Pomijają fakt, że celem wypraw potężnej armady było ustanowienie kontroli cesarstwa nad handlem na Oceanie Indyjskim, a sama skala operacji miała oszołomić obcokrajowców, wzbudzić w nich strach i skłonić do respektowania woli Pekinu bez stosowania się do przemocy, ale w razie konieczności od przemocy się nie uchylać. Chińscy cesarze opowiadali się za harmonią gdy byli relatywnie słabi, i ruszali na wojny, gdy byli silni. Mur chiński nie jest symbolem kraju bez agresywnych ambicji, zbudowano go po kilku nieudanych atakach na Mongołów dopiero wówczas, gdy dynastia Mingów poczuła się osłabiona i zagrożona. Mówi się wiele o krzywdach jakich Chiny doznały z rąk obcych, nie mówi natomiast o tym, że “Wielki Skok”przewodniczącego Mao skończył się śmiercią głodową około 40 milionów Chinczykow, a rewolucja kulturalna dołożyla 10 milionów ofiar i spustoszenie moralne.

Mit, który powraca dziś często, gdy rozważa się metody walki z upartymi skutkami kryzysu finansowego. to legenda dyscypliny finansowej prezydenta Ronalda Reagana . Jako kandydat do Białego Domu, Reagan tłumaczył narodowi, że wrogiem jest rząd, który trzeba ograniczyć, i podatki, które trzeba ciąć. Lecz gdy wkrótce pod dojściu do władzy obciął podatki, manna z nieba nie spadła, ale deficyt się pogłębił, przerażeni doradcy rekomendowali podwyżki podatków. Prezydentowi nie przypadła do gustu idea powiedzenia narodowi, że zawracamy, ale górę wziął pragmatyzm i podatki podniósł tyle, że nie nazwał „podwyżki” „podwyżką”. Użył słowa „adjustment”, co z grubsza znaczy „podregulowanie”. To podregulowanie okazało się największą podwyżką podatków w historii Ameryki. Prezydent zapowiadał obcięcie administracji, tymczasem zatrudnienie w rządzie federalnym za jego kadencji wzrosło. Zapowiadał likwidację dwóch ministerstw, tymczasem jedno dodał. W ciągu ośmiu lat w Białym Domu ani razu nie zrównoważył budżetu. Zostawił po sobie dług tzrykrotnie większy niż ten jaki odziedzicył. Takie są fakty. Lecz gdy je przypominam większość amerykańskich przyjaciół patrzy na mnie z niedowierzaniem. Mit się utrwalił.

Rodzeniu się mitów sprzyja fakt, że nasza pamięć bywa zawodna i wybiórcza. Dlatego historia powinna być podejrzliwa wobec pamięci, zaś ważnym zadaniem historyków kwestionowanie, a nawet niszczenie narodowych mitów. Tym bardziej, że ich budowa i pielęgnowanie to praktyka powszechna. Spieramy się o historię po części dlatego, że ma ona, lub mieć może, wpływ na teraźniejszość . Czasem jest próbą wytłumaczenia teraźniejszości, czasem jej usprawiedliwienia. Służy za alibi, za pretekst, aby upomnieć się o ziemię, którą władają inni, aby ukazać własne krzywdy i niesprawiedliwości wyrządzone nam przez innych.

Historia historii to saga wypaczeń, przeinaczeń, i manipulacji. Z drugiej strony, jeśliby odmówić historii jakiejkolwiek wartości pedagogicznej i poznawczej, pozostanie nam niewiele więcej niż park odpoczynku i rozrywki. Wbijano nam do głów słynną sentencję George’a Santayany, że ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie, ale nasze narodowe doświadczenia podpowiadają raczej inną maksymę Santayany: że mądrość przychodzi wraz z utratą złudzeń.

Pisał wiele lat temu Jan Parandowski: „Zawsze patrzono na mitologię jak na jeden z najpiękniejszych tworów wyobraźni greckiej i była ona zbiorem nieśmiertelnych tematów, motywów, symbolów, bez których i dziś sztuka nie umie się obejść i wciąż do nich wraca.” Ale i pisał także, że kto wejdzie w rojny i barwny świat mitów, nie może się opędzić pytaniu: w jaki sposób radził sobie wśród tych sprzeczności, kaprysów i bezeceństw umysł tak inteligentnego narodu. Odpowiedź znajdował w dziejach religii greckiej, w tysiącletnich zmaganiach między „rozsądkiem i cnotą a zabobonem i niepowściągliwą fantazją”. Ubolewał także nasz wspaniały badacz mitologii, że „dziwnym biegiem rzeczy koniec starożytności był bardzo podobny do jej zamierzchłych początków: wiara w demony opanowała nawet niepospolite umysły i wśród filozofów ginącego antyku znalazły się figury podobne do cudotwórców, magów i czarowników, jakimi już Homer gardził.”

Andrzej Lubowski

Pod innym tytulem i w odrobinę skróconej wersji tekst ten ukazał się w ostatniej „Gazecie Światecznej”

 

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. Angor 2013-04-16
  2. andrzej Pokonos 2013-04-16
    • Angor 2013-04-16
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com