Jan Cipiur: Euroobligacje i kwestia ostrożnej odwagi

Niemcy okoniem stanęli i na emisję euroobligacji zgodzić się nie zamierzają. Wrzawa wokół tego i temu podobnych pomysłów przycichła, ale raczej tylko na krótko, bo wielu nadal Berlinowi (niesłusznie) złorzeczy.

Rząd niemiecki broni przed euroobligacjami własnych podatników, którzy mieliby zostać gwarantami „ostatniej instancji” dla najrozrzutniejszych dłużników z eurozony. Jednak zarzucać  Angeli Merkel „prywaty” nie można i nie wypada, ponieważ przeciwstawianie się euroobligacjom to dziś ważna bitwa w słusznej walce o intronizację postawionych w ciemnym kącie zasad finansowej roztropności, odpowiedzialności i odważnej ostrożności, gdzie odwaga odnosi się do celów, a ostrożność do metod tych celów osiągania. Żołnierzom tej sprawy kłody pod nogi próbuje rzucać wielu. Najchętniej czynią to obdarzeni łaską krótkiej pamięci orędownicy łatwych, prostych i skutecznych (rzekomo) rozwiązań poligraficznych, w których dzięki drukarniom brak pieniędzy zamienia się w ich dostatek.

Pierwszy rzut obecnego kryzysu finansów Zachodu, zapisany w annałach pod hasłem „Lehman Brothers”, zwalczany był w USA, ale także na dużych połaciach Europy, poprzez uwalnianie wielkich strumieni gotówki pochodzącej głównie ze świeżego długu. Po naszej stronie Atlantyku brylowała na tym polu np. Francja, a „określone siły” nawoływały, aby i Polska poszła tym tropem, co na szczęście nie nastąpiło. Lekarstwo w postaci zasilania gospodarek górami świeżych pieniędzy „prosto spod igły” zadziałało tylko tak jak mogło: uśpiło czujność i przesunęło wielkie kłopoty na nieodległą przyszłość, której dziś właśnie doświadczamy.

W całej rozciągłości i okazałości sprawdziło się też powiedzenie, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie – smrodzie”. Tu wojewodę grają Stany Zjednoczone, których długi –  chcąc nie chcąc – finansuje (pokrywa) „po taniości” cały pozostały świat, nie znajdujący poza dolarem lepszej rezerwowej waluty. „Smrodem” jest zaś skupiona w strefie euro unijna Europa, której waluta pozbawiona jest (m.in.) oparcia w formie tworzącego jej siłę i wiarygodność strumienia podatków.

Koronny argument za zasypywaniem kłopotów finansowych hałdami nowych pieniędzy stawia na piedestał pobudzanie wzrostu gospodarczego, który miałby dostarczyć środków na spłatę części starych długów i tak poprawić reputację państwa, aby można było starać się o nowe, już tańsze pożyczki. Kojarzy się to natychmiast z pokerzystą, który tak się odgrywał, że w samej bieliźnie został. Najważniejszą wadą takiej propozycji jest pomijanie milczeniem kwestii już nagromadzonego długu publicznego, którego nie zmniejszy w sposób znaczący jeden lub nawet dwa dodatkowe procenty dołożone w ten wątpliwy sposób do dynamiki PKB.

Istnieje ogólna zależność pozwalająca ocenić szanse zadłużonego na wydobycie się ze spirali zobowiązań do spłacenia. Wzór do znalezienia w podręcznikach jest bardziej rozbudowany, ale do orientacji wystarczy jego szkielet, który uzmysławia, że jeśli realny koszt utrzymywania długu publicznego, czyli realna stopa oprocentowania papierów dłużnych danego państwa (najczęściej obligacji) jest wyższa od stopy wzrostu PKB, to zadłużenie musi rosnąć, a gdy to stopa wzrostu gospodarczego przewyższa stopę oprocentowania obligacji, to dług będzie maleć.

Siewcy i piewcy marnej idei rozwiązywania problemów sypaniem, a gdy nie ich staje, dodrukiem pieniędzy, najlepiej na zasadzie „sky is the limit”, są niczym Cyklop – patrzą na powyższą zależność jednym okiem, i na jedną jej tylko stronę, stronę wzrostu. Przyświeca im motto, że po nas choćby potop, a kieruje nimi odwieczne marzenie utracjuszy, żeby stale było lekko, łatwo i przyjemnie.

Jest wiele w historii gospodarczej przykładów, że można pobudzić lub przyspieszyć wzrost aplikując gospodarce bodziec popytowy polegający na wprowadzeniu do obiegu dodatkowych pieniędzy. Ten mechanizm czasem istotnie działa – na krótko i bardzo ograniczoną skalę. Szkopuł polega na tym, że stosowany nieroztropnie i bez umiaru poczyna sobie jak benzyna dolewana do pożaru. Podsycanie ognia jest niekiedy do zaakceptowania, ale tylko na tej zasadzie, że zamiast moczyć się wodą i oblepiać pianą, warto go rozpłomieniać, żeby szybciej się wypalił i można było zaczynać na zgliszczach od nowa.

Zasadnicza zwodniczość rozwiązania skupiającego się na „manipulowanym” wzroście gospodarczym w celu wydobycia kraju z pułapki zadłużenia polega na tym, że co innego gospodarka w miarę zdrowa, lecz „leniwa”, a co innego państwo i gospodarka tkwiące w matni bardzo wysokiego długu publicznego. Upadek w pułapkę oznacza, że gospodarka już utraciła, albo jest na skraju utraty zdolności do obsługi zadłużenia państwa na potrzeby którego działa. To oznacza, że gdy kraj ratuje się dosypywaniem do gospodarki dodatkowych pieniędzy pochodzących nie skąd indziej, jak z nowego długu, to musi to skończyć się obniżeniem i tak już niskiego zaufania pożyczkodawców do takiego petenta. Stopa wzrostu gospodarczego być może nawet (ale na krótko) wzrośnie, lecz równolegle lub z niewielkim opóźnieniem wzrośnie też koszt pozyskiwania nowego i refinansowania starego długu. W efekcie, w takim kraju nie zmieni się na lepsze, a najczęściej, niechybnie – na jeszcze gorsze.

W polemice z tym rozumowaniem można wytoczyć argument o zaufaniu widzianym z innej strony. Chodziłoby o zaufanie, a właściwie wiarę inwestorów/pożyczkodawców w możliwości znacznego przyspieszenia wzrostu gospodarczego poprzez powiększenie podaży monety. To argument bardziej teoretyczny niż praktyczny. Można byłoby się nad nim rozwodzić, gdyby kłopot dotyczył jednej „sparszywiałej” gospodarki, która popędzona impulsem popytowym zaczęłaby się rozpychać po rynkach sąsiadów zdrowych ekonomicznie, finansowo-publicznie i budżetowo.  W Ameryce i Europie mamy jednak do czynienia z ciężką przypadłością, która dotknęła praktycznie wszystkich, zatem leczenie monetą daje taki sam opłakany efekt jak wleczenie kulawego przez ślepego. Warto też czerpać w tym kontekście z wiedzy wprawdzie bardziej empirycznej, niż naukowej, że krajom już bardzo bogatym raczej nie dane są coroczne wzrosty powyżej 3-4 procent, a tylko takie stwarzałyby (w praktyce jednak iluzoryczne) szanse pomniejszania ciężaru zadłużenia dzięki korzystnej relacji między kosztami obsługi długu, a tempem wzrostu gospodarczego, a więc bez zwrotów kolejnych części zadłużenia.

Jedyny wyjątek chodzący jeszcze o własnych siłach po zachodnioeuropejskim szpitalu to Niemcy, które na swoje szczęście czerpią dobrobyt nie z produkcji dóbr konsumpcyjnych (a jeśli już to z takich jak mercedesy i maybachy, które zawsze gdzieś znajdą nabywców), a z wytwarzania maszyn i urządzeń, których łaknie cała Azja i coraz śmielej Ameryka Łacińska. Nawiasem, jeszcze przed końcem roku Niemcy zaliczyli nowy wielki rekord sprzedając przez 11 miesięcy za granicę za ponad 1 bilion, czyli 1 000 mld euro.

Niezwykle skutecznym pogromcą długów jest inflacja. Wysoki wzrost może nawet całkowicie uwolnić dłużników od kłopotów, a wierzycieli od aktywów. Im bardziej sztuczny jest wzrost, a taki jest wzrost pobudzany zwiększaniem podaży pieniądza, tym większe prawdopodobieństwo wyższej inflacji, na takiej m.in. zasadzie, że mało kto o zdrowych zmysłach wierzy w długofalowe dobre, skutki manipulowania pieniądzem i czym prędzej kasuje po wyższych cenach co swoje, żeby zdążyć jeszcze kupić „świnki”, krugerrandy, całe sztaby lub choćby złoty zegarek, schować je do słoika i zakopać pod agrestem. Komu zostają resztki na odczepnego, o tym za chwilę.

Nie wykracza poza ramy racjonalnych interesów kół biznesu nawoływanie tej grupy do ilościowego luzowania (quantative easing), skupowania długów przez Europejski Bank Centralny, czy do emitowania europejskich (Unijnych? Eurostrefowych?) obligacji. We współczesnym biznesie liczy się wyłącznie wzrost i tylko wzrost. Kto nie rośnie, ten wylatuje z gabinetu, a gdy zdarzyło mu się urosnąć ujemnie, to nie tylko z biura, ale również ze służbowego odrzutowca. Kto naczytał się o społecznej odpowiedzialności biznesu, czy temu podobnych opowieści, ten jest po prostu naiwny. W takich uwarunkowaniach inflacyjne konsekwencje „manipulowanego” wzrostu mającego być efektem zwiększenia podaży pieniądza są w tej rozgrywce dla świata biznesu obojętne, w tym sensie, że za to winę zwala się na rządy i wszelkie inne siły zewnętrzne.

Osobiste skutki finansowe inflacji nie są przez tuzów mile widziane, ale też nie są zbyt dokuczliwe. Gdy inflacja rośnie do 15 proc. a ktoś otrzymywał za pracę netto 10 tysięcy, to siła nabywcza jego gratyfikacji zmaleje do 8,5 tysiąca. Gdy ktoś miał 1 000, a zmalało mu do 850, to jest dramat. Naukowo, ten fenomen jest określany jako „przypadkowa redystrybucja bogactwa w warunkach wysokiej inflacji”, choć słowo „przypadkowa” odnosi się w istocie do zupełnie nieprzypadkowego rozdziału obciążeń wywoływanych inflacją. Na tym tle niesłychanie zadziwia zapał i prawdziwe natchnienie z jakim tzw. lewicowcy, a już zwłaszcza lewacy, nawołują swoje rządy do drukowania nowych pieniędzy zamiast do burzenia barier hamujących gospodarkę i przedsiębiorczość oraz do rozsądnych oszczędności.

W świecie opiniotwórczych mediów o zasięgu globalnym głośne wsparcie dla pomysłów luzowania polityki pieniężnej pochodziło i pochodzi z dwóch profetycznych niemalże tytułów z Londynu: The Financial Times i The Economist. Niezrozumiałe postawy należy racjonalizować. Pozycja City to być albo nie być brytyjskiej gospodarki, a więc także dla wydawców i dziennikarzy obu tych prześwietnych (poza tym) gazet. City nie urosło w ostatnich dekadach na tradycyjnej bankowości i obsłudze rutynowych transakcji, ale na globalizacji, niesłychanym wzroście operacji finansowych, rozkwicie rynków pieniężnych, walutowych, giełdowych i paragiełdowych, na coraz większej mnogości tzw. derywatów, czyli instrumentów pozwalających przekształcać walory coraz mniej rzeczywiste i już niemal nierealne w wartości zupełnie dla maluczkich niezrozumiałe i w coraz częstszej praktyce – wirtualne.

W okresie 1995-2007 wartość dodana brutto (GVA – gross value added) przypadająca na jednego zatrudnionego w brytyjskiej gospodarce wzrosła o 65 proc. W poszczególnych sektorach przyrost wydajności mierzony tym wskaźnikiem był mniej więcej taki sam. Wyróżnił się jedynie sektor finansowy, gdzie GVA wzrosła w tym samym okresie o 156 proc. Potwierdzenia niesłychanego wzrostu znaczenia City dla Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków dostarczają także dane z tamtejszych urzędów podatkowych. W tym samym okresie zysk brutto przypadający na jednego zatrudnionego w całej gospodarce Zjednoczonego Królestwa wzrósł o 70 proc. podczas gdy w finansach i bankowości o 114 proc. (Brian Bell, John Van Reenen, “Banker’s Pay and Extreme Wage Inequality in the UK”, Centre for Economic Performance, April 2010). Zwiększanie ilości pieniądza w obiegu wiąże się ze wzrostem skali operacji finansowych. I to jest w najlepszym, przynajmniej krótkookresowo, interesie City.

Zastosowanie złych metod rozwiązywania obecnych problemów z nadmiernym zadłużeniem wielu państw strefy euro doprowadzi w najlepszym wypadku do długiej stagnacji w Europie. W polskim interesie jest nawrócenie Unii Europejskiej na wiarę w standardy roztropności, które nie zawodzą nigdy oraz przywrócenie euro siły, którą już miało, a zaraz potem nadanie tej walucie nowych przymiotów i dodatkowej mocy. Dla takiej waluty warto będzie rozstać się ze złotym. Nastąpi to jednak tym później, im więcej będzie w Europie i Polsce przekonania, że oszczędności są nie na miejscu, a do odepchnięcia obecnego kryzysu wystarczą finansowe sztuczki.

Jan Cipiur

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. Tomek 2011-12-23
    • Incitatus 2011-12-27
  2. Federpusz 2011-12-26
  3. Jan Cipiur 2011-12-31
    • Aleksy 2012-01-02
      • Incitatus 2012-01-02
  4. Aleksy 2012-01-02
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com