Antoni Kopff: Wszystko już było

Nie jest tajemnicą, że ze wszystkich zdarzeń towarzyszącym kolejnym wyborom najbardziej lubię ten dzień poprzedzający głosowanie – dzień ciszy. W tym roku również czas powyborczy nie absorbował zbytnio naszej uwagi, bo i wyniki były w zasadzie przesądzone, i harmonogram tworzenia rządu zakładał parę tygodni spokoju, a i premier Tusk nie kwapił się zbytnio do pośpiechu w tej materii. Ale cóż – szczęście nie trwało długo, nowowybrani wreszcie się zebrali i po wstępnych awanturach ustalili swoje władze, a pan premier poganiany przez niecierpliwiące się medialne stado łowców sensacji ustalił dość zaskakujący skład swego gabinetu. Machina rządowa ruszyła i od razu mieliśmy przedsmak tego, co nas czeka.

Przegrany doszczętnie prezes oczyszczonej z wrogów partii postanowił zademonstrować swój stosunek do obowiązującego w Sejmie porządku obrad. Wyglądało to tak: premier z mównicy wygłasza exposé – drzwi się otwierają i na salę obrad wkracza spoźniony pan Kaczyński z komórką przy uchu.Prawdziwe wejście smoka! Premier udaje, że nie widzi tej parady, pan Kaczyński siada w pierwszym rzędzie i dalej nawija w słuchawkę. Telewizja ma wreszcie ciekawe kadry – naprzemian Tusk z trybuny i Kaczyński zajęty prywatną rozmową, ignorujący zarówno mówcę, jak i rodaków, którzy taki sposób sprawowania mandatu opłacają. Pewna pani doktor zapytała na swoim blogu, co by to było, gdyby spóźniała się na operacje, a na zebraniu personelu rozmawiała przez telefon. Pytanie uznała za retoryczne – ale porównanie jest trafne, gdyż  przemówienie Donalda Tuska dotyczyło właśnie operacji ratowania kraju z opresji, w jakie wpędził Polskę zarówno kryzys europejski, jak i własne wieloletnie zaniedbania. Ale tych problemów pan prezes nie  rozumie, toteż w swoim wystąpieniu do rozwiązań zaproponowanych przez premiera w ogóle się nie ustosunkował – plótł swe zwykłe androny (wszystkiemu winien Tusk!) i skończył ograną frazą o hańbie smoleńskiej. Po czym manifestując pogardę dla pozostałych posłów innych ugrupowań opuścił salę , unosząc własną nabzdyczoną godność „żoliborskiego inteligenta” poza jej teren.

Zrozumiałem, że ta kadencja parlamentu  będzie się niewiele różnić od poprzedniej. Dopóki za tzw. prawicową opozycję uważać się będzie osłabiona podziałami partia „małego Szu”- skazani jesteśmy na oglądanie dziecinnych dąsów, grymasów i negacji jakichkolwiek inicjatyw rządowych,  a także na chamskie wybryki, jakie wzorem swego pana urządzą jego słudzy na sali sejmowej. Dyskusje w telewizji nadal wyglądać będą jak dotychczas – z jednej strony Kidawa- Błońska lub Szejnfeld, z drugiej Hofman czy inny Błaszczak. O  żałosnym odłamie PiS-u i jego sejmowej reprezentacji  pod kpiącą nazwą „Polska Solidarna”,  szkoda mówić – pani Kempa wystąpieniem z trybuny sejmowej pokazała, że choć szyld się zmienił – handluje tym samym towarem.

Pewne nowości mamy na tzw. lewicy, jeśli za nowość uznamy powrót na arenę cyrku na Wiejskiej wyleniałego już nieco lwa SLD-owskich salonów z czasów prosperity tej partii. Bon-moty, którymi Leszek Miller uraczył słuchaczy swej oracji były równie błyskotliwe jak te, które Naczelny Mongoł III RP wygłasza w TVN-ie, wzbudziły jednak chwilami pewną wesołość , głównie z powodu rozziewu między imponującą postawą ex-premiera, a jego skarlałym zapleczem.

Obok resztek po niegdysiejszej sile przewodniej usadzono Ruch Palikota. To właściwie jedyna formacja, której wejście do parlamentu jest zaskoczeniem i to tak wielkim, że nawet Stefan Niesiołowski przypomniał sobie, że był w  ZChN-ie i teraz zionie przeterminowanym  jadem w kierunku swego – nie tak dawno – kolegi z Platformy. Ten bowiem wjechał na Wiejską  wspierany przez Jerzego Urbana (horrendum!!!) i stojąc na mównicy wygrażał paluchem nie tylko krzyżowi, wiszącemu mu za plecami, ale i całej bogobojnej trzódce parlamentarnej i jej nieźle odżywionym pasterzom. Palikot uczynił ten temat wiodącym – ostatnio wyśledził , że wielu prominentów rządowych to watykańscy agenci! Stoi to w jaskrawej sprzeczności z twierdzeniami prezesa Kaczyńskiego, który z kolei uważa, że to szpiedzy moskiewscy. Kroi się debata w TVN-ie, a który z nich ma rację – rozstrzygną widzowie głosując SMS-ami.

Na koniec słowo o exposé – było krótkie i węzłowate, spotkało się z uznaniem Platformy i PSL-u (trudno się dziwić!), ale, o dziwo,  spodobało się również fachowcom pozarządowym.  Oni, gdyby mogli, też przyklasnęliby poczynaniom premiera , ale niestety – poparcie zależy od tych wybitnych postaci, które my, Polacy, wysłaliśmy do Sejmu, a tam różne rzeczy już się działy. W sytuacji, gdy koalicja ma niewielką przewagę nad zjednoczoną w oporze przed reformami Tuska opozycją – byle niedyspozycja żołądkowa jakiegoś posła może zachwiać rządem, a nawet całym krajem. Pamiętacie Suchocką? Wszystko już było…

a.kopff@wp.pl

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com