Jan Cipiur: Nie dla psa kiełbasa, nie dla każdego wybory

churchill2013-07-14.

W słońcu wiosennego przedpołudnia, mając koło siebie przysypiających kolegów usadowionych wokół wyoblonego stołu, który – poszukawszy inspiracji w prostokącie – więcej wzdłuż niż wszerz ma cali, powiedziałem „basta”. Łypnął jeden z drugim okiem, ale bez ożywienia. Czcigodne filary Studia Opinii nie oczekiwały z mojej strony niczego zajmującego. Nie było innej rady, trzeba było dobudzać intensywniej.

-Należy, panie i panowie, wymazać z przekazu, jako nadzwyczajnie szkodliwe, wszelkie przywołania i miazmaty ciągnące się za churchillowską krotochwilą o demokracji – dodałem więc po chwili.

Różnie piszą i mówią o tym co powiedział, ale najbliższy oryginałowi wydaje się ten oto (chyba) cytat z Winstona Churchilla:

– Stwierdzono, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu.

W domniemanym oryginale idzie to w te słowa: -It has been said that democracy is the worst form of government except all others that have been tried.

Udatnie słówka ułożone, lecz treść bałamutna. Demokracja jest nieporównanie znośniejsza i w naszym systemie wartości słuszniejsza od autorytaryzmów, dyktatur i tyranii, lecz nie kto inny niż ten sam Churchill zauważył również, że najlepszym argumentem przeciw demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą.

Uwagi te poczyniłem wiosną. Koledzy dość chętnie zgodzili się ze mną, szybko jednak przeszli do bardziej zajmujących lub mniej teoretycznych, a za to bardziej przyziemnych i mocniej perspektywicznych tematów. Zanęcałem bezceremonialnym postulatem wprowadzenia do zasad czynnego prawa wyborczego cenzusu wieku bliższego Chrystusowemu oraz progu matury dla wyborców. Z neoliberalnej bezczelności prowokowałem klauzulą statusu majątkowego mówiąc, że aspiracje do pełnienia ról obywatelskich należałoby potwierdzać osobistym zrozumieniem problemów i wyzwań połączonym z odpowiedzialnością. Dowodem mógłby być np. rachunek z oszczędnościami na indywidualnym koncie emerytalnym utrzymywanym w dowolnej instytucji finansowej. Miałbym więcej do powiedzenia, ale nie było po co.

Nie udało się. W tej sprawie nie udało się przy stole Studia Opinii wzniecić żaru. Co tam żaru, nawet płomyczek nie błysnął. -Jest niedobrze, ale lepiej być nie może. Chcemy, nie chcemy, lecz jako ludzie rozsądni i pamiętający tkwimy z przekonaniem mniejszego zła w pułapce zniedołężniałej demokracji – nie powiedzieli, ale zdawali się mówić koledzy.

Trudno. Jak niesporo nadążyć za domniemanym geniuszem – pomyślałem, wiem przecież od dość wczesnego dzieciństwa. Minęło na jałowym biegu miesięcy parę.

Z rosnącym zdziwieniem przechodzącym w zdumienie, jak można tak koncertowo kłaść całkiem kiedyś znośną gazetę, przeglądam od czasu do czasu Gazetę Wyborczą w poszukiwaniu lektury na poziomie zadowalającym. Wysiłek jest z każdym miesiącem coraz bardziej próżny i daremny. Wypatrzyłem jednak w tę sobotę (13 lipca) coś na dobrą miarę niezłego krawca. Dla Gazety, która z coraz większą intensywnością prezentuje publiczności i wrogom „ostatnie podrygi nieżywej ostrygi”, mała to pociecha, bo w pochwale dla konkretnego sposobu myślenia i przekazu w jednym tekście i tak pozostanę zapewne wśród bardzo nielicznych, co trzeba było wszakże powiedzieć, żeby nie było potem to, tamto.

Robert Siewiorek napisał w GW o tym, że jest „Przeciw siorbaniu kawy na ławie”. Uznał w tajemnym przepływie myśli fluidów ze mną, a o moim istnieniu i przewagach moich nie ma przecież najmniejszego pojęcia, że „jeśli chcemy ratować szmatławiejącą demokrację, wprowadźmy egzaminy na obywatela”.

Co lepsze, jest nas nie dwóch, a więcej, bo najmarniej ze trzech, a może nawet czterech. Redaktor Siewiorek inspiracji zaczerpnął bowiem od Erica Liu – założyciela Uniwersytetu Obywatelskiego, który punkty celebryckie niezbędne do zaistnienia w mediach zdobył jako doradca i autor przemówień b. prezydenta Billa Clintona. Za młodocianym i nie oklapłym jeszcze Liu (ur. 1968), czy też z czeluści własnych zasobów refleksji, autor z GW pisze jednak jak najbardziej słusznie:

-Trzeba więc zrobić coś, by Polakom chciało się być obywatelami, chodzić na wybory, zakładać organizacje społeczne i angażować się w politykę. Trzeba zrobić w Polaku obywatela. By było to możliwe, trzeba przywrócić prawom obywatelskim należną rangę. Tracą ją .m.in. dlatego, że są jedyną kompetencją publiczną, którą otrzymuje się automatycznie, bez żadnego trudu – w rezultacie samego przyjścia na świat, a potem osiągnięcia pełnoletności. Wydaje się, że właśnie przez tę „darmowość” obywatelstwo się dewaluuje (…). W efekcie miejsce świadomych obywateli zajmuje rosnąca rzesza pasywnych rezydentów, natomiast kompetentnych polityków zajmuje polityczna gromadka quasi-politycznych pieczeniarzy, na których nawet najbardziej odpowiedzialnym wyborcom coraz rzadziej chce się głosować.

Dalej jest o tym co proponuje amerykański pomysłodawca. Miałby to być test (1) historii osobistej, (2) wiedzy obywatelskiej i (3) historii. Pierwszy element jest najbardziej kontrowersyjny, bowiem od odpowiedzialnego obywatela nie trzeba koniecznie wymagać uczestnictwa w wolontariatach, kampaniach politycznych, czy lokalnych władzach. Sprawdzian elementarnej wiedzy, żeby nie wmawiał nam durny w swej bucie rzecznik SLD, że powstanie warszawskie było w 1988 roku – już jednak jak najbardziej. Pytania, stopień ich trudności i wszelkie inne ogóły, tudzież szczegóły to w tym momencie rzecz jak najbardziej wtórna. Dziś potrzeba nam zrozumienia, że nie byłby to zamach na niezbywalne prawa, a dramatyczna potrzeba chwili.

Gdy chodzi o zdrowie i życie szukamy najmądrzejszych lekarzy, najlepiej najwybitniejszych profesorów z całą księgą uleczeń i uzdrowień na koncie zawodowym. Gdy posyłać dziecko do szkoły, to byłyby to najchętniej francuskie, niemieckie, czy brytyjskie szkoły w polskim mieście z zapewnioną od razu przepustką do École nationale d’administration (ENA), Heidelbergu, Oxford, Cambridge… Gdy idzie o kraj, państwo i cały naród dajemy wybierać również nieprzeliczonemu motłochowi, lubiącemu widzieć w Sejmie swoje odbicie, albo przynajmniej wielkie podobieństwo.

Tygodnik „Polityka” czytam, gdy znajdę stary egzemplarz u fryzjera. Zdarza się to od wielkiego dzwonu, bo strzyże mnie od lat wyłącznie żona. Nie żałuję, bo np. red. Żakowskiego mam od bardzo dawna w bolesnym przesycie, a jeśli jego koledzy napiszą coś inspirującego, to właściwy fragment znajdę w Internecie. Tak też zdarzyło się i tym razem, z tym że właściwy, pyszny cytat red. Siewiorek ogłosił tradycyjnie – drukiem.

-Jeśli ktoś zechce zobaczyć dzisiejszą Polskę, jej moralny wymiar, pokiełbaszoną, zruszczoną polszczyznę i ten zaduch, tę ciasnotę umysłową, niech raz w tygodniu włączy TVN24 i zobaczy, jak siorbią kawę politycy na ławie”.

Stanisław Tym to klasyk, a jego to były słowa. Po klasyku nie wolno przedłużać, więc kończę bo tyle już napisałem, że wystarczy iżby oznajmić, że to było właśnie to „co było do okazania”.

Jan Cipiur

Weź udział w naszej ankiecie

Print Friendly, PDF & Email

20 komentarzy

  1. Jubal 2013-07-14
    • Jan Cipiur 2013-07-15
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-07-14
    • Stanisław Stupkiewicz sr 2013-07-14
  3. A.K-B 2013-07-14
  4. Jerzy Łukaszewski 2013-07-14
    • A.K-B 2013-07-15
  5. narciarz2 2013-07-15
  6. Jerzy Łukaszewski 2013-07-15
  7. bisnetus 2013-07-15
  8. Marcel Flanerski 2013-07-15
  9. Jerzy Łukaszewski 2013-07-16
    • bisnetus 2013-07-16
  10. Jerzy Łukaszewski 2013-07-16
    • bisnetus 2013-07-16
  11. Jerzy Łukaszewski 2013-07-16
    • bisnetus 2013-07-17
  12. Jerzy Łukaszewski 2013-07-17
    • bisnetus 2013-07-17
  13. Jerzy Łukaszewski 2013-07-17
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com