Piotr Topiński: Gospodarowanie ściekami. Jojcenie malkontenta

wies2013-07-14.

Stefana Bratkowskiego od lat uwiera niemożność stworzenia samorządowego TUW-u (Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych – red.) . Udał się TUW parafialny, udał się notariuszom. Też się w ten problem jakiś czas temu angażowałem, mógłbym o tym długo ale nie mogę powoływać się na przykłady w obawie o procesy o zniesławienie, więc może inny, znacznie kosztowniejszy problem wiejskich samorządów, na dodatek będący finansową pułapką, która nas będzie rujnować za kilkanaście, kilkadziesiąt lat… kanalizacja!

A zaczeło się tak.

Ponad 30 lat temu wpuściłem do Puszczy Kampinoskiej kilka bobrów, które wcześniej złapałem na Suwalszczyźnie a potem przez kilka lat się bawiłem ich obserwowaniem.  Opisałem to w książce „Kampinoskie bobry” (wyd „alfa” 1984). Bobry się osiedliły w dole ze świńskimi odchodami, spływającymi z fermy w Dąbrowie, gdzie wówczas świń było 300, i sobie ów śmierdzący dół oczyściły przez zagospodarowanie przestrzenne i biologiczne rowu doprowadzającego doń ścieki.

Na takie oczyszczenie ściekow by zniknęły ślady fosforu, bobry potrzebowały dwustu metrów wykopanego kanału. Na owych dwustu metrach postawiły kilka tam, a pływając w tych ściekach, wybierając gnijące błoto, mieszały je i natleniały. Resztę wykonały rośliny, które fosfór konsumowały, słońce, dzięki któremu rozwijały się rośliny, bakterie i pierwotniaki rozkładające ścieki.  Dziki z zapałem orały trzcinowisko zwiększając możliwości redukowania ścieków przez biomasą.

A świńskie odchody są najtrudniejsze do oczyszczania. W tamtym czasie w tym samym instytucie trwały badania, które doprowadziły do powstanie jednej z lepszych oczyszczalni przydomowych EKOPAN (od Instytutu Ekologii PAN). Ściekowe uroczysko, które codziennie obchodziłem też miało jakiś wpływ na powstanie tej konstrukcji.

Obecnie od kilkunastu lat, w słowacko-polskim zespole zajmuję się problematyką gospodarowania wodą w wiejskim krajobrazie: lasach, wsiach, drogach. Robię to już z pozycji emeryta, który już nie boi się nikomu narazić :).

Mieszkam w maleńkiej wsi na Żywiecczyźnie, a tu wszędzie jest pod górę i wszędzie pod górę są pompowane ścieki. Gdy Górale narzekają na koszty kanalizacji, zawsze im odpowiadam „- a kto wam będzie wasze g…  za darmo pod górę pompował”?

Nadal uważam, że male oczyszczalnie to rozwiązania dobre, głównie dlatego, że są właśnie przeciwwagą centralnych systemów kanalizacyjnych, które są drogie, niepraktyczne, przede wszytkim zaś sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, rujnujące bilans wodny objętego nimi obszaru. Centralne systemy kanalizacyjne na wsiach są systemami odwadniającymi całe obszary, rujnujące modną ostatnio bioróżnorodność, przyspieszające procesy  wysuszenia i stepowienia krajobrazu. (tutaj spodziewam się polemiki, bo drogi i lasy odprowadzają jeszcze więcej wody).

Duże systemy z rozległą siecią odprowadzania ścieków osuszają więc całą okolicę i finansowo rujnują gminne budżety. Koszt odprowadzania ścieków w dużych systemach w Polsce przekracza już niekiedy 20 zł/m3. Na obszarach byłej NRD, gdzie przed ogłoszeniem upadłości ustroju udało się skanalizować wszystkie wsie, średni koszt utylizacji m3 przekracza dzisiaj 8 euro – też do tego dojdziemy. Im bardziej pod górę, im system bardziej rozległy, tym gorzej i dla ekologii i dla finansów – i tym lepiej dla firm, żywiących się jego budowaniem.

Kanalizowanie góralskich wsi to horror, za ekspoloatacje którego będziemy płacić aż do rozpadnięcia się całej sieci, bo na remonty i tak nas stać nie będzie.

Najdroższe jest przesylanie ścieków i magazynowanie w jednym miejscu. Rekord to 180 przepompowni w jednej gminie, do każdej pompowni transformator, sieć energetyczna, budynek, konserwacja.  Więc po co je przesyłać, skoro na wsiach wolnych przestrzeni pod dostatkiem?

Na mojej Żywiecczyźnie projekt skanalizowania (czytaj osuszenia) Beskidu Żywieckiego i Małego już pochłonął miliard złotych, a jeszcze się dobrze nie rozpędził. Strach pomyśleć co będzie, jeśli pieniędzy starczy na ciąg dalszy. Zachodnioeuropejskie gminy uciekają od wielkich oczyszczalni również z powodu zagrożenia terroryzmem. Wszak rozwalenie słabo pilnowanej oczyszczalni w zapyziałym miasteczku z kilkudziesięcioma tys m3 ścieków jest relatywnie łatwe, a może spowodować katastrofę na kilkusetkilometrowym przebiegu każdej rzeki.

Więc z drugiej strony są oczyszczalnie przydomowe i założenie, że każdy sobie oczyści ścieki we własnym gospodarstwie i systemy duże nie będą potrzebne albo zostaną zastosowane tam, gdzie trudno wejść z kanalizacją zbiorczą. To lepsze od wielkiej kanalizacji, również dlatego, że zmienia się obyczaj urbanistyczny wsi – wieloosobowe, wielopokoleniowe gospodarstwa już niemal nie istnieją, gospodarstwa istniejące hodowlą się nie zajmują i liczą sobie 3, 5 osobową rodzinę.

Tak niewielkie gospodarstwa produkujące kilkaset litrów ścieków dziennie – po przepuszczeniu ich przez jakikolwiek system przydomowy do gleby czy nawet wpuszczeniu bezpośrenio w kępy pokrzyw nie czynią wielkiej szkody środowisku, byle ścieki te nie były wpuszczane do strumyków, potoków, rzek czy jezior. Tak więc jedną z zalet nawet marnych oczyszczalni jest rozproszenie żródeł zanieczyszczenia z czym przyroda sobie daje radę relatywnie dobrze.

Niestety wiele jest punktów, w których wypuszczane ścieki nie są dostatecznie dobrze czyszczone, a dotyczą większych ilości, z którymi przyroda już sobie nie radzi: szkół, warsztatów rzemieślniczych a nawet sanatoriów. Katastrofą są studnie „przerabiane” na szamba po zwodociągowaniu wsi, także szamba bez dna, bo wprowadzają ścieki w głębsze warstwy glebu.

– Ma Pan szczelne szambo? – pytam znajomego górala.

–  Jo ino dna w szambie nie mom – odpowiada.

Oczyszczalnie nawet te najgorsze oczyszczalnie, rozprowadzają ścieki pod samą powierzchnią gleby i biologia gleby, roślin, mikroorganizmów „na ogół” dają sobie z tym radę.

Zaletą tych niewielkich instalacji jest przede wszystkim ich znaczenie w utrzymaniu bilansu wodnego okolicy. Woda pobierana na miejscu, na miejscu pozostaje, odparowuje ze ścieków – nie znika z krajobrazu. To ważniejsze niż nam się wydaje, w letnie upały zachowuje wyższy poziom wilgoci a wyższy poziom wilgoci w letnie upały to niższy poziom alergii, zielone liście i trawniki. Roślinna oczyszczalnia przy domu pełni funkcje klimatyzatora. Pisałem o tym w marcu 2012 w studioopinii.pl.

Fatalnie na gospodarowaniu ściekami odbija się ustawa o przetargach publicznych, bo wybierane rozwiązania tanie akurat w tej dziedzinie są jednocześnie najgorsze. Na dodatek rozwiązania droższe (i lepsze) w inwestycjach z reguły są później znacznie tańsze w eksploatacji, więc w perspektywie kilkuletniej i tak są tanie. Ale z tego akurat nic nie wynika. Przy małych instalacjach cena oczyszczalni roślinnych jest co prawda wyższa niż tych sprzedawanego w supermarketach ale też pozornie, bo tam do ceny oczyszczalni dochodzą jeszcze koszty instalacji, układania warstw rozsączających, wymiany gleby – ale w instalacjach od 5 m3   w górę cena jest już niższa i bywa, że o połowę.

Koszty eksploatacyjne to cały rząd wielkości. Dla ostrożności podaję: poniżej złotówki za oczyszczenie 1 m3, ale liczyłem kilka lat temu we Wróblewie i wyszło 38 groszy. Czerpiąc z doświadczeń moich bobrów – czyszczenie jest skuteczne, jeśli: a/woda jest w ruchu, b/jest system ciągłego napowietrzania, c/bogata, szybko rozwijająca się roślinność absorbująca fosfor, d/dostęp światła. Jedną oczyszczalnię wykonałem przez telefon, tzn moi przyjaciele telefonowali z daleka , ja im udzielałem porad, według których zrobili oczyszczalnię. Jak ich w końcu spotkałem, pokazali zdjęcia – okazało się, że zrobili coś kompletnie innego… i działa, tzn nie śmierdzi, mimo że obsługuje pensjonat na ok 3 m3/dobę 🙂

Niestety założenie, że każdy sobie oczyści ścieki we własnym gospodarstwie sprawdza się rzadko, bowiem odbiorcy tych urządzeń dzielą się na dwie kategorie: majsterklepków –   złote rączki, którzy grzebią w oczyszczalniach i je „ulepszają” co zazwyczaj polega na wyłączaniu napowietrzania takiej oczyszczalni zimą, gdy przykryta śniegiem znika z pola widzenia. A właśnie zimą ścieki wymagają obfitszego napowietrzania, niezbędnego do zredukowania ładunku zanieczyszczenia.

Druga grupa odbiorców, która nie chce się interesować urządzeniem, chce, żeby oczyszczalnia działała – a ona działa przez rok, półtora a potem wymaga oczyszczenia pompki napowietrzającej, przeglądu drożności kilku metrów rurek. Jak pompka przestaje pompować, bo zarośnie glonami i zapcha się jakimś świńswem, którego w ściekach nie brakuje, wszystko zaczyna śmierdzieć, a atechniczny użytkownik pompki i tak nie przeczyści tylko przechodzi do kosztownego ale mało kłopotliwego obozu „zwolenników centralnej kanalizacji”. Kilka fajnych instalacji wcisnąłem swego czasu moim kolegom i póki mieszkałem w Warszawie i jeszcze gdy co jakiś czas im wyczyściłem pompkę, to to działało, teraz nie działa żadna, bo podprowadzono system kanalizacyjny i się podłączyli. Płacą dużo, ale im to nie przeszkadza, bo nie są biedni a mają spokój 🙂

Tak więc, czy tak, czy siak… kanalizacja zbiorcza, która na wsi jest antyekologiczna, zbiera klientów i w coraz większym stopniu osusza okolicę.

Nie udał mi się projekt upowszechnienia oczyszczalni-samoróbek, przeznaczonych dla biednych górali, wykonywanych przez nich systemem gospodarczym. Nie udało się przede wszystkim dlatego, że poziom ulepszeń wprowadzanych przez gospodarzy przekroczył wytrzymałość systemu, zaś bieda jest pojęciem względnym. Ale także dlatego, że proponowana technologia czyszczenia, by mogła działać, wymaga szczelnego zbiornika a dostępne, betonowe kręgi studzienne nigdy szczelne nie są. Są produkowane tak, by woda do studni mogła się tam dostać!

Źle zbudowana albo źle eksploatowana oczyszczalnia (każdej wielkości) śmierdzi, a własny nos jest najlepszym urządzeniem monitorującym. Jak śmierdzi, trzeba coś poprawić (przeważnie napowietrzanie), jak nie śmierdzi – znaczy że technologia jest dobra.  Wskaźnik prosty, a narzędzia monitorujące każdy nosi przy sobie.

Tutaj jednak nie tylko napowietrzanie było przyczyną, ale np oczyszczalnia powinna mieć minimum 160 cm głębokości – a ma 120, bo zaoszczędzili na kręgach. Jeden z moich „klientów” tak się rozentazjuzmował tym, że to tak dobrze działa (miałem przez kilka miesięcy poczucie sukcesu), że podlączył sąsiadów i oczyszczalnia przeznaczona na 5 osób zatrzymuje ścieki od 15 osób i śmiedzi jak nieszczęście. Głupoty moich „partnerów” mogę mnożyć i z tego powodu co mogłem na ten temat, to z sieci usunęłem.

Jest w Polsce kilka gmin, które znalazły jeszcze inne wyjście: upowszechnienie w  gminie rozproszonego systemu kanalizacji, nadzorowanego przez służby komunalne. Przeszkolony pracownik zwiedza kilka razy do roku wszystkie oczyszczalnie, sprawdzając ich możliwości eksploatacyjne. Premią za dobre rozwiązanie jest uwolnienie się budżetu gminnego od nadmiernych kosztów kanalizacji, także ryzyka awarii. Gminy mają więcej pieniędzy, które mogą przeznaczyć na inne cele! Badania gminnych budżetów prowadzone w warszawskim SGH zdecydowanie wskazują na wyższość systemów rozproszonych nad centralnymi.

Udał mi się przed kilkunastu laty  projekt zaopatrzenia szkoły we Wróblewie (powiat Mława) w oczyszczalnię roślinną, opracowaną w już nieistniejącym Instytucie Ekologii PAN. Udał się, bo dzisiaj, po kilkunastu latach oczyszczalnia o przepływie 5 m3/dobę działa znakomicie i może być finansowym i nie tylko finansowym wzorem dla wiejskich samorządów. Nic nie kosztuje system przesyłania ścieków, bo go tam nie ma. Otwarte lustro ścieków pełne bakterii, ale też pierwotniaków skuteczniejszych w rozkladaniu niektórych elementów, jest eksploatacyjnie najtańszym systemem w Polsce, powtórzonym potem także w wielu innych miejscowościach. Rośliny są krajowe i na dodatek służą szkole do celów edukacyjnych.

Rozwiązanie jest tanie, bo oczyszczenie m3 ścieków kosztuje tam poniżej złotówki. Korzyść społeczna niestety niewielka, bo do kolejnych szkół gmina zamówiła oczyszczalnie droższe i gorsze. Na szczęście pozostał obiekt referencyjny, do którego, już w celach edukacyjnych, od czasu do czasu kogoś zawożę. Ostatnio byłem tam rok temu. Dzisiaj uważam, że głównym odbiorcą takich urządzeń powinny być właśnie wiejskie szkoły.

Bo wiejskie szkoły w całej Polsce to nieszczęście dla otaczającej je przyrody, bo uzależnione od zawartości gminnych, zazwyczaj pustych budżetów, przepełnione szamba wylewają się do szkolnych piwnic, w piecach na przednówku pali się wszystkim i wszystkich się truje, na dodatek gminne systemy kontrolne własnych obiektów kontrolować nie lubią, a konsekwencji wyciągać nie mogą. Więc może nie gospodarstwa domowe, tylko urzędy gminne, szkoły, ośrodki sportowe byłyby nawłaściwszym adresatem starań producentów niewielkich instalacji czyszczących ścieki.

Pomysł oczyszczalni zgoła nieprzydomowych i zdecydowanie niecentralnych,  pracujących w rozproszeniu, nadzorowanych przez gminne służby, to system zgodny z przyrodą, zgodny z wymaganiami klimatycznymi, a przede wszystkim tani. Również odporny na korupcję –  i to być może jest przyczyną słabego upowszechnienia. Cytat Stefana Bratkowskiego „Dlaczego samorządy nie mają swoich ubezpieczeń wzajemnych, a przekazują rocznie miliardy komercyjnym spółkom ubezpieczeniowym? Ba, po co zachowywać pieniądze dla samorządów, skoro można brać prowizje od tych spółek?” odnosi się w takim samym stopniu do inwestycji kanalizacyjnych. Różnica jest jeszcze taka, że systemy kanalizacyjne, rujnujące wiejskie obszary i przyczyniające się do zwiększenia zagrożeń klimatycznych, są finansowane z pieniędzy publicznych przeznaczanych na ochronę środowiska – i proporcjonalnie nijak się nie mają do prowizji, o którą chodzi Stefanowi Bratkowskiemu.

Stefan Bratkowski o ubezpieczeniach, ja o kanalizacji, są jeszcze drogi, szkoły, służba zdrowia, nieskończoność gminnych problemów i ogólne przekonanie, że coś nam z tej rewolucji nie wyszło. Był kiedyś, jeszcze przy Unii Demokratycznej, „Klub Lokalnego Sukcesu” w którym uczestniczyli fantastyczni wójtowie z pierwszych demokratycznych wyborów. Potrzebny publicysta i obszerny wywiad z uczestnikami tamtych zmian, którzy dzisiaj by odpowiedzieli na pytanie: dlaczego dzisiaj za żadne skraby nie chcesz już być wójtem?

Kilkoma adresami byłych wójtów z tamtych lat chętnie się podzielę.

Piotr Topiński

Weź udział w naszej ankiecie

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. obserwator 2013-07-14
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-07-15
  3. Piotr Topiński 2013-07-15
  4. andrzej Pokonos 2013-07-15
  5. Piotr Topiński 2013-07-16
  6. andrzej Pokonos 2013-07-17
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com