Andrzej Bratkowski: Czy rak jest rybą także w rozumieniu bezpieczeństwa budowli

O reglamentacji zawodów

Z satysfakcją przyjąłem sygnał w exposé premiera Donalda Tuska, że zamierza podjąć deregulację w zawodach administracyjnie dziś reglamentowanych. Problem ciąży nam od dawna. Dotychczasowe okrzyki małych i zawistnych PIS-prawników nic w tej mierze nie wnosiły, mąciły tylko ludziom w głowach, sugerując, jakoby istota rzeczy tkwiła w środowiskowym konflikcie na tle cechowego ograniczania konkurencji w świadczeniu usług prawniczych. Wywiad, którego udzielił Janinie Paradowskiej (Polityka, nr 51/2011) Jarosław Gowin, świeżo upieczony Minister Sprawiedliwości, świadczy, że z dostępem do zawodów prawniczych nie ma już kłopotów. Dziś nadszedł czas deregulacji powszechnej w pełnym tego słowa znaczeniu.

Mało kto się orientuje, że sam wykaz zawodów regulowanych (publikowany przez MinSzWiN) obejmuje aż 308 pozycji w systemie ogólnym. Jeśli do tego dołożymy jeszcze zawody medyczne oraz inne odrębnie określone zawody, okaże się, że co najmniej czterysta zawodów można wykonywać tylko spełniwszy ekstra-rygory, wymagane przepisami administracyjnymi. Z takimi dziwolągami, jak państwowa reglamentacja zawodu animatora kultury czy kucharza okrętowego lub kilkunastu stanowisk pracy w polskiej żegludze śródlądowej.

Ciekawi mnie jednak, jak cały ten problem zostanie teraz załatwiony, bo przecież z pewnością wiele będzie protestów, i słusznych, i niesłusznych. Obawiam się, że pełni dobrych chęci prawodawcy pójdą na skróty, tnąc równo, nie całkiem świadomi, co różni poszczególne zawody. A już znalazłem w doniesieniu prasowym, że jednym tchem wymienia się obok siebie architektów, inżynierów budowlanych i urbanistów. Mają to być zawody, które praktycznie wykonywać by można tylko po zdaniu egzaminu państwowego po ukończeniu studiów.

Nie będę tu przypominał, na czym polega każdy z tych zawodów i czym się one różnią. Wiadomo, że urbanistyka jest zajęciem wielozawodowym, wymaga merytorycznego wkładu prawników i ekonomistów, socjologów i przyrodników, nie mówiąc już o całej gamie zawodów inżynierskich z architektami na czele. To coś, nazwane zawodem urbanisty, ustanowiono dopiero przed dziesięciu laty ustawą o samorządach zawodowych architektów, inżynierów budownictwa i urbanistów – jakby urbanistę można było uznać ustawą.

Zawodu architekta komentować nie trzeba. Dość precyzyjnie określa go unijna dyrektywa. Niemniej architekci stoją obecnie przed trudnym wyzwaniem. Muszą naprawdę do tej dyrektywy się dostosować, nie zaniedbawszy przy tym artystycznych tradycji w kształceniu polskiej młodzieży architektonicznej, a równocześnie zachować jednolitość wobec wymagań stawianych architektom w innych krajach unijnych, gdzie oczywista jest również inżynierska odpowiedzialność architekta za dzieło budowlane. W każdym przypadku to na osobie inżyniera budowlanego (nb. prawodawstwo niemieckie zwie go w uproszczeniu „statykiem”) ciąży inżynierska odpowiedzialność za stateczność i wytrzymałość konstrukcji budowlanej, za bezpieczeństwo całej budowli, za tkwiący w tymże bezpieczeństwie interes publiczny. Inżynierów budowlanych obdarza zaufaniem publicznym ich poczucie odpowiedzialności zawodowej  – jedyna gwarancja uniknięcia ludzkich nieszczęść i zagrożeń, indywidualnych i zbiorowych. I dotyczy to tyleż budynków różnego rodzaju, co wszystkich obiektów inżynierskich budownictwa lądowego i wodnego.

Odpowiedzialnego profesjonalnie projektowania w tym względzie nie można się, niestety, nauczyć na samej uczelni. By wyzwolić się na zawodową samodzielność trzeba z konieczności najpierw pewien czas po studiach praktykować pod okiem mistrza. Oczywiście, mówię tu jedynie o prawdziwych inżynierach budowlanych. Dziś ustawowo – na zasadzie „w rozumieniu ustawy rak jest rybą” – nazywa się formalnie inżynierem budownictwa także kogoś, kto wykonuje samodzielnie wysoko kwalifikowany zawód elektryka i elektronika, ciepłownika lub gazownika, bądź jeszcze któryś z innych zawodów nie związanych bezpośrednio z inżynierią budowlaną, ale taki, który omnipotentne prawo budowlane, pochodzące z minionego reżimu, wymienia i w konsekwencji reglamentuje. Przebogate są te historyczne naleciałości. Wypadałoby oczyścić z nich obecne ustawy, te od reglamentowania zawodów w budownictwie (prawo budowlane i ustawę o samorządach zawodowych). A przy okazji zharmonizować ich postanowienia z przepisami prawa energetycznego.

Przy pełnej znajomości rzeczy, więc bez szkody dla sprawy, podjąć warto wreszcie, czego dawno oczekiwano – korektę obowiązującej do dziś listy zawodów, które podlegają nieuzasadnionym ograniczeniom w dostępie do ich praktycznego wykonywania.

Byle nie zapomnieć w rozpędzie skreśleń o bezpieczeństwie budowli. O to pro publico bono wnosi niżej podpisany obywatel, skądinąd z kilkudziesięcioletnią praktyką w wykonawstwie, projektowaniu, nauce i administracji budowlanej, a przed blisko dwudziestu laty także i minister budownictwa.

Andrzej Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

8 komentarzy

  1. Krzysztof Łoziński 2011-12-21
    • Adam 2011-12-21
  2. Adam 2011-12-21
  3. Krzysztof Łoziński 2011-12-21
  4. Maciej Zimowski 2011-12-21
  5. Krzysztof Łoziński 2011-12-21
    • Maciej Zimowski 2011-12-23
  6. Krzysztof Łoziński 2011-12-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com