Jerzy Szperkowicz: Poldek – starszy z nas

Leopold Unger (1922-2011) miał kiedyś ochotę zostać zastępcą redaktora naczelnego „Życia Warszawy”. Było bardzo blisko spełnienia. Władczemu sekretarzowi redakcji pozostawało wspiąć się jeszcze o szczebel. Właśnie wysyłano go na korespondenta w Paryżu. A potem…Na szczęście wdał się w to „wicher historii” jak napisze w autobiografii. Wicher, który zabrał wszystko ostatniemu z rodu, w jego wypadku wszystko oprócz życia.

Na szczęście w tym sensie, że  pozostając przy Marszałkowskiej 3/5 (ówczesna siedziba dziennika)  nie zdołałby dokonać tego wszystkiego, czego dokonał.

Okrutna to cena – wygnanie – za międzynarodową karierę dziennikarską.

Zaczynał w Rumunii od polonijnego biuletynu i nadsyłania wiadomości dla Polskiej Agencji Prasowej. Do Rumunii uciekł z żydowskiego lwowskiego przysiółka przed nadciągającą hitlerią. Uciekł ze starszym bratem Leonem, który przejął od rodziców wychowanie Poldka. Ten zawsze będzie nosił w portfelu instrukcję życia, list zostawiony przez brata, który z Bukaresztu wracał do sowieckiego Lwowa do żony, rodziców i komunizujących kolegów. Zamiast tego trafi do gułagu, stamtąd do armii Andersa, zginie pod Bolonią w styczniu 1945 roku.

Zaś Poldek zamieszka na pewien czas w willi internowanego w Bukareszcie Józefa Becka, polskiego ministra spraw zagranicznych.

Po wojnie Unger wrócił do Polski, do Polski bez adresu. Lwów znalazł się w Sowietach, rodzinę wymordowali Niemcy. Wysiadł na Dworcu Głównym w nieznanej sobie Warszawie.

Dzięki poznanym w Bukareszcie dziennikarzom Augustowi Grodzickiemu i Blance Monasterskiej zaczepił się w „Życiu Warszawy” jako redaktor depeszowy. Praca polegała na nocnej obróbce materiałów agencyjnych. Skracanie, kondensacja tytułów, wytłuszczanie ważnych fragmentów. To będzie niezrównana szkoła zwartości tekstu i oszczędności słowa, podziwiana w publicystyce Leopolda Ungera.

Poldek podzielił swój życiorys dziennikarski na trzy okresy. Dwadzieścia lat za żelazną kurtyną, dwadzieścia lat przed i dziesięć lat bez kurtyny. Używał akurat określeń przed murem i za murem, co jednak kojarzy się bardziej z murami getta niż z murem berlińskim.

Okres za żelazną kurtyną, niech będzie przed murem, opisuje bez przybierania póz męczeńskich. Pewnej nocy partyjni posłańcy kazali czekać redakcji na nadejście arcyważnej wiadomości. Unger bał się, że wybucha wojna. Chodziło o nominację Konstantego Rokossowskiego na marszałka i ministra Obrony Narodowej. Szef redakcji nocnej, przedwojenny kapitan, niezapomniany Stanisław Maks, zamknięty zwykle i powściągliwy powiedział: „No i mamy sowieckiego marszałka Polski. I to z orderem nie na tej piersi co trzeba”. Unger nie przejął się Rokossowskim. Za drugim podejściem w 1955 roku przyjęto go do partii. „…nie widziałem powodu dla którego miałbym odmawiać” – napisze po latach. Legitymacja partyjna nie przeszkadzała mu w słuchaniu Wolnej Europy a znacznie później w czytaniu paryskiej „Kultury”. A chroniła pozycję zawodową i materialną, perspektywy awansu, prestiżowe mieszkanie, dorobek w postaci radia Grundig i pralki Frania.

Swoją autobiografię wydaną w 2001 roku zatytułował „Intruz”. Polemizowałem z Nim oko w oko z powodu takiego tytułu, wybranego  na wyrost. Dla spojrzenia na własne życie z perspektywy doznanej krzywdy. O intruzie mówią przecież nie tak nazwani, lecz niechętni ich obecności. Dlatego twierdzę, że Leopold Unger żadnym intruzem wśród nas nigdy nie był. On – intruzem! Był szefem w wielkiej środkowoeuropejskiej gazecie, starszym kolegą, mentorem, starannie ubranym, ustosunkowanym bon viveurem.

Jak grywał w brydża to w kręgu mistrzów Polski, jak grał w tenisa, to ze znanymi partnerami. Sylwestra spędzał w Filharmonii. Jeździł nad Morze Czarne do Bułgarii, miał ujmującą żonę (przeżyła Majdanek) i dwoje sympatycznych nastolatków.

To właśnie atak szkoły na dzieci przesądził o wyjeździe na stałe do krewnych żony z branży diamentowej w Belgii. Antysemicka histeria lat 1967-68 nakręcana przez grupę natolińską w PZPR (pod wodzą Moczara) doprowadziła do  wyrzucenia Ungera z dnia na dzień z pracy (z zakazem wstępu do redakcji). Znacznie wcześniej zdrowe siły w partii utrąciły jego wyjazd na korespondenta do Paryża. Teraz zesłany do biura wycinków „Dokumentacja Prasowa” Unger stoicko znajdował więcej czasu na brydża i tenisa. Kiedy w znanych warszawskich szkołach zaczęto traktować Marka i Monikę jako dzieci „wroga ludu” wybrał wygnanie.

To wszystko złożyło się później na wiedzę o realnym socjalizmie i społeczeństwach, którym narzucono ten system. W Warszawie znał kolegów dziennikarzy i korespondentów zagranicznych, dygnitarzy partyjnych i autorów listów do redakcji, wojskowych i urzędników, kelnerów i artystów. Słuchał telefonicznych pytań czytelników i relacji off the record własnych reporterów zwanych pompatycznie naszymi specjalnymi wysłannikami. Do tego doszło doświadczenie korespondenta na Kubie z okresu kryzysu rakietowego. Od wszystkich się uczył.

Do takiej wiedzy wystarczyło dodać zmysł syntezy i talent dziennikarski, czego  Ungerowi nie brakowało. Został uznanym komentatorem wydarzeń na wschodzie i ekspertem uważnie słuchanym przez dyplomatów. I gęsto cytowanym w opracowaniach niejawnych.

Pisał po francusku w belgijskim „Le Soir”, po angielsku w „International Herald Tribune”, po polsku w paryskiej „Kulturze” i „Gazecie Wyborczej”. Wydał drukiem „Z Brukseli”, „Orzeł i reszka”, „A jeśli rzeczywiście to byli Rosjanie?”, „Wypędzanie szatana” i wspomnianą autobiografię. On, który jako kierownik działu krajowego wysyłał w teren naszą brać reporterską, świetnie odnajdywał się i w naszym fachu. Jako jednego z niewielu dziennikarzy wymienia go z nazwiska Danuta Wałęsowa w „Marzeniach i tajemnicach”.

Pod redakcją Poldka napisałem mój pierwszy popaździernikowy reportaż „Wyroki losu w Lipnie nad Mienią”.  Podpisał się na akcie założycielskim naszej rodziny.

Jerzy Szperkowicz

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com