Jerzy Łukaszewski: Góralu, czy ci nie żal…

w662013-06-12.

Kto wie, czy dziś Michał Bałucki zamiast tęsknej piosenki, nie napisałby jakiejś uczonej analizy dotyczącej emigracji. Żyjemy w świecie, w którym wszystko jest przeanalizowane, zbadane, wstawione do statystyk, a potem… służy najwyżej do wewnętrznej walki politycznej. I tyle z tego pożytku.

Dotyczy to również zjawiska emigracji. Jedni z niego się cieszą, inni ubolewają z jego powodu, a rezultat? Jak wyżej.

A nie, przepraszam. W Gdyni powstało Muzeum Emigracji, przez co bezrobocie spadło nam wyraźnie o te kilka zatrudnionych osób.

Dawną emigracją Polaków zainteresowałem się przypadkiem, gdy w moje ręce trafiło kilka starych listów pisanych przez emigrantów do rodzin pozostawionych w kraju. To, co mnie zaskoczyło (choć nie powinno), to organizacja wyjazdów „za chlebem”. Okazało się, że już w XIX wieku mieliśmy do czynienia z ludźmi zawodowo niejako zajmującymi się pomocą w wyjazdach, nie za darmo rzecz jasna.

W państwie pruskim były wyspecjalizowane agencje, które m.in. załatwiały wyjeżdżającym pieniądze na przejazd biorąc na siebie kredyty w banku.  Bilet na statek z Hamburga do Nowego Jorku kosztował ok. 70 talarów, suma poza wyobrażeniem większości wyjeżdżających.  Agencja załatwiała bankową pożyczkę, którą później w ratach ściągała z wynagrodzenia klienta. To jednak oznacza, że musiała być w kontakcie z przyszłym pracodawcą. Mało kto jechał za własne pieniądze i „na ślepo”. W USA czekał na nich ktoś, kto brał na siebie załatwienie formalności, załatwiał mieszkanie, pracę i pilnował wypełniania zobowiązań finansowych tak wobec siebie, jak i wspólników.

Autor listu z 1890 roku nazywa takiego opiekuna, niejakiego Słupeckiego, „agentem od prawa”.

Z listów emigrantów, na ogół ludzi słabo wykształconych, wyziera przede wszystkim nieprawdopodobna bieda. Autora z 1890 roku nie stać jeszcze na znaczki pocztowe (dopiero co przyjechał), ale ponieważ w umowie była możliwość napisania jednego listu (na papierze firmowym prawnika), pisze do nauczyciela w swojej wsi z prośbą, by ten powiadomił ojca i znajomych o jego szczęśliwym przybyciu do „ziemi obiecanej”.

Styl listu zdradza człowieka uzależnionego, uniżonego, nie ma tam nic z przyrodzonej ludzkiej dumy. Bardzo przykra lektura.

Inny list, pisany z Toledo w stanie Ohio do Włocławka, to już inna historia. Jest zapowiedzią paczki, jaką autor wysłał do rodziny. Ponieważ potrzebne były pieniądze, by paczkę z poczty odebrać, autor powiadamia adresatów, że przesyła je… zaszyte w kołnierz koszuli, będącej częścią przesyłki. Potem następuje wyszczególnienie zawartości paczki tak, by odbiorca mógł sprawdzić, czy nic nie zginęło w drodze. Zaufanie, jak widać miał ograniczone, pewnie nie bez przyczyny.

Mała dygresja. Narzekającym na Pocztę Polską chcę powiedzieć, że wpadki pocztowe znane są jak historia tej działalności długa. Jedną z ciekawszych była wędrówka kartki pocztowej pod koniec XIX wieku, wysłanej z Monachium do Aleksandrowa Pogranicznego (dziś Aleksandrów Kujawski) via Wiedeń, którą jakiś bystrzak pocztowy skierował do… Aleksandrii w Egipcie, o czym świadczą stosowne stemple.

Wracając do oczekiwanej paczki. Jej specyfikacja to świadectwo ubóstwa, dziś niewyobrażalnego. Zawartość stanowi głównie… bielizna, szyta ręcznie przez matkę nadawcy, bo na rzeczy ze sklepu go nie stać,

„a co źle uszyte, to niech się Bratowa nie gniewa, bo mama ma już stare oczy…”

majtki używane

„ mogą być dla dzieci, bo może takie duże macie…”

itd. itd.

List jest ciekawy jeszcze z jednego względu. Okazuje się, że nie tylko agencje „zajmowały się” emigrantami. Były firmy drukujące specjalne papeterie dla Polaków (wolno przypuszczać, że dla innych nacji także), szalenie łzawo patriotycznie zdobione, droższe od zwyczajnych, ale przecież znajdujące nabywców, o czym świadczy choćby to co trzymam w ręku.

Emigracja zaoceaniczna to jednak tylko część całości i to wcale nie największa.

Podlasiacy szukający zarobku jeździli dość często do Prus Wschodnich i to „na dziko”, przed czym przestrzegały ich polskojęzyczne gazety piszące, że wyjazd bez kontraktu jest zdaniem się na łaskę i niełaskę pracodawcy chętnie wykorzystującego taką sytuację.

Trochę inaczej wyglądało to w Prusach Zachodnich.   Tu trzon wyjeżdżających z rodzinnych wsi stanowili robotnicy sezonowi najmowani do prac rolnych w majątkach w Wielkopolsce, ale także w głębi Niemiec. W każdym razie terytorium państwa nie opuszczali, co zdecydowanie ułatwiało opiekę nad nimi.

Opiekę zapewniały im m.in. wspomniane agencje, ale na Kaszubach rolę tę przejmowali w dużej mierze księża. Działalność jednego z nich, ks. Sychowskiego ze Śliwic, znamy dość dobrze, m.in. dlatego, że jako jeden z niewielu pozostawił po sobie analizę swoich poczynań, która tym się różniła od współczesnych, że miała służyć mu do unikania błędów i była wykorzystywana w codziennej praktyce.

Ksiądz Sychowski był w ogóle ciekawą postacią. Animator ruchu spółdzielczego, propagator wiejskiego rzemiosła, organizator kas zapomogowych i lokalnych banków, a nawet gracz giełdowy, pojmował te działania jako wyraz swego patriotyzmu i reagował nerwowo na każdą sugestię, że ktoś mógłby posądzić go o jego brak. W dobie Kulturkampfu uważał, że on, duchowny, musi dawać przykład. Kiedy Gazeta Gdańska doniosła na podstawie niesprawdzonej informacji, że siostra księdza sprzedaje Niemcom część wsi Skrzeszewo pod Żukowem (ksiądz był współwłaścicielem po rodzicach), w ciągu jednego dnia spowodował ukazanie się przeprosin i sprostowania!

Chciałoby się tak czasem dzisiaj, prawda?

Otóż ksiądz ten, mówiąc językiem współczesnym, był menedżerem pracowników rolnych ze swego terenu. Nawiązywał kontakty z właścicielami dóbr, którzy potrzebowali pracowników i wysyłał im zamówione ekipy. Rzecz polegała na tym, że w czasie trwania kontraktu utrzymywał stałą łączność zarówno z wysłanymi robotnikami, jak i pracodawcami. W ten sposób był doskonale zorientowany  w problemach, jakie się czasem pojawiały, a mając informacje z wielu źródeł, potrafił właściwie oceniać konkretne sytuacje i znajdować rozwiązania.

Nie do wiary, ale po jego opieką znajdowało się po kilka tysięcy (!) pracowników. Ponieważ reagował natychmiast i stanowczo na wszelkie przejawy nieodpowiedniego zachowania się robotników (pisał, że niektórzy „urwawszy się” rodzinom folgują np. grzechowi rozwiązłości), nierzadkie były prośby pracodawców o przysłanie „tych samych ludzi co poprzednio”.

Pracodawców „trzymał” zresztą równie krótko.  Wykorzystywał tę sytuację i swoją menedżerską renomę do prowadzenia własnej „polityki emigracyjnej”. Polskim właścicielom dóbr w Wielkopolsce zarzucał gorsze warunki bytowania robotników, niż mają w majątkach niemieckich i żądał ich zrównania. Chodziło mu o to, by jak najwięcej kaszubskich pracowników znajdowało zatrudnienie w polskich majątkach, gdzie mniejsze jest ich zagrożenie germanizacją.

Gdyby ktoś miał wątpliwości – ksiądz Sychowski był tylko wiejskim proboszczem w Śliwicach. Myślę wszakże, iż dziś niejedno ministerstwo mogłoby mu pozazdrościć horyzontów, wizji  i skuteczności działania.

Czasy są dziś na pewno inne. Nie wszyscy wyjeżdżający są do tego zmuszeni sytuacją materialną, a i ci co pojechali „za chlebem” to już nie tacy bezradni biedacy, jak autorzy cytowanych listów.

Pozostaje pytanie, czy i w jakim zakresie polskie państwo powinno interesować się współczesną emigracją, poza rzecz jasna, okresem przedwyborczym, kiedy to wszyscy politycy kochają naszych emigrantów nad wyraz.

Nie powiem, jaki wyraz.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com