Krzysztof J. Konsztowicz: Jeśli nie, to tylko stagnacja…

Publikujemy kolejny tekst prof. Krzysztofa Konsztowicza, znanego  naszym Czytelnikom z artykułów o tym, jak poradziła sobie z reformą szkolnictwa wyższego i finansowaniem nauki – Kanada. Nie jest to tekst przepełniony optymizmem. Akcentem optymizmu są perspektywy rozwiązań, także takie teksty ktoś pisze; no i to, że się ukazują – prowokując zastanowienie…


Szanse na polskie Noble 2050

 

„Człowiek rozsądny dostosowuje się do świata;
człowiek nierozsądny z uporem próbuje dostosować świat do siebie.
Dlatego wszelki postęp zależy od ludzi nierozsądnych”.

G.B. Shaw.

 

Przegłosowane w sejmie poprzedniej kadencji i obecnie wdrażane ustawy wnoszą tak mało znaczące zmiany, że Twoją szlachetną wizję polskich Nobli, Drogi Michale (to do prof. Michała Leszczyńskiego, naszego stałego autora – przyp. redakcji), wypada przesunąć w czasie. Moim skromnym zdaniem – o jakieś kolejne sto lat.

Zdecydowanie popieram obecną reformę i w pewnej mierze angażowałem się w jej przygotowanie. To bardzo istotny pierwszy krok po długich latach marazmu, i tak już przy ogromnym oporze środowiska. Popieram więc te zmiany jako dobry początek, byle nie osiadać w zadowoleniu, bo do średnich światowych standardów ciągle nam jeszcze bardzo daleko, a nikt nie będzie czekał.

Podstawowe zasady starego, zużytego i kompletnie niefunkcjonalnego modelu sowieckiego wpełzają teraz niezgrabnie pod nowe szyldy „gospodarki opartej na wiedzy”. Pasują do niej jak wół do bryczki, pozostały jednak nie zmienione. Dlatego pracownicy polskich uczelni ciągle funkcjonują praktycznie wyłącznie w dydaktyce, bo tylko z tego są szczegółowo rozliczani. Tych obowiązkowych godzin dydaktycznych (tzw. pensum) jest stanowczo za dużo, by jeszcze móc sensownie zajmować się badaniami i pracami rozwojowymi. Nowe ustawy tego modelu nie zmieniają, a w tym tkwi przecież istota rzeczy. Nie ma jednoznacznych parametrów rozliczania z ilości i jakości wykonywanych prac badawczych, z wartości grantów, ze współpracy z przemysłem, z wdrażania innowacji. Nadal stosowane rozliczenia z tzw. „badań statutowych” należą do odziedziczonego mechanizmu pozoracji.

Skąd jednak miałyby się nowe, realne mechanizmy wziąć, skoro nikt nie chce sprecyzować – czemu to wszystko ma służyć? Czy tylko wykształceniu (choćby miernej) kadry, czy bardziej  przemysłowi i gospodarce, czy może chcemy powalić świat na kolana nowymi odkryciami w badaniach podstawowych?

Przez ostatnie ponad 60 lat tak naprawdę udawało nam się tylko to pierwsze, więc może czas pomyśleć, zanim się zmarnuje kolejne miliardy? Nie mamy narodowego systemu zarządzania wiedzą, który by uczynił potrzebnym jakiś porządek w długofalowej polityce naukowej. Nasze ciągle za mocno scentralizowane państwo nie ma na poziomie rządu (nie mówiąc już o opozycji) ani konkretnego celu, ani ram polityki wytyczającej krajowe priorytety badawcze – ani w bieżącym, ani w przyszłych etapach rozwoju społeczno-gospodarczego. Jedni przedstawiciele władz mówią o powiązaniu badań z gospodarką, inni raczej o badaniach podstawowych, a to nie działa razem. Na kilku konkretnych priorytetach można by oprzeć systemy regionalnego zarządzania wiedzą, by realnie szacować wydajność w rozwoju badań i wdrażaniu zrodzonych w nich innowacji – w stosunku do potrzeb lokalnych. Wówczas dałoby się też sprecyzować miejsce i rolę uczelni wyższych w tym systemie, by określić, co też powinny osiągać one poza dydaktyką i masową produkcją bezwartościowych „magisterek”. To jednak byłoby możliwe tylko przy innym, zdecentralizowanym modelu działania regionów (to kolejny obszerny temat; zagadnienia modelowe związane z uwarunkowaniami legislacyjnymi w pełnym zakresie wyżej opisanych problemów podejmę kiedy indziej).

Można i trzeba inaczej

W krajach rozwiniętych, a szczególnie anglosaskich, za przykładem USA (począwszy od powstania NRC) i W. Brytanii (od utworzenia DSIR) już od czasów I wojny światowej, powoli i systematycznie, rozwijano i wdrażano różne systemy badań stosowanych i rozwojowych na potrzeby gospodarki. Także –  różne systemy dla oceny efektywności pracy badawczej. Już od połowy ubiegłego wieku w USA wdrażano i ulepszano systemy polityki naukowej państwa (V. Bush, 1945), skutecznie zastępując klasyczny (humboltiański) model liniowy badań modelem równoległym, z dominacją nauk stosowanych[1].

Ten model dobrze funkcjonuje przy określonym poziomie decentralizacji w mechanizmach zarządzania i kształcenia. Oznacza to, że wymaga on zmian także w innych dziedzinach organizacji życia społecznego. Zwróćmy uwagę: choć badania podstawowe programowo ograniczono do wybranych kierunków, ale na poziomie doskonałości, kraje z modelem równoległym nie zdobywają mniej nagród Nobla. Przy modelu interakcyjnym trzeciej generacji, tzw. modelu „śruby trójpłatowej”, w krajach anglosaskich rozwinięto w ostatnim ćwierćwieczu różne systemy narodowego i regionalnego zarządzania wiedzą i wdrażania innowacji, opierając się głównie na mechanizmach rynkowych. A wymaga to dobrze skodyfikowanego i przejrzystego systemu praw, czyli – systematycznego rozwoju i przede wszystkim wprowadzenia skutecznej legislacji. Głębiej zainteresowanym polecam znakomite opracowania B. Godin’a, kanadyjskiego badacza związków nauki z rozwojem społecznym. Ogromne postępy poczyniła zaś w ostatnich latach Australia. Jej model transferu technologii OECD oceniła niedawno jako najlepszy na świecie.

Przejść do innego, nowszego stylu pracy możemy tylko wtedy, gdy jasno zdefiniujemy konkretny narodowy cel długofalowy, dający się zmierzyć, jak w gospodarce czy sporcie. Czy ma to być samo kształcenie kadr na najwyższym poziomie? Wtedy wszystkie prace magisterskie winny być publikowane wyłącznie w recenzowanych czasopismach międzynarodowych. Jeżeli to ma być większy udział badań dla gospodarki, to trzeba określić założoną docelową wartość liczby patentów (na liczbę mieszkańców i rok) i wartości parametrów do osiągnięcia w etapach pośrednich. Jeżeli chodzi nam o intensywniejszy rozwój badań podstawowych w wybranych dziedzinach, by uzyskać w nich najwyższy poziom światowy, musimy określić rodzaj i ilość  najważniejszych nagród międzynarodowych do osiągnięcia w określonym czasie, łącznie z nagrodami Nobla.

Dla  każdego z tych możliwych scenariuszy trzeba w polskich uczelniach raz na zawsze wyeliminować przestarzały i marnotrawny radziecki model „pouczalni”. W różnych wystąpieniach oficjalnych często przewija się motyw „gospodarki opartej na wiedzy”. Dorozumiewam się, że z politycznego punktu widzenia chodziłoby nam raczej o to, by skuteczniej wiązać badania z gospodarką. To da się mierzyć i obawiam się, że ten popularny slogan kryje niezbyt dokładną świadomość, jak to zrobić. Otóż przy takim priorytecie najskuteczniej działa obecnie anglosaski model uczelni, najlepiej więc byłoby zastąpić stary model radziecki tym właśnie modelem. W pełnym wymiarze i raczej szybko.

Przy aktualnym układzie stosunków w polskiej nauce żadne takie głębokie zmiany nie są praktycznie możliwe. Dlatego to, co udało się Ministerstwu w postaci obecnej reformy utargować, i tak trzeba uznać za pewien sukces. Dzieje się tak z tej prostej i smutnej przyczyny, że polską nauką kieruje obecnie około 14 000 profesorów, z których połowa ma ponad 70 lat, a reszta znajduje się niewiele przed tą granicą wieku emerytalnego. To pokolenie wyrosło w poprzedniej epoce. Jest odporne na wszelkie zmiany. Nie ma co się temu dziwić, ale narzuca się pytanie – dlaczego w 20 lat po zmianach gospodarczych ciągle utrzymuje się taki permanentny skansen, za zgodą finansujących to, a nieświadomych podatników? Podatnicy biednych krajów – zbudźcie się!…

Nowy model 

Gdyby to ode mnie zależało, to już nie dla własnego interesu czy satysfakcji prof. Leszczyńskiego, ale dla dobra przyszłości tego kraju wprowadziłbym  zmiany, jak poniżej. Przedstawię tylko ogólną koncepcję. Wszystkie szczegóły i procedury są i tak zawsze pochodnymi koncepcji podstawowej, ważne zatem, żeby ta była klarowna.

Za realny cel zmian osobiście przyjąłbym dojście w ciągu 10-15 lat nauki i szkolnictwa wyższego do poziomu Kanady, Australii i Nowej Zelandii, z odpowiednim stopniem powiązania z gospodarką.

W Kanadzie (o populacji 33 mln) na ogólną liczbę studentów ponad 800 000, przypada dzisiaj ponad 50 000 profesorów, co mieści się w przyzwoitych granicach wzorów dobrego nauczania, wyznaczonych przez W. von Humboldta (20 uczniów na jednego nauczyciela). Przy naszych obecnych dwóch milionach studentów proporcja zatrudnienia kadry nauczającej wypada całkiem słabo. To główna przyczyna wieloetatowości kadry. W dużym stopniu to może być efekt zamierzony… Ale biorąc pod uwagę proporcje w innych krajach, w tym głównie w Kanadzie, przyjąłbym, że Polska docelowo nie potrzebuje więcej niż milion dobrych studentów. Prawdziwych, czyli dziennych, „stacjonarnych”, ewentualnie z niewielką i dobrze określoną częścią w systemie kooperacyjnym (z możliwością kształcenia permanentnego dla innych obywateli).

Przy takim założeniu i przy niżu demograficznym liczba studentów krajowych pewnie szybko zmalałaby o połowę. Tak, by została ta lepsza połowa już mniej więcej po pięciu latach wdrażania procesu. W odróżnieniu od zarządzanej centralnie i biurokratycznie Europy, w krajach anglosaskich utrzymuje się liczbę studentów na poziomie zgodnym z prawami natury. Wiadomo, że w każdej populacji wiekowej jest około 20-25% osób o inteligencji gwarantującej ukończenie wymagających studiów wyższych oraz wydajną pracę na tym poziomie. Dla rozsądnego zagospodarowania kolejnych 20-25% populacji w nowoczesnej gospodarce trzeba rozwoju pomaturalnych szkół zawodowych na poziomie kanadyjskiego college’u. Kształciłyby one różnego rodzaju kwalifikowanych operatorów, których praca nie koniecznie wymaga licencjatu czy tytułu inżyniera. Każda rozwijająca się gospodarka potrzebuje coraz więcej takich dobrze wykształconych, średnich kadr, a jeśli dziś kształcimy inżynierów tylko po to, żeby pracowali jako operatorzy obrabiarek w zagranicznych firmach, jest to oczywiste marnotrawstwo, zwłaszcza, gdy kształci się ich w państwowych uczelniach za pieniądze podatników.

Żeby usprawnić proces selekcji, trzeba wprowadzić limity punktowe dla wyników ze szkoły średniej, warunkujące przyjęcie na określony typ studiów. Studia muszą być płatne, przy kompleksowym, dobrze rozwiniętym systemie stypendialnym, który wspomoże wysokiej jakości kandydatów pochodzących z uboższych rodzin. Trzeba też rozwinąć odpowiednie podstawy prawne, by studenci mogli brać tanie, długoletnie kredyty na sfinansowanie studiów, wraz z szansami na redukcję zobowiązań w zamian za sukces, kredyty wspierane przez system podatkowy. Pisał o tym bardziej szczegółowo prof. M. Żylicz. Taki mechanizm także poważnie przyczyni się do podniesienia poziomu studiów, bo przecież tak to już od dawna dobrze działa w krajach anglosaskich.

Studentów mamy za dużo, a kadry w uczelniach wyższych stanowczo za mało, więc tu jest większy problem. Żeby za 10 lat dojść choćby do liczebności kadry porównywalnej w proporcjach z Kanadą i przy tym wydatnie obniżyć średnią wieku, trzeba dokonać zasadniczych zmian. Postępować one winny w dobrze zaplanowanych etapach. Pierwsze, liczbowe założenie jest proste, bo dla wydajnego uczenia miliona studentów w dobrze funkcjonującym systemie trzeba około 50 000 profesorów. Jeśli połowa polskiej profesury jest w wieku emerytalnym, a z pozostałych kilku tysięcy spora część niebawem też będzie przechodzić w stan spoczynku, łatwo przewidzieć, jak szybko będzie ten proces postępował. Dlatego w stosunku do realnych potrzeb można praktycznie obecny stan kadry uznać za marginalny.

Nowa krew

Skuteczne wyjście jest tylko jedno. Skoro w Polsce pracuje dziś ok. 50 000 osób ze stopniem doktora, przyjąć trzeba, że to jest właśnie kadra, poprzez którą da się wprowadzić istotne zmiany w systemie kształcenia wyższego. Co bardzo ważne, ci ludzie są w większości nie tylko w wieku produktywnym, ale i ciągle dynamicznym, to znaczy gdzieś między 30 a 40 lat (choć niektórzy w nieco późniejszej fazie). Można wierzyć, że w większości ciągle im się jeszcze chce podejmować wyzwania. Ponieważ tacy ambitni ludzie poszukują wysokiej samooceny w wyniku realizacji śmiałych celów, zaoferowałbym im wszystkim pięcioletnie kontrakty profesorskie. Bez żadnej habilitacji, bo to kolejna oczywista i przedawniona bzdura, funkcjonująca tylko dla podtrzymania starego systemu działalności pozorowanej. Przy tej okazji, w ramach oszczędności budżetowych, a przede wszystkim dla uproszczenia spraw i tak oczywistych, należy szybko rozwiązać archaiczne, całkowicie fikcyjne i zupełnie zbędne ciała jak CKKTSN, czy KEJN. Każda sekretarka jest w stanie wejść w dostępny system WoK i szybko przygotować każdemu potrzebującemu dziekanowi aktualne wartości wskaźnika Hirscha i do tego wskazać wartości aktualnych kontraktów każdego pracownika. Nic więcej nie trzeba do oceny, bo te wskaźniki mają walory kumulacyjne i opisują sprawność nie tylko osób, ale i jednostek administracyjnych. Aż wstyd udawać, że się o tym nie wie…

Wracając do doktorów: wyznaczyłbym tym nowym i młodym profesorom proste i konkretne zadania, łatwo mierzalne przy pomocy ogólnie przyjętych w świecie i wspominanych wyżej wskaźników. Na przykład: w ciągu tych pięciu następnych lat musisz uczestniczyć aktywnie w co najmniej trzech międzynarodowych konferencjach najważniejszych w Twojej branży na tym kontynencie albo światowych, do wyboru. Aktywnie, to znaczy Ty i/albo Twoi współpracownicy/doktoranci /dyplomanci – muszą wygłosić tam referaty, publikowane potem w recenzowanych materiałach konferencyjnych. Na bazie tak opracowanych aktualnych wyników badań masz wyprodukować trzy (na początek, potem co najmniej jeden rocznie) artykuły, które będą przyjęte do druku tylko tam, gdzie publikuje konkurencja, czyli w międzynarodowych czasopismach branżowych. Ocena parametryczna będzie taka sama jak wszędzie indziej w świecie rozwiniętym, czyli tylko na bazie platformy Web of Knowledge firmy Thomson Reuters Scientific.

Dla dbałości o środowisko naturalne i nasz rodzimy polski drzewostan, a także z dbałości o etykę zawodową, wprowadziłbym zakaz produkcji tych wszystkich lokalnych świerszczyków pseudo-naukowych o nakładzie 50 czy 100 egzemplarzy. W globalnym świecie liczy się tylko to, co jest globalnie dostępne i spełnia określone wymagania jakościowe opisane przez wskaźniki Thomson Reuters Scientific. Kropka. Wyniki wszystkich prac magisterskich winny być prezentowane co najmniej na  krajowych konferencjach branżowych, a wyniki prac doktorskich – co najmniej na europejskich (jeśli nie światowych) naukowych konferencjach branżowych. Wymaganie takiego trybu przejścia do realnego życia naukowego w cudowny sposób uzdrowiłby temat miernoty, kopiowania i sprzedaży prac dyplomowych, choćby przy konieczności ograniczenia analizy literatury tematu do bieżących publikacji w recenzowanych czasopismach naukowych. Istniejące od dawna w naszych bibliotekach systemy wykorzystywania międzynarodowych i krajowych baz danych już teraz stwarzają po temu doskonałe możliwości techniczne.

Wyznaczyłbym też wskaźniki (np. bezwzględnej wartości) przerobu kontraktów i grantów na osobę/zespół/rok, dał te pięć lat do roboty, i to wszystko.  Potem bym spokojnie obserwował, a po tych pięciu latach  jednoznacznie oceniał. Przecież gorzej być nie może… Jestem pewien, że tak właśnie udałoby się cały proces realnie przyspieszyć. Wiem, bo ja sam przez emigrację do Kanady bardzo szybko zreformowałem samego siebie w ten właśnie sposób, wchodząc do nowego systemu pracy i oceny jej wartości. Tak samo zreformowali się i ciągle się reformują wszyscy dynamiczni współcześni polscy emigranci, wchodząc z dnia na dzień w nową rzeczywistość. Większość daje sobie radę, dlatego wierzę z całym spokojem, że większość tych młodych polskich doktorów zechce nabrać dynamizmu, poczuje chęć walki i uporania się z tym wyzwaniem. Może pewnej części by się nie powiodło i ta by odpadła, ale taki proces byłby bliższy temu, co w świecie dzieje się w nauce i w biznesie za sprawą konkurencji, no i co w przyrodzie dzieje się za sprawą naturalnej selekcji.

A co z obecną, wysłużoną kadrą profesorską? Jak wskazałem wcześniej, zasoby tej kadry są marginalne w stosunku do prawdziwych potrzeb rozwojowych, więc ci ludzie raczej wpłyną na przyszłość, która w większości ich już nie będzie dotyczyć. Zgodnie z zasadą – cesarzowi, co cesarskie – tej starej lidze oddałbym należny szacunek, a wielu z nich zaoferował poważne stanowiska doradcze. Szczególnie należałoby hołubić tych wszystkich, którzy mimo niekorzystnych dotychczas warunków wypracowali jakiś konkretny dorobek międzynarodowy. Jeśli ten dorobek jest opisany wskaźnikiem Hirscha na 5, 10 czy więcej, to póki tylko mogą, prosiłbym ich o pozostanie na pozycjach liderów (dziekanów, rektorów, członków rad nadzorczych i ciał doradczych). Ich głos i doświadczenie niewątpliwie miałyby kapitalne znaczenie jako pomoc dla młodej kadry, wspinającej się w przyspieszonym tempie ku międzynarodowemu poziomowi. W takim modelu za dziesięć do piętnastu lat mielibyśmy szansę doszlusowania do średniego poziomu światowego, mierzalnego przy pomocy ogólnie przyjętych wskaźników, nawet uwzględniając niezwykłą ostatnio dynamikę rozwoju badań w krajach BRIC. Oczywiście nie dałoby to żadnej gwarancji na uzyskanie polskiego Nobla naukowego, ale w dalszej przyszłości byłoby znacznie bliżej do szans, jakie dzisiaj mają inni. W takim modelu i tak najwięcej na tym skorzystałaby nasza gospodarka, a podatnikom chyba głównie o to chodzi.

Reforma – jak siły natury

Gdyby w tym kraju ktoś na początku lat dziewięćdziesiątych przeprowadził taką zdecydowaną reformę w nauce, jak prof. Balcerowicz zrobił to w gospodarce, to polska nauka i szkolnictwo wyższe byłyby dzisiaj zupełnie na innym poziomie. Przez niechęć rozleniwionego środowiska i nieudolność polityków straciliśmy ponad dwadzieścia lat rozwoju w sferze badań naukowych i transferu wiedzy do gospodarki. Straciliśmy bezpowrotnie i to dzisiaj widać gołym okiem, więc może już dalej nie zwlekajmy z pogłębianiem zmian, tylko rozwijajmy to co zostało wreszcie rozpoczęte.

Wierzę głęboko, że rola reformy w rozwoju organizacyjnym społeczeństwa winna być taka jak rola sił przyrody w ewolucji. Każda reforma winna być tak skonstruowana, by wymusić konkurencję, a przez to postęp, winna stworzyć szanse rozwoju najlepszym, tak, by najmocniejsi nie tylko przeżyli, ale i poszli jak najdalej. Oni wytyczają granice nowych możliwości, oni wyznaczają standardy nowych jakości i to na długo. Tak przez dwieście lat działała reforma Wernera von Humboldta. Reforma powinna sprowokować wysiłek, najlepiej duży wysiłek. Jeśli nie ma wysiłku, to nie ma i postępu. Jeżeli można osiągnąć mierny cel, pół-drzemiąc w wygodnym zanurzeniu w fotelu, to po czasie nie chce się nawet kiwnąć palcem i to się nazywa stagnacja…

-.-

To już jest ostatni rozdział w tym cyklu moich dywagacji na temat szans na polskie Noble. Dałem się w nie wciągnąć przez wiecznie prowokującego prof. Michała Leszczyńskiego i wypada Mu tylko podziękować za tę inspirację.

Krzysztof Konsztowicz

 


[1] Over history, the most popular and regular policy formulas were magic ratios like the GERD/GDP ratio of 3% suggested as early as the 1960s, and a basic/applied research ratio of 10-20% basic research, first suggested by the French statistician Condorcet (B. Godin, “The making of science, technology and innovation policy”, 2009)

 

Print Friendly, PDF & Email

9 komentarzy

  1. hazelhard 2011-12-12
  2. Incitatus 2011-12-12
    • K.J. Konsztowicz 2011-12-12
    • Federpusz 2011-12-13
      • K.J. Konsztowicz 2011-12-14
        • Federpusz 2011-12-14
  3. hazelhard 2011-12-12
  4. angor 2011-12-13
  5. K.J. Konsztowicz 2011-12-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com