Stefan Bratkowski: Zanim się wycofał

Print Friendly, PDF & Email

Byliśmy niemal braćmi. I gdybym leżał wtedy jeszcze na Hożej, na kardiologii w szpitalu Pogotowia, gdzie trafił także Jurek, może bym go w ostatniej chwili przekonał, że jednak jesteśmy potrzebni, a na pewno próbowałbym powstrzymać go przed ostatecznym krokiem. Od kilkunastu dni mówił, że „jeśli jeszcze raz, to go to już nie interesuje”. Wiedzieliśmy w naszym gronie od kilku tygodni, dostawszy bezpośrednie potwierdzenie od przyjaciół z armii, o szykowanym wojskowym zamachu stanu 13 grudnia (uprzedziłem Lecha Wałęsę i jego doradców, że za 6 tygodni dojdzie do niego, na co Lech zareagował: „panie Stefanie, i pan chce nas straszyć?”), nie traktowaliśmy deklaracji Jurka specjalnie serio, machaliśmy rękami – „nie opowiadaj głupstw”, „jeśli, to będziemy jeszcze bardziej potrzebni”, na co odpowiadał – „beze mnie”.

Podejrzewano, że ktoś go z okna wyrzucił. To nie wchodziło w rachubę; był silny i zręczny, doszłoby do szamotaniny i awantury, którą by słyszał cały szpital. Decyzję podjął sam Jurek. Zgodnie z tym, co nam zapowiedział, a czego nie braliśmy poważnie. O jednego z nas było w rezultacie mniej. Mniej o jednego wielkiego dziennikarza wszechstronnych talentów, człowieka równie wielkiego charakteru. Mojego najbliższego przyjaciela.

***

W roku 1963 spotkałem na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu – Ryśka Kapuścińskiego, trzymał w dłoni książkę Jurka Zieleńskiego „Stan oblężenia w raju”. Był już po tomie znakomitych reportaży krajowych „Busz po polsku”, po pierwszych reportażach z Afryki, nie miał żadnych podstaw do kompleksów. Pokazując mi książkę Ziela (jak go nazywaliśmy), pokiwał głową – „Chciałbym kiedyś coś tak dobrego napisać”. Roześmiałem się, bo wszyscy koledzy już wtedy w pełni doceniali talent Ryśka. Należał do pokolenia znakomitych reporterów, klasy międzynarodowej, z których najbardziej znano już wtedy i ceniono Kazimierza Dziewanowskiego i Wiesława Górnickiego, ale tuż obok wymieniało się nazwiska ich rówieśników, Ryszarda Kapuścińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego i Jerzego Zieleńskiego. W roku 1963 książka Ziela o… Cejlonie, z niezwykle oryginalnym tytułem, przebiła inne tytuły. Utrwaliła pozycję Zieleńskiego w tej elicie.

Życie dorosłe zaczął wcześnie – jak cały jego rocznik. Mając 14 lat, wyglądał na więcej. AK przyjmowała do swoich szeregów tylko ludzi po osiemnastce, ale w trakcie Powstania młodsi, rośli chłopcy zastępowali rannych i zabitych starszych kolegów. Był na tyle mocny, by udźwignąć broń. Nie wiem, na której barykadzie spędził Powstanie, spotkałem jego z niej kolegów, twardo podtrzymywał odwagę pozostałych, nawet starszych od siebie, ale nie lubił mówić o sobie, panował zresztą snobizm, by nie mówić o sobie, i to nie tylko dlatego, że przed rokiem 1956 byłoby to ryzykowne. Kiedy ktoś zaczynał temat, mówiło się w powietrze, że „coraz więcej mamy powstańców i gdybyśmy ich wtedy tylu mieli…”

W szkole potem nikt poza umiejącymi milczeć dwojgiem nauczycieli nie znał tej jego przeszłości. Po ukończonym dziennikarstwie przyhołubił go jak innych zdolnych, których umiał wyłuskać, nieoceniony „aparatczyk”, dobroduszny i opiekuńczy Zdzisław Lutkiewicz. Ściągał ich do gazety codziennej o strasznym, odpychającym na odległość tytule „Sztandar Młodych”, ale że chłopaki po dziennikarstwie nie mieli co ze sobą zrobić, trafili tam i Dziewanowski, i Kapuściński, i Zieleński ze swym przyjacielem Kąkolewskim. Najwcześniej z nich awansował – Dziewanowski, do utworzonego wcześniej w roku 1951, w apogeum stalinizmu, tygodnika ilustrowanego „Świat”, który miał być socjalistycznym odpowiednikiem słynnego amerykańskiego „Life’u”. Stefan Arski, były piłsudczyk, pisał usłużnie paskudztwa o Piłsudskim, by móc redagować ten swój „Świat”, wyciągnął Kazia do siebie (zgrupował w tym „Świecie” naprawdę najwyższej kasy kadrę dziennikarzy i współpracujących pisarzy). W 1954 roku założono specjalny magazyn ilustrowany dla młodzieży, by ją pozyskać mniej socjalistyczną atrakcyjnością, „Dookoła świata”, i tam trafił Zieleński. Kapuściński i Kąkolewski pozostali w „Sztandarze” (po rozpędzeniu nowego już kierownictwa „Sztandaru” Kapuściński poszedł do PAP-u, Kąkolewskiego wziął „Świat”).

Kiedy jesienią 1955 zbuntowało się i zaczęło pisać prawdę nudne do tej pory, zalegające parapety okienne wyższych uczelni tygodniowe pismo studenckie „Po prostu”, po trzech tygodniach miało za sobą całe swoje pokolenie. Bez gwiazd zawodu – stało się naszym zbiorowym przywódcą. Robiliśmy wszyscy „rewolucję”. Organizację młodzieżową, którą tworzyliśmy potem z inicjatywy „Po prostu” i po cichu uważaliśmy za przyszłą „młodą partię”, nazwaliśmy – Rewolucyjnym Związkiem Młodzieży. W ciągu miesiąca od 1 września, od pierwszego numeru „zielonego Po prostu” (w odróżnieniu od poprzednio zielonego koloru w tytule), wszyscy z tego pokolenia zaczęli pisać prawdę. Także magazyn ilustrowany „Dookoła Świata”, a w nim Jurek Zieleński. Rewolucja wygrała, doszło do Polskiego Października, stalinizm skończył się definitywnie, ale zaraz po zdobyciu władzy Gomułka zabrał się za pacyfikację prasy. Zaczął od likwidacji „Po prostu”…

Dziennikarze ze „Świata” i „Dookoła świata” cieszyli się przez pewien czas przywilejem łatwiejszych wyjazdów na reportaże zagraniczne, Kapuściński w „Sztandarze” musiał na swoją szansę czekać znacznie dłużej. Zieleński najpierw pojechał do… Mongolii. Z tego wyjazdu powstała niewielka książka, potwierdzająca jego talent, wydana w „Iskrach”, gdzie Krysia Iglicka przepychała jak mogła książki reportażowe. A potem przyszedł „Stan oblężenia w raju” – z wojną domową w tym rzeczywiście istnym raju, o marksizujących mnichach buddyjskich z rewolwerami po kieszeniach i o próbach ustanowienia pokoju. Świetnie to się naprawdę czytało. Potem razem rejestrowaliśmy opowieści polskich inżynierów, pracujących w tropikach, i powstał z tego tomik „reportaży zasłyszanych” o ich przygodach.

W pierwszych latach sześćdziesiątych zawiązał się „stół” popularyzatorów nauki i techniki, ponieważ liczyliśmy, że rozwój sił wytwórczych stopniowo rozłoży paraliżujący wszystko system, a przy tym taka tematyka dziennikarstwa najmniej narażała się na ingerencji cenzury, bo cenzura się na tym nie znała. Obok reportażu i publicystyki Jurek zaczął uprawiać ten gatunek, pozwalający przemycać myśli zgoła niezależne – i bardzo długo miało potrwać, zanim ustrój zdołał się zorientować, że to działalność wrogich sił… Pisał Ziel oczywiście znakomicie. Kiedy pani Kazimiera Muszałówna, odchodząc na emeryturę, zaproponowała redaktorowi naczelnemu „Życia Warszawy”, by mi oddał jej dział popularno-naukowy (miałem za sobą bestseller popularno-naukowy „Księgę wróżb prawdziwych”), ściągnąłem przede wszystkim Jurka. Powstał specjalny dodatek tygodniowy „Życie i Nowoczesność” (za poparciem… Stefana Olszowskiego, szefa Biura Prasy KC!). Rozumieliśmy się z kolegami naszej małej redakcji w pół słowa. Jurek okazał się, rzecz jasna, jednym z czołowych publicystów dodatku. Pokazywaliśmy jak mogłoby być, jak co mądrego i dobrego robią gdzie indziej po świecie, organizowaliśmy dyskusje uczonych i różne niewinne akcje, jak mobilizacja producentów… pieluch i wszystkiego, co potrzebne do pielęgnacji niemowląt, pod hasłem „niemowlę też człowiek”. Potem się okazywało, że cokolwiek proponowaliśmy, od samorządu lokalnego po samodzielność przedsiębiorstw, cokolwiek ukazywaliśmy do naśladowania z zagranicy, było buntem, nieustannym wywrotowym podszczuwaniem do buntu. Kiedy nas ostatecznie rozpędzono jesienią 1973 r., sekator prasy, nie znoszący naszego dodatku sekretarz KC, Jerzy Ł., wydał zakaz zatrudnienia Jurka i mnie w prasie.

Ukazał się jeszcze w Iskrach w 1974 r. jego zbiór reportaży z różnych stron świata, „Demon przychodzi we środy” – bo pion wydawnictw książkowych nie podlegał Biuru Prasy KC Potem Jurek zarabiał felietonami i szkicami popularno-naukowymi w różnych pismach, pod koniec lata siedemdziesiątych XX wieku zaprzyjaźniony miesięcznik „Wiedza i Życie” drukował jego „Listy do samego siebie”. W tym samym czasie wyraźnie już radykalizował –razem z Heleną Łuczywo redagował nielegalnego „Robotnika”, Oznaczało to pełne już zaangażowanie w otwarty ruch oporu wobec systemu, ruch, rozwijany przez KOR i jego środowisko. Pisywał regularnie do innych tytułów prasy niezależnej, w „Biuletynie Informacyjnym” w roku 1979 pierwszy, pisząc o Wolnych Związkach Zawodowych, przedstawił Lecha Wałęsę. Jednocześnie dołączył do Zespołu Usługowego Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, który opracowywał niezależne raporty na podstawie nielegalnych ankiet d elity umysłowej kraju – ta elita umysłowa miała sama zabierać głos w sprawach kraju, nie tylko poprzez okazjonalne protesty. To również odpowiadało nastrojom Jurka.

Sierpień i Solidarność powitał z uczuciem sukcesu i nadziei – czekaliśmy blisko 25 lat na podobny jak w Październiku 1956 wielki zryw robotników, który znowu swą masowością wymusi zmiany. Wobec wcale nie tak znowu optymistycznych prognoz ze strony ludzi, którzy znali dobrze panujący reżim i sowiecką nad nim kontrolę, uważaliśmy, że trzeba w tym ruchu być bardzo uważnym – po doświadczeniu porażki Października. Jurek nie chciał tego słuchać – to on przeforsował na pierwszym zjeździe Solidarności słynne „Przesłanie do narodów wschodnich”, które uznaliśmy za niepotrzebne mnożenie przeciwników. Był już rewolucjonistą. Kiedy uprzedzaliśmy go po pierwszych w maju 1981 r. wiadomościach o przygotowywanym wojskowym zamachu stanu (kompletowane listy działaczy Solidarności i opozycji intelektualnej robiły wrażenie list proskrypcyjnych, zwłaszcza po usłyszanej przeze mnie recepcie sowieckiego pułkownika na polską sytuację – „tri tisiaczy razstrielat’, a drugim pakupit’ patiefony”), Jurek nie wierzył.

Czas poświęcał Solidarności, zrezygnował z pisania książki o Dezyderym Chłapowskim, pionierze nowoczesnego rolnictwa w XIX-wiecznej Wielkopolsce pod zaborem pruskim, bo nie widział szansy na czas do siedzenia w bibliotekach, zrezygnował z umowy. Jesienią, kiedy wiadomości o spodziewanym zamachu stanu (nie używaliśmy terminu „stan wojenny”) ostatecznie się potwierdziła, stracił humor. Co gorsza, zaczęło mu nawalać serce. Wylądował w początku grudnia na Hożej w Pogotowiu, na kardiologii, opiekował się nim bardzo dobry lekarz, nasz przyjaciel, Józio Wojnowski. Mówił mi przez telefon (dzwoniłem z Konstancina, gdzie przebywałem w szpitalu rehabilitacyjnym dla pacjentów kardiologii), że Jurek jest w bardzo złej formie psychicznej. Post factum ci, co go odwiedzali, nie potwierdzali tego, zachowywał się podobno całkiem normalnie, ale znając go przypuszczam, że chciał ich podtrzymać na duchu, nawet, jeśli sam się miał wycofać.

I wycofał się…

Stefan Bratkowski

2 komentarze

  1. andrzej Pokonos 2011-12-13
  2. angor 2011-12-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com