Jerzy Łukaszewski: Cztery Szariki i senat

fil12013-07-11.

Znajomy jezuita mający grono świeckich przyjaciół dostał kiedyś na imieniny butelkę markowego koniaku. Ponieważ za nim nie przepadał, a i zdrówko już nie to, wręczył ów koniak innemu solenizantowi przy nadarzającej się okazji. Wesoły księżulo dyskretnie oznakował butelkę przed przekazaniem, słusznie mniemając, że w ograniczonym zbiorze wspólnych znajomych może jeszcze kiedyś mieć z nią do czynienia. Okazja trafiła się już po dwóch latach i konsekwentnie posłana została dalej w świat.

Wszyscy czasem dostajemy prezenty, z którymi nie bardzo wiadomo, co zrobić.

Nawet, jeśli z początku nas cieszą.

Kiedy po PRL-owskim okresie błędów i wybaczeń „złodzieje korony polskiej” (ulubiona inwektywa mojej mamuni) zwrócili ową koronę, bez której prawdziwy Polak czuł się niepełny, a orłu nieraz wichrzyła się fryzura, oddali przy okazji inne niezbędne do życia narodu urządzenia.

Warto przy okazji wspomnieć, bo nawet Wikipedia ten fakt pomija, że wnioskodawcą zwrócenia orłu korony był nie kto inny, jak pancerny autor „Czterech Szarików”, Janusz Przymanowski.

Wolna Rzeczpospolita na fali patriotycznego uniesienia chciała za wszelką cenę nawiązywać do II RP, przywrócono więc funkcjonowanie senatu.

Funkcjonowanie, to może za dużo powiedziane, bo od samego początku nie bardzo było wiadomo, co z tym prezentem zrobić. Wymyślano mu różne zadania, często trochę na siłę, by jakoś uzasadnić jego istnienie, nadawano różne określenia, z których najbardziej ucieszyło mnie nazwanie senatu „izbą refleksji”, ponieważ w rodzinnym domu taką nazwę nadano jedynemu pomieszczeniu, w którym człowiek bywał naprawdę sam, odseparowany od tłumu i mógł oddawać się szalenie głębokim przemyśleniom nad problemami natury światowej. Oczywiście do czasu, gdy inny domownik nie zgłosił potrzeby podobnego odosobnienia.

Niestety ze sprezentowanym narodowi senatem nie da się postąpić, jak z butelką koniaku, bo niby komu toto podrzucić, a poza tym stoi na widoku, więc ofiarodawcy podnieśliby krzyk i mielibyśmy kolejną niepotrzebną awanturę o nic.

Od czasu do czasu pojawiają się wprawdzie obietnice zlikwidowania izby wyższej parlamentu (konia z rzędem temu, kto wyjaśni, dlaczego „wyższej”), ale na podobnej zasadzie można obiecywać przed wyborami koronację Koziołka Matołka Zawsze Dziewicy.

Bez zmiany Konstytucji nie da się tego zrobić, a Konstytucja nie będzie zmieniona w dającym się przewidzieć terminie z powodów matematycznych.

I z tego właśnie względu można swobodnie wieść dysputy o ewentualnym umiejscowieniu i kształcie senatu, który miałby jakikolwiek sens, i z którego istnienia płynęłyby jakieś korzyści dla Ojczyzny, bo póki co grozi Jej uszkodzenie słuchu od bezproduktywnego bicia piany. Nie obawiając się, że któryś z naszych pomysłów zostanie zrealizowany i potomność będzie nas klęła za czyn ten niegodny, możemy dać upust fantazji.

Dlatego bez najmniejszego wahania podaję swoją recepturę na Drugą Izbę Parlamentu, na tyle głęboko zanurzoną w historii, że w razie czego zawsze będę miał alibi i każdy adwokat mnie wybroni.

Nie będę tu przytaczał historii polskiego senatu z okresu I Rzeczpospolitej, choć nie ukrywam, że właśnie jego kształt był inspiracją mojego pomysłu.

Pomijając szczegóły, różne przecież w różnych okresach, w senacie zasiadali „z automatu” ludzie reprezentujący (przynajmniej w części) obywateli z różnych regionów kraju. Nie było czegoś takiego, jak wybory do senatu.

Czy podobny model można by powtórzyć?

Moim zdaniem tak. Wszystko zależy od tego, czego oczekujemy od tego tworu.

Dziś do głównych zadań senatu należy opiniowanie i zgłaszanie poprawek do uchwalonych przez sejm aktów prawnych. Teoretycznie ma to ten plus, że jeśli zdarzą się sejmowi błędy, lub wpadki, to można je w senacie poprawić. Z tym, że nie rozumiem dlaczego sejmowi mają się zdarzać błędy lub wpadki, które w praktyce poprawiane są jedynie wtedy, gdy zależy na tym partii mającej w senacie większość. Może się zdarzyć, iż ze względów proceduralnych jakiś błąd naprawiony nie zostanie i przez to nasza kolekcja idiotycznego prawa powiększy się o kolejne curiosum. Senat w obecnym kształcie nie jest niczym innym, niż dalszym ciągiem partyjnych gierek ubarwiających życie parlamentarne

Czy istnieje możliwość takiego ustawienia pracy senatu, by nie przepuścił on żadnej fuszerki?

Moim zdaniem jest. Warunek – muszą w nim zasiadać inni ludzie, niż ci których przywiodła tam partyjna emerytura tworząca sobie z „izby wyższej” swoiste senatorium.

Wg mnie powinni zasiadać w nim ludzie, którzy nie tylko reprezentują wyborców, ale mają pojęcie o tym, co przedstawiona im uchwała czy ustawa tak naprawdę znaczy. Jakie skutki przyniesie, z jakimi konsekwencjami dla obywateli należy się liczyć w związku z jej uchwaleniem.

A takich ludzi mamy w samorządach.

To one są na ogół wykonawcami uchwalonego prawa, one widzą najszybciej skutki, które przyniosło, ich doświadczenia w tym względzie nie da się zastąpić nawet najmądrzejszymi teoretykami, gdyby przez jakąś nieuwagę bossów ci najmądrzejsi trafili na partyjne listy.

Zachowując nawet liczbę 100 senatorów, można by zlikwidować wybory, a zamiast nich stosować „klucz senatorski” na terenie całego kraju.

Np.:

  • prezydenci 4 największych miast z każdego województwa – 64 osoby.
  • marszałkowie sejmików wojewódzkich – 16 osób
  • wójtowie największych gmin w kraju – 20 osób

__________________________________________________________

 razem – 100 osób

Oczywiście, rzecz jest do dopracowania, a przedstawiony tu klucz zawsze można poprawić. Chodzi tylko o zasadę, że senatorami z automatu zostają ludzie wybrani w wyborach bezpośrednich przez obywateli w swoich regionach i reprezentujący ich prawdziwy, bo znany im z bliska interes.

Gdyby do tego dodać absolutny zakaz wystawiania w wyborach samorządowych kandydatów reprezentujących partie polityczne, mielibyśmy model z jednej strony bardzo wzmacniający rolę samorządów, poczucie faktycznego wpływu obywatela na kształt stanowionego prawa, a z drugiej zmuszający partie polityczne do porzucenia dużej części populistycznych i niewykonalnych deklaracji. Wiedząc, że sprawa i tak trafi w ręce ludzi, którzy raczej nie zechcą wesprzeć bicza na samych siebie, nikt nie będzie tracił czasu na wymyślanie bzdur. Sejm także będzie musiał bardziej starać się, by nie wypuszczać prawnych gniotów w nadziei, że „to się w senacie poprawi”.

Jeśli zaś ktoś się martwi, co w tych warunkach miałyby do powiedzenia partie polityczne, to mu odpowiem, że znam lepsze tematy do zamartwiania się. Np. spadek populacji tygrysów syberyjskich.

O szczegółach można by długo, ale chciałem tu tylko przedstawić najogólniejszy zarys. Wiem, że będą argumenty typu „a dlaczego tak mało w tym wsi” itd. choć akurat te są najłatwiejsze do odparcia. Zarys klucza został tak pomyślany, by senatorowie reprezentowali jak największą liczbę obywateli, a więc prezydenci dużych miast narzucają się tu sami, a z drugiej strony wiem z doświadczenia, że niejedno miasto tak czy owak współpracuje w wielu sprawach z gminami wiejskimi, a więc potrafi także ich interes wyartykułować.

No i mamy w kluczu marszałków wojewódzkich, a ci z zasady reprezentują także i wieś.

Czy wskazani tu urzędnicy samorządowi znajdą czas na zasiadanie w senacie? Bez obawy, znajdą. Senat niekoniecznie musi obradować non stop, wystarczy, że zbierać się będzie w regularnych odstępach czasu, a ustawy uchwalone przez sejm jego członkowie mogą przecież dostawać drogą elektroniczną. To nawet niezłe rozwiązanie, bo na zjazd przybędą już z przemyśleniami (i przeliczeniami) własnymi tudzież swoich współpracowników z miejsca zamieszkania, co będzie gwarantowało podstawowy cel istnienia senatu, o którym piszę.

Niestety, to tylko niespełniona tęsknota. Konstytucja zmieniona nie będzie nawet, gdyby większość partii za tym się opowiedziała. Z dotychczasowych prób dyskusji o ew. zmianach wynika, że każda partia będzie chciała przy okazji ugrać coś dla siebie, bo przecież to jest najważniejsze, a nie jakiś tam głupi interes Polski. Polskie bezklasie polityczne (bo przecież to nie żadna klasa) nie potrafi rozumować inaczej, niż „a co ja z tego będę miał” i poprze projekt zmian zaproponowany przez innego pod warunkiem, że tamten poprze jakiś jego pomysł itd. Szans na samodzielną większość pozwalającą na zmianę Konstytucji nie ma i w najbliższym czasie nie będzie.

Co nie znaczy, że nie powinniśmy o tym myśleć.

Nie twierdzę, ze mój projekt jest najmądrzejszy, że jest bez wad itd. Bardziej, niż jego ostateczny kształt interesuje mnie sama idea zbudowania ciała w systemie prawodawczym, które będzie pilnowało tam „u góry” moich małych i codziennych spraw.

Obecny kształt ustrojowy państwa mi tego nie gwarantuje.

Jerzy Łukaszewski

Weź udział w naszej ankiecie

Print Friendly, PDF & Email

11 komentarzy

  1. Stanisław Stupkiewicz sr 2013-07-11
  2. Cezary Bryka 2013-07-11
  3. PIRS 2013-07-11
    • Jacek Arkuszewski 2013-07-12
  4. Jerzy Łukaszewski 2013-07-11
  5. wejszyc 2013-07-11
  6. Jerzy Łukaszewski 2013-07-11
  7. andrzej Pokonos 2013-07-12
  8. Jerzy Łukaszewski 2013-07-12
  9. Woziwoda 2013-07-13
  10. Jerzy Łukaszewski 2013-07-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com