Jerzy Łukaszewski: Być kobietą

kobiety22013-06-08.

Kiedy w mojej psychice wezmą górę tendencje samobójcze, napiszę jakiś tekst o feminizmie. Efekt z góry wiadomy, ale sposób zejścia bardziej wyrafinowany, niż pospolity sznur, na którym wygląda się nieestetycznie.

Dziś jedynie chciałbym pokrótce podzielić się wrażeniami z lektury dotyczącej rzeczonego tematu, ponieważ jej XIX wieczna treść po drobnych poprawkach gramatycznych mogłaby uchodzić za całkiem współczesny tekst. Niestety.

Wiek XIX będący wiekiem rewolucji społecznej pod każdym względem, od technicznych fajerwerków po kuchnię, był pierwszym, w którym dążenie do tzw. emancypacji kobiet dało o sobie znać w skali zjawiska. Nic dziwnego, był to czas, gdy masowo zaczęły pojawiać się możliwości samodzielnego zarobkowania przez kobiety i przynajmniej częściowego współudziału w utrzymaniu rodziny. Przemiany mentalnościowe nie nadążały za rozpędzoną rzeczywistością, wystąpiła więc konieczność nacisku na nią poprzez zorganizowane struktury. Reakcja jak najbardziej naturalna, z tym że i wtedy nie zabrakło postaw skrajnych, niejako wychodzących przed szereg, które fałszowały obraz i prowadziły do jego wykoślawienia, co z kolei przekładało się na skuteczność prowadzonej walki gdyż jak to zwykle bywa, to właśnie takie postawy były najszybciej zauważane i traktowane jako reprezentatywny przykład. Zjawisko nieobce nam i dziś.

Przed takimi postawami przestrzegała Orzeszkowa w książce „Kilka słów o kobiecie” z 1873 roku. (Jak na p. Elizę 225 stron rzeczywiście można uznać za „kilka słów”)

Na dźwięk wyrazu „emancypacja” kobiet, przed oczami niektórych ludzi przesuwają się niemiłe, często śmieszne, niekiedy bardzo smutne obrazy…

i precyzuje

… w pokoju napełnionym gęstą mgłą tytoniowego dymu, w wyzywającej postawie, z cygarem lub fajką w ręku a w ustach z głośnym śmiechem bluźniącym najświętszym w świecie sprawom spoczywa kobieta – lwica. […] w ruchach jej bezporządek wcielony, a jednak kobieta ta podnosi z dumą głowę i mówi: jestem emancypowaną…

Aby nie ograniczać się do czysto estetycznych wrażeń, pani Eliza podaje jeszcze ciekawszy przykład:

… na nowożytnej kanapie, z ustami pełnymi nadętej mądrości, z głosem nakazującym milczenie, zasiada kobieta pseudo-uczona […] Milczcie wszyscy, bo ja mówię! Bom wśród was jedynie mądra, bo czytałam Bakona, Kartezjusza, Lejbnitza, Kanta, Hegla itd. Ile z tego rozumiem, z całej tej uczonej nomenklatury potrafię dla was i dla siebie wyciągnąć pojęć zdrowych i treści rozumnej, to do was nie należy. Wiedzcie tylko, że jak w składach teatralnych pozawijane dekoracyjne płótna, tak w mojej głowie leżą ogromne zapasy mórz i horyzontów, ogrodów i okolic, miast i pałaców, które przed wami dowolnie rozwinąć mogę. Gdy zgasną światła salonów jak po końcu przedstawienia zwiną się moje morza i horyzonty i pójdą spać w mojej głowie bez ruchu i pożytku. A tymczasem, nędzni śmiertelnicy, dopóki raczę zstępować ku wam z wysokości moich – patrzcie, słuchajcie i podziwiajcie mnie.

Dość bezpardonowo. A przecież nie kto inny, jak Orzeszkowa była jedną z najgorętszych zwolenniczek emancypacji. Potrafiła jednak postawić zarzut, którego pewnie dziś nikt nie ośmieliłby się publicznie wyartykułować, szczególnie mężczyzna, obawiając się zamknięcia w ZOO jako egzemplarz  mizoginicznego dinozaura.

Nielogiczne entuzjastki rozmiłowane w dźwięku słowa, którego treści nie pojmowały – zacofały na długie lata postęp idei, której sztandarem pokrywać chciały swoje dziwaczne lub występne wybryki.

Jest coś w słowach Orzeszkowej, co warte jest spokojnego zastanowienia. Ona najwyraźniej rozumiała, że metodę dobiera się odpowiednio do grupy docelowej, do której chce się ze swoim produktem (ideą) dotrzeć. I to, że źle dobrawszy można osiągnąć skutek odwrotny od zamierzonego. Mam wrażenie, że dziś nie wszyscy to rozumieją. Mimo dość rozpowszechnionych studiów z marketingu i zarządzania. Wciąż pokutuje dość naiwne myślenie, że wystarczy mieć rację.

Orzeszkowa dość zaskakująco nazywa „tyranię mężczyzn” urojoną. Urojoną, bo będącą wynikiem świadomych wyborów, stawiających wygodę nad walką o swe prawa. Przytacza tu dość ciekawy argument statystyczny. Gdyby cała populacja kobiet rzeczywiście chciała emancypacji, w społeczeństwie demokratycznym nie byłoby z tym najmniejszego problemu. Mężczyźni nie mieliby szans. Panie wstępując do jakiejkolwiek partii byłyby większością, bo jest ich więcej, przegłosowałyby co chciały, nie byłoby miejsca na listach wyborczych dla nikogo innego. To mężczyźni musieliby (oczywiście, niesłusznie i z pozycji seksistowskich) walczyć o parytety. Podobnie w tym względzie  argumentuje J.S. Mill w „Poddaństwie kobiet” (Gebethner i Spółka, Kraków 1887). Najwyraźniej jednak ten argument nie trafił wtedy na podatny grunt. Wtedy?

Orzeszkowa, nieźle zresztą oczytana w temacie, stawia diagnozy bezlitosne i do bólu proste. Potrafi przy tym odmiennie diagnozować różne środowiska, bo rozumie, że pozycja kobiety jest wypadkową warunków, w jakich przyszło jej żyć, a nie teoretycznych wzorków wymyślonych przez pięknoduchów nie mających nic wspólnego z trudami życia. Inaczej widzi emancypację włościanek, inaczej kobiet w rodzinach rzemieślniczych itd. Najbrutalniej obchodzi się z pannami z „dobrego towarzystwa”.

Cytuje przy tym „La mere” E. Pelletan, który pisze o pannie wychodzącej za mąż:

To ta młoda dziewczyna ma wyjść, wejdzie wkrótce na najpoważniejszą drogę rodzinnego życia, a jednak pod czaszką tej romantycznej czeczotki nie ma ani jednej myśli poważnej, ani jednej poważnej skłonności umysłu. Umie tylko podobać się i marzyć. Cóż znajdzie u kresu swego marzenia?

Pamiętając jednak, z kim mamy do czynienia, poszukajmy recept, które autorka uważa za właściwe w zaistniałej sytuacji. Właściwie jest tylko jedna – praca nad sobą. Coś umieć, coś potrafić. Co ciekawe nie proponuje ucieczki od „tradycyjnych” zajęć kobiecych. Wręcz przeciwnie, twierdzi, że niewiele jest kobiet naprawdę potrafiących im podołać.

Rodzinę pojmuje jako dobro wspólne, nie widzi w niej źródeł damsko męskich kontrowersji, wymaga jednak by obie strony wnosiły coś do niej poza kwestią środków. Przypominam – mamy rok 1873.

Imponują Orzeszkowej Amerykanie, którzy

… nie samą tylko religię dali kobietom jako oręż do bronienia ich godności przeciw pokusom, ale starali się jeszcze uzbroić jej rozum.

Doskonale zorientowana w historii kobiet przytacza całe zastępy niewiast  spełnionych, jednocześnie świetnie analizując ich sytuację w zależności od epoki, w której żyły. Niejeden historyk mógłby pozazdrościć powieściopisarce logiki i umiejętności wyciągania wniosków.

Druzgocąca krytyka edukacji kobiet ograniczanej, co ciekawe – najczęściej wśród klas wyższych, do „francuskiej paplaniny z guwernantką”, a jednocześnie krytyka tych kobiet, które „włożywszy spodnie uważają, że tym samym kobiecej pozbyły się biologii”.

Mamy też w tej książce wymienione zawody, które kobiety będąc na ogół fizycznie słabsze od mężczyzn, mogą wykonywać bez specjalnych problemów. Chodzi o zawody rzemieślnicze, jak np. tapicerka, produkcja zabawek, a nawet tokarka.

Jedna rzecz wyróżnia książkę Orzeszkowej spośród wielu innych pism owej epoki. Pani Eliza mówi o kobietach, które naprawdę istnieją, a nie wymyślonych modelach teoretycznego rozumowania. Wie, że większość kobiet pochodzi ze środowisk,  do których nie trafią ideologiczne slogany. To tym kobietom bardzo konkretnie wskazuje drogę.

Nie wiem, jak przyjmowali jej myśli mężczyźni, ale pewnie niejeden się obruszył czytając, iż autorka nie widzi nic zdrożnego w sytuacji, że żona zarabia więcej od męża. Znowu przypomnę – jest rok 1873.

I tak dalej, i tak dalej…

Czyta się tę książkę z zadziwieniem podwójnym. Raz, że 140 lat temu ktoś tak doskonale obeznany z tematem (liczba cytowanych lektur imponuje) walczył na miarę swoich możliwości o sprawy, które … jakoś się nie zdeaktualizowały.  I dwa – że tak niewiele jej sensownych rad znalazło odbicie w życiu codziennym kobiet.

Na usprawiedliwienie tych pań trzeba powiedzieć, że nie tylko Orzeszkowa zabierała głos w tej kwestii. Niestety.

W 1919 roku, a więc po Wielkiej Wojnie, która ponoć zmieniła tak wiele w stosunkach społecznych, chełmiński „Nadwiślanin” pisał

… w obecnych czasach, , gdy dużo młodych dziewcząt staje samodzielnie do pracy na chleb, potrzeba podwójnie wykształconego charakteru kobiecego. Te czasy minęły, daj Boże bezpowrotnie, gdy pani domu uskarżała się przed mężem na każdą drobnostkę w gospodarstwie.

Prawdziwa towarzyszka życia musi posiadać dosyć siły charakteru na załatwienie wszelkich spraw domowych i nie nudzić niemi męża, musi mu ułatwić o ile może jego zadanie i obowiązki i starać się o jego wygodę i spokój w domu.

Zachwycające, prawda? (mam nadzieję, że nie przeczyta tego pewna miła pani, której w ogóle się nie boję i wcale nie ulegam na każdym kroku)

W lekturach innych autorek z lat późniejszych, np. w doskonałym poradniku Michaliny Ulanickiej „Zasady prowadzenia domu”, czy A. Sikorskiej „Zasady wychowania dziewcząt”, mamy wciąż jeszcze do czynienia z kobietą – panią domu, ale widać, że idee prezentowane przez Orzeszkową nie zginęły całkowicie, bo nie ma publikacji, w której nie podkreślałoby się znaczenia wiedzy, stałego rozszerzania horyzontów i konkretnych praktycznych umiejętności.

Po 140 latach można chwilami odnieść wrażenie, że nic się nie zmieniło, że wysuwane przez kobiety postulaty są wciąż te same. I tylko sposób ich prezentowania nieco różni się od metod autorki „Nad Niemnem”.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

8 komentarzy

  1. Kot Mordechaj 2013-06-08
  2. bisnetus 2013-06-08
    • Kot Mordechaj 2013-06-09
      • sugadaddy 2013-06-09
      • bisnetus 2013-06-09
  3. Jerzy Łukaszewski 2013-06-09
  4. Incitatus 2013-06-10
  5. Lokis-ciemny człowiek 2013-06-18
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com