Stefan Bratkowski, Bogdan Miś: Gdyby media…

social-media2013-04-30.

Rozumiemy, że ambicją naszych gazet jest pozycja bardziej lub mniej atrakcyjnych biuletynów politycznych, ponieważ, jak się to powszechnie obserwuje, Polacy najwyraźniej masowo i ze szczególną uwagą śledzą, kto kogo w teatrze tej polityki i jak. Polacy też w swej podświadomości odczuwają potrzebę okrucieństwa i klęski, dlatego zamiast zwykłych interesujących telewizji oglądamy telewizyjne kroniki wypadków samochodowych i wszelkich innych nieszczęść, które wypierają z ekranów nawet takie nieszczęście jak Palikot.

Nie może być zatem gwiazdą mediów Polak odnoszący światowe sukcesy, nie możemy niczego dowiedzieć się o takim, ani go zobaczyć. Nie dowiadujemy się, jak doszedł do swego sukcesu, jakie przeszkody musiał pokonać, co myśli o naszym sposobie życia i jak widzi nasz świat, kto mu pomagał, kto utrudniał, a także czy miał choć trochę szczęścia – którego my, czytelnicy i widzowie, nie mamy do naszych mediów, uważających się za informacyjne.

Co się za tym kryje? Być może to uzasadniona niechęć do sukcesu samego w sobie, ponieważ w pojęciu dziennikarzy i ich szefów dobra wiadomość odstrasza czytelników i widzów, których naprawdę interesuje wedle recepty Hearsta tylko seks, zbrodnia i pieniądze. O ileż więcej pieniędzy zebrałby Owsiak jako Kuba Rozpruwacz! I nie dziwmy się: gra polityczna, w której uczestniczą dziennikarze, wciąga jak hazard – i sami drapią się na szczyty władzy jako ta czwarta, rozdająca karty. Byle zejść, drapiąc się do góry, do poziomu pewnego niedużego polityka.

Szkoda czasu na jakieś sukcesy, kiedy można oglądać krwawe katastrofy. Ich podstawowy walor – zawsze spotykają innych… I można dowoli być niezadowolonymi z bliźnich, rządu i społeczeństwa. Zdobyliśmy wszak wolność narzekania na wszystko, z poczuciem wyższości wobec tych, którzy na stanowiskach muszą z natury swej pozycji robić lub mówić głupstwa.

Nikt nie może zmuszać też wolnych mediów, by wiedziały, czym są i po co. Nie muszą wiedzieć, że ludzi interesuje sukces, z którym się mogą identyfikować jak z bramkami Lewandowskiego. Zwróćcie Państwo uwagę: Lewandowski strzelił gole nie tylko Realowi, także naszym mediom, wyznającym zasadę „sukces to nie my, nie ma się z czego cieszyć”. Dowiedzieliśmy się jak zaczynał, co komu zawdzięcza, jaką ma rodzinę i dziewczynę. I nie od razu, a dopiero dwa dni później bramki jego doczekały się grymasów i sarkastycznych uwag, dopiero wtedy pojawiły się pierwsze narzekania i pretensje. Jak to u nas. Teraz powinien był strzelić pięć.

Powtórzmy po raz kolejny: dziennikarstwo nasze nie jest obowiązane wiedzieć, że Amerykę, jej zmysł innowacyjny, impet psychologiczny, ambicję ludzką, wyobraźnię rozwoju, indywidualną i społeczną, ukształtowały w końcowych dziesięcioleciach XIX wieku i początku XX wieku gazety Ameryki. Opowiadały o Grahamie Bellu, Tomaszu Edisonie, Henrym Fordzie, o innych wynalazcach, konstruktorach, wielkich biznesmenach, jak zaczynali, jak doszli do swej sławy, potęgi czy też pieniędzy, kto im pomógł, kto przeszkadzał. Amerykanie z pasją czytali o takich ludziach, bo normalni ludzie lubią czytać i dobre wiadomości, zaś opowieść o sukcesie Amerykanina była podwójnie dobrą wiadomością, przynosiła bowiem dumę z Ameryki.

I dziś w Polsce dobra wiadomość mogłaby wzbudzać dobry nastrój, pobudzać ambicję, utożsamiać odbiorcę wiadomości z jej bohaterem, informować, że bohater to człowiek, nie nadczłowiek, co uruchamia myśli typu – może i ja bym potrafił (mógł, spróbował, ruszył głową).

I mogłaby przynosić trochę dumy ze swego kraju. Ale nie musi.

Jesteśmy wraz z Czytelnikami Studia Opinii w luksusowej sytuacji, mogąc sami sobie zapewnić dobre wiadomości. Powtórzymy tu trzy z nich, z ostatnich paru dni na naszych łamach, o niezwykłych polskich sukcesach i ludziach, o których nie przeczytamy w naszych gazetach, ani których nie zobaczymy w naszych telewizjach.

Nasze przykładowe gole – poniżej

Zespół nastoletnich lice­ali­stów z Kra­kowa i Andry­chowa zwy­cię­żył w ogolnoeuropejskim kon­kur­sie budowy i wystrze­li­wa­nia minia­tu­ro­wych sate­li­tów. Zawody orga­ni­zo­wała Euro­pej­ska Agen­cja Kosmiczna (ESA), odbyły się w Holan­dii. […] Jak mówi Łukasz Gur­dek, czło­nek zespołu, dru­ży­nie udało się zebrać naj­bar­dziej dokładne dane z wielu urzą­dzeń, m.in. baro­me­tru, akce­le­ro­me­tru, żyro­skopu, odbior­nika GPS oraz odzy­skać puszkę z „sondą” bez uszkodzeń.

Pię­ciu polskich gim­na­zja­li­stów z zespołu „Space Team” wygrało kon­kurs astronautyczno-robotyczny Astro­bot. W nagrodę polecą do ame­ry­kań­skiego Cen­trum Kosmicz­nego im. J. F. Kennedy’ego na Przy­lądku Canaveral.

W fina­ło­wej rywa­li­za­cji naj­lep­sze dru­żyny budo­wały i pro­gra­mo­wały roboty, które w efek­cie musiały samo­dziel­nie wyko­nać zada­nia kon­kur­sowe – prze­jazd w labi­ryn­cie, znaj­do­wa­nie i trans­por­to­wa­nie piłe­czek do bazy. Zada­nia miały przy­po­mi­nać realne pro­blemy, z jakimi mie­rzą się inży­nie­ro­wie pro­jek­tu­jący badaw­cze misje kosmiczne.

Bez­za­ło­gowe samo­loty Stu­denc­kiego Mię­dzy­wy­dzia­ło­wego Koła Nauko­wego SAE w zawo­dach Aero Design West w Kali­for­nii zwy­cię­żyły w kla­sy­fi­ka­cji gene­ral­nej zarówno w kla­sie „Micro”, „Regu­lar” jak i ”Advan­ced”. Dru­żyna z PW jako pierw­sza w histo­rii zawo­dów zdo­była złoto we wszyst­kich klasach. […] Nasi stu­denci oprócz trzech pierw­szych miejsc w kla­sy­fi­ka­cji gene­ral­nej zdo­byli także sześć nagród dodat­ko­wych, co dało im miej­sce na podium w dzie­wię­ciu konkurencjach.

Prosimy zwrócić uwagę na daty. To są informacje, które pojawiły się w ciągu dziewięciu ledwie dni. Pokazały się w Internecie, m. in. u nas. I… tylko u nas. Żadne medium „klasyczne” – ani drukowane, ani elektroniczne – żadną z tych spraw się nie zainteresowało. Podobnie – fantastycznymi zupełnie sukcesami polskich młodych informatyków, którzy deklasują swoich konkurentów we wszystkich niemal zawodach o światowym prestiżu. Wiadomości o tym trafiają co najwyżej na odległe miejsca w gazetach; te główne są przecież zarezerwowane dla „małej Madzi”, koloru butów nowego papieża i glątwy z ust polityków…

Żeby pozostać przy bliskiej nam obu informatyce: kto – poza wąskim gronem fachowców – zna nazwiska profesorów Diksa i Madeya, twórców sukcesów naszej młodzieży? Dzięki nim w rankingach światowych Wydział Matematyki i Informatyki UW zajmuje od  lat pierwsze miejsca, bijąc uczelnie o legendarnej renomie – i to w sytuacji, w której polskie szkoły wyższe traktowane jako całość plasują się w piątej setce…

Dość tych przykładów. Wystarczy pobieżny przegląd specjalistycznych serwisów, by znaleźć kilkanaście tego typu informacji miesięcznie. Z których co najmniej kilka zasługuje nie na wzmiankę, ale na czołówkę gazety z tytułami złożonymi największą czcionką. I nie tylko na pół godziny Miecugowa przed niedzielną północą.

Powstaje pytanie: dlaczego niczego takiego nie obserwujemy?

Dodamy do przyczyn z pierwszej części tego tekstu informację, że w zawodowych mediach – poza bardzo nielicznymi tytułami – nie zatrudnia się dziś po prostu ludzi z odpowiednią wiedzą. Potrafiących, po pierwsze, w ogóle zrozumieć wiadomość ze specjalistycznego serwisu naukowego czy technicznego, po drugie – docenić jej wagę, po trzecie zaś – napisać wersję popularną językiem zrozumiałym dla normalnego czytelnika i skomentować. Tych, którzy potrafią, zatrudnia się za za minimalną płacę… I dużo więcej dziś nie dostaną.

Płacą im tak dysponenci mediów, właściciele i szefowie redakcji. W przygniatającej większości – ludzie bez ścisłego, technicznego czy przyrodniczego wykształcenia, a w dodatku o horyzontach intelektualnych mrówkojada (śmierć mrówkom, nawet genialnym, lansowanie mrówek jako ideałów zakłóca normalność biznesu). Biznes każe niemal wyłącznie robić kasę wiadomościami z magla i szukać wszędzie konfliktu jako źródła zainteresowania, ponieważ publiczość to niewybredny motłoch, nie rozumiejący świata.

Albo to tak śmiertelny cynizm. Nie wiadomo, co gorsze.

Oczywiście: mamy wolność i swobodę decyzji gospodarczej.  Mają prawo robić to, co robią.

Tylko czy muszą…?

Liczymy na opinie naszych Czytelników. Także – naszych młodszych kolegów, popularyzatorów nauki i techniki. Na szczęście, są tacy. Może coś wspólnie uradzimy…

Stefan Bratkowski. Bogdan Miś

 

Print Friendly, PDF & Email

25 komentarzy

  1. TadeuszK. 2013-04-30
  2. de mowski 2013-04-30
  3. PIRS 2013-04-30
    • jureg 2013-05-02
  4. SAWA 2013-04-30
  5. PIRS 2013-04-30
  6. Jerzy Łukaszewski 2013-04-30
    • bisnetus 2013-05-01
  7. andrzej Pokonos 2013-05-01
  8. SAWA 2013-05-01
  9. milosz 2013-05-01
    • BM 2013-05-01
  10. PiotrG 2013-05-01
  11. andrzej Pokonos 2013-05-01
  12. PIRS 2013-05-01
  13. Grosicki Aleksander 2013-05-02
  14. Jerzy Łukaszewski 2013-05-02
  15. PIRS 2013-05-02
  16. UP72156 2013-05-02
  17. Jerzy Łukaszewski 2013-05-03
    • BM 2013-05-03
  18. Jerzy Łukaszewski 2013-05-03
  19. Anna Malinowska 2013-05-06
    • PIRS 2013-05-07
  20. PIRS 2013-05-07
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com