Michał Leszczyński: „Po co?”, czy “Dlaczego?”

W komentarzu do jednej z moich poprzednich notek mój Polemista PAK stwierdził tak:

„moż­liwe, że 70% nie wie, co to są tran­zy­story, oraz co to jest krzem. Ale po co mają to wie­dzieć? To wie­dza nie­przy­datna w życiu 99,9% Polaków.”

Zanim odpowiem, zadam, kilka innych, analogicznych, pytań:

  1. Po co inżynierowi znajomość dzieł Moneta?
  2. Po co hydraulikowi znajomość muzyki Mozarta?
  3. Po co krawcowej znajomość historii Indii?

Pytania te są tak samo „logiczne” jak pytanie PAK-a. Pojdę jeszcze dalej i zadam takie pytania:

  1. a)      Po co wieje wiatr?
  2. b)      Po co Księżyc krąży wokół Ziemi?
  3. c)      Po co kamień spada z góry na dół?

„Po co?” jest pytaniem, które zakłada, że jest jakiś cel, do którego dążymy. Dla człowieka religijnego sprawa jest prosta- celem funkcjonowania Natury, życia i działania na Ziemi jest  to, co sobie Bóg wymyślił.

Dla kogoś, komu łaska boska niestety poskąpiła daru wiary, pytanie „po co?” nie ma sensu. Dla ateisty żadnego celu w funkcjonowaniu Natury nie ma! Ateista może odpowiadać tylko na pytanie „dlaczego?”. Może odpowiedzieć dlaczego wieje wiatr, albo dlaczego Księżyc krąży wokół Ziemi. Pytania „po co?” lądują w koszu.

Z tego względu, muszę zamienić pytania PAK-a oraz 1-3 na następujące:

Dlaczego warto, aby człowiek o dowolnym zawodzie znał zasady działania tranzystora, znał historię Indii, albo dzieła Moneta, czy Mozarta?    

Otóż zasada funkcjonowania Natury ożywionej (rośliny i zwierzęta) jest bardzo prosta. Te osobniki i gatunki, które skutecznie dbają o swoje geny i przekazują je swoim potomkom, istnieją. Inne znikają, tak jak zniknęły dinozaury, mamuty i tury.

My, ludzie, też mamy wbudowaną w nasze ciało chęć dbania o nasze geny. Seks sprawia nam dużą przyjemność, boli nas jak jesteśmy głodni, albo się oparzymy.  Nasze życie staramy się zorganizować tak, aby było nam przyjemnie, a przyjemnie jest nam wtedy, jak ilość naszych genów się zwiększa, albo przynajmniej nie maleje. Oczywiście, czasem w organizacji społecznej można popełnić błędy. Tak to się stało, na przykład, z Niemcami hitlerowskimi, przez które dziesiątki milionów nosicieli genów gatunku ludzkiego zniknęło z powierzchni Ziemi.

Jak to się ma do pytania podstawowego, które powtórzę dla nieuważnych Czytelników:

Dlaczego warto, aby człowiek o dowolnym zawodzie znał zasady działania tranzystora, znał historię Indii, albo dzieła Moneta, czy Mozarta?     

Otóż:

  • Po pierwsze primo, opłaca się nam uczyć nasze dzieci na jak najwyższym poziomie ogólnokształcącym, aby móc wyłowić talenty w najrozmaitszych dziedzinach życia. Żaden człowiek nie zostanie wirtuozem skrzypiec, jak usłyszy pierwszy raz muzykę w wieku trzydziestu lat. Jak nie przedstawimy zasad działania tranzystora w szkole średniej, to nie rozbudzimy zainteresowania w tym kierunku tych, którzy mają talent matematyczno-fizyczny. Jak nie przedstawimy dzieciom dzieł Moneta,  to możemy zaprzepaścić talent plastyczny, czy architektoniczny.
  • Po drugie primo,  ludzie, żeby się móc porozumiewać, powinni mieć wspólny język. Jeżeli filozof i inżynier rozmawiają o pochodzeniu moralności, to ten drugi powinien rozumieć, co ten pierwszy ma na myśli wspominając „niebo gwiaździste”. Z drugiej strony, jak inżynier wspomina kotletowe tranzystory pnp (panierka-nic-panierka) z czasów komunistycznych , to historyk też powinien  „załapać” dowcip.
  • Po trzecie primo, w sytuacji, kiedy każdy może pisać w internecie, co mu do głowy przyjdzie, potrzebujemy choć minimalnej wiedzy, czy nas nie nabijają w butelkę. Ktoś opowiada, że zrobi tranzystory z grafenu, a inny, że ze spirali DNA. Komu dać pieniądze na badania? Polski Minister Zdrowia decyduje o refinansowaniu lekarstw homeopatycznych. Czy należy głosować na takiego ministra?

Możemy nie interesować się jak działa tranzystor, możemy nie uczyć o tym dzieci, możemy nie słuchać Mozarta, ani nie oglądać obrazów Moneta. Tylko nie zdziwmy się, że w pewnym momencie znajdziemy się w sytuacji dinozaurów, mamutów, czy turów.

Kto pozostanie? Niech za odpowiedź posłuży taka dykteryjka:

Rok temu byłem w Pekinie i zostałem przedstawiony kierownikowi laboratorium w instytucie Chińskiej Akademii Nauk. Ten ucieszył się, że jestem z Polski i powiedział, że Jego ulubionym filozofem jest… Leszek Kołakowski.

Drogi PAK-u! Po co chińskiemu naukowcowi znajomość dzieł naszego wielkiego Rodaka, niemal zapomnianego w Ojczyźnie?

Michał Leszczyński

Print Friendly, PDF & Email

15 komentarzy

  1. kuba 2011-12-02
  2. hazelhard 2011-12-02
    • Incitatus 2011-12-04
      • Jan Cipiur 2011-12-04
        • Incitatus 2011-12-04
  3. elkaem 2011-12-02
    • elkaem 2011-12-02
  4. kuba 2011-12-02
  5. A.F. 2011-12-02
  6. hazelhard 2011-12-02
    • kuba 2011-12-02
  7. Roman Czubiński 2011-12-03
    • Incitatus 2011-12-04
  8. Hazelhard 2011-12-03
  9. Incitatus 2011-12-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com