Bogdan Miś: Sen o szkole

zdjęcie2013-07-17.

Należę – jak sądzę po rozmowach z przyjaciółmi i znajomymi – do niezbyt licznej mniejszości ludzi, którzy lubią i szanują szkołę. Zawsze się w szkole czułem co najmniej całkiem nieźle – i jako przed dziesiątkami lat uczeń i potem jako  przez wiele lat nauczyciel. Głównie nauczyciel akademicki wprawdzie, więc mający do czynienia z młodzieżą troszkę jednak w swoim charakterze elitarną, ale również – przez kilka lat nauczyciel w liceum. Inna sprawa, że też cholernie elitarnym, jednym z najlepszych w Polsce…

Lubię więc szkołę  i wiem o niej co nie co, także o tej gorszej (również i dlatego, że w bliskiej rodzinie miałem zawodowych nauczycieli). Lubię – to jednak nie znaczy, że nie dostrzegam jej wad i mankamentów.

To, co mi się zawsze w szkole nie podobało, to jej autorytaryzm. Rygory, narzucone uczniom (ale i nauczycielom) z góry, zadekretowane bez pytania zainteresowanych o zdanie; te wszystkie regulaminy, zakazy i nakazy… Atmosfera, którą ktoś trafnie nazwał z lekka koszarową.

Nie podobali mi się też niektórzy nauczyciele. Miałem co prawda cholerne szczęście, bo i w szkole podstawowej, i w liceum i potem na studiach zetknąłem się ze wspaniałymi, niezmiernie inteligentnymi ludźmi – ale widziałem też, i to z bliska, ich przeciwieństwa.  Ludzi, którzy przychodzili na zajęcia ze studentami (na szczęście, ja już studentem wtedy nie byłem) z wytartym maszynopisem pod pachą, których „wykład” polegał na odczytywaniu własnego skryptu, w dodatku napisanego przed dziesięciu laty i całkowicie zdezaktualizowanego.   Panie, które z zesznurowanymi wściekłością usteczkami bez skrępowania upokarzały publicznie i wcierały w ziemię ucznia niezbyt pasującego do obowiązującego (wedle tych pań) szymla… Inne, które należały do ohydnej kategorii Ja-Zawsze-Mam-Rację-A-Ty-Siedź-Cicho…

Nie sądźcie jednak, że moim ideałem jest szkoła bez żadnych reguł i zasad, szkoła przyzwalająca na wszystko i niczego nie wymagająca, do której wszyscy się gładko dostają i bezproblemowo przechodzą z klasy do klasy; bądź taka, w której nauczyciel się uczniowi – czy jego rodzicom – bezczelnie podlizuje, pamiętając (na przykład) kto tu płaci czesne…

Przeciwnie: zawsze ceniłem wysoko – dla przykładu – pewnego znanego mi doskonale nauczyciela matematyki, który potrafił przed laty zatrzymać na drugi rok 70% swoich uczniów i oblał bez litości na maturze… trzech swoich synów po kolei; otóż ten nauczyciel wychował jakąś niewiarygodną liczbę olimpijczyków, a nawet przez tych ocenianych negatywnie był nie tylko szanowany, ale wręcz kochany.

Nie o tym jednak chcę opowiedzieć, zostawmy to. Chcę opowiedzieć o moim śnie o szkole; takiej, w której chciałbym pracować, i do której posłałbym chętnie każde dziecko. Która dawałaby mi jakąś sensowną gwarancję rozwoju tego dziecka; gwarancję, ograniczoną tylko wolą samego zainteresowanego, bo przecież nie każdy musi lubić się rozwijać intelektualnie, niektórzy wolą zostać piłkarzami, piosenkarzami czy dziennikarzami w tabloidzie – i powinien to być ich wybór.

W tej mojej wymarzonej szkole uczeń, nauczyciel i rodzice mają dokładnie taki sam głos. O wszystkim rozstrzyga się demokratycznie i w przyjaznej akceptacji wszystkich stanowisk i poglądów; nikt nie ma zadekretowanej z góry racji, ale i nikt nie obraża się, gdy jego pogląd przegra.

W tej szkole uczą nauczyciele, dla których ten zawód jest pasją i powołaniem. Tacy, którzy nie pędzą po odbębnieniu swoich zajęć na korepetycje, by sobie dorobić do pensji, ale potrafią z uczniem zostać po lekcjach; nie po to nawet by pomóc mu nadrobić zaległości, ale po prostu by pogadać. Nawet o rzeczach nieważnych.

Do tej szkoły przyjmuje się nie wedle jakichś rejonów zamieszkania i nie uwzględnia się w niej uzyskanego w szkole niższego stopnia „dorobku”; ani negatywnego, ani pozytywnego. Nie ma tu konkursu świadectw, ani drobiazgowych sprawdzianów testowych – jest za to poważna rozmowa kwalifikacyjna, badająca predyspozycje intelektualne kandydata i jego inteligencję. Nie przyjmuję się każdego, tylko rzeczywiście świadomie wybranych.

W tej szkole nie obowiązują żadne normy na liczebność klas; nie ma wręcz mowy, by klasy były zbyt liczne. Nauka jest – przepraszam za belferskie wyrażenie – sprofilowana, ale nie w skali całej klasy: poza obowiązującym wszystkich minimum, to uczeń wybiera sobie przedmioty, których chciałby się uczyć; może być zatem tak, że będzie tyle profili, ilu jest uczniów.

W tej szkole obowiązującym językiem obcym jest angielski, ale uczeń uczy się jeszcze dwóch innych; jest wśród nich – jako trzeci – łacina, arabski lubi hebrajski.

W tej szkole nie ma nauki religii ani nie wiszą w niej na ścianach żadne symbole religijne. Nie znaczy to, że jest to szkoła tylko dla ateistów, albo że tu się ateizm propaguje i wspiera; po prostu, nikt nikogo nie pyta o światopogląd, a uczniowie wierzący mogą otrzymywać zwolnienia z zajęć na udział w ceremoniach czy imprezach swego wyznania, jeśli wypadają one w dniu powszednim. W pewnym sensie zamiast religii jest nauka filozofii. Ale tylko w pewnym sensie. W tym samym pewnym sensie w tej szkole mamy 3 godziny… matematyki.

***

Dość tych mrzonek – powiecie. Nie ma takiej szkoły.

I tu jesteście, żeby zacytować klasyka, w mylnym błędzie. Mój sen o szkole sprawdza się w rzeczywistości.  W gruncie rzeczy napisałem tu bowiem kilkadziesiąt zdań o… warszawskim Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia, szkole niesłychanie nietypowej i – niestety – zbyt mało popularnej. Jakoś wiedza o tej wspaniałej placówce nie jest szeroko znana, więc postanowiłem ją troszkę upowszechnić.

Kierując wszystkich zainteresowanych do szkolnej witryny internetowej, pozwolę tu sobie na kilka z niej cytatów:

Wielokulturowe Liceum Humanistyczne im. Jacka Kuronia to: zajęcia o współczesnej literaturze, historii, sztuce i filozofii, spotkania z wybitnymi humanistami i humanistkami, matematykami i przyrodnikami, wspólne projekty społeczne i badawcze, do wyboru trzy z dziewięciu języków obcych, a przede wszystkim: liceum Kuronia to miejsce, w którym Twoje zdanie się liczy.

Istniejemy od 2006 roku. Działamy w ramach Zespołu Szkół „Bednarska”. Staramy się tworzyć szkołę tak, aby była demokratyczną wspólnotą uczniów i uczennic, nauczycieli, nauczycielek i rodziców. Staramy się też stawiać sobie nawzajem dość wysokie wymagania intelektualne. Generalnie jesteśmy zdania, że czynność myślenia jest bardziej satysfakcjonująca niż niemyślenie.

I w innym miejscu:

W ciągu roku szkolnego staramy się uczyć się nie tylko w szkolnych ławkach. Podejmujemy działania, które nie tylko odrywają nas od codziennego życia szkolnego, ale pozwalają nam lepiej poznać i rozumieć świat i zmieniać go na lepsze i realnie w nim uczestniczyć.

Projekty są innym sposobem pracy, nastawionym na rozwijanie zainteresowań zdecydowanie wykraczających poza program szkolny – często dotyczą postaci, dzieł lub spraw, które niekoniecznie są szeroko znane i omawiane. Projekty najczęściej wychodzą z inicjatywy uczniów nie są obowiązkowe ale przez swój ciekawy kształt i formę przyciągają wiele osób. Realizujemy je w sposób mało sformalizowany – jak zawsze każdy i każda ma wpływ na działania. Niektóre projekty trwają wiele lat – absolwenci przekazują je nowym uczniom.

I jeszcze

Uważamy, że szkoła jest przestrzenią wspólną i jej sprawy dotyczą całej naszej społeczności, dlatego zdecydowaliśmy się na omawianie i podejmowanie decyzji na ogólnoszkolnych spotkaniach – wiecach. Mamy więc demokrację bezpośrednią i uczestniczącą.

Wiec jest spotkaniem otwartym dla uczennic, uczniów, nauczycielek, nauczycieli, rodziców, absolwentek i absolwentów. Każdy członek i członkini społeczności może zgłosić wniosek, który będzie przedmiotem dyskusji. Istnieje rotacyjna grupa – aktyw, mająca za zadanie przygotowanie spotkania. W tej grupie połowa osób jest wybierana, a połowa wylosowana – po to by każdy i każda miał okazję poczuć sprawczość i zmierzyć się z realizacją podjętych decyzji. Rzecz jasna uczestnictwo w wiecu czy aktywie nie jest obowiązkowe.

Wierzcie mi: to świetna szkoła. Jeśli chcecie wychować swoich domowych licealistów na zaangażowanych w życie społeczne inteligentów – pomyślcie o niej.  Jeśli akurat kogoś takiego w domu nie macie – zastanówcie się, jak można by tej niesamowitej budzie dopomóc, by wychowała na inteligentów dzieci innych.

Można na przykład w odpowiednim momencie zasilić szkolne finanse odpisem 1% swojego podatku, ale to najłatwiejsze.  Wierzę w waszą pomysłowość; kontakt ze szkołą jest na jej witrynie. Bardzo namawiam do objęcia szkoły opieką instytucjonalną, jeśli ktoś ma możliwości uruchomienia takiego właśnie działania.

Żeby być zupełnie uczciwym: to nie jest szkoła „prawoskrętna” w jakiejkolwiek swojej działalności. Wręcz, powiedziałbym, przeciwnie. Wyznawcom „religii smoleńskiej”, „genetycznym patriotom” i innym miłośnikom kiboli jej nie rekomenduję. Choć może to oni właśnie powinni tam pochodzić jakiś czas i postudiować spuściznę pedagogiczną Jacka…

Bogdan Miś 

Weź udział w naszej ankiecie

[print_gllr id=49866]
Print Friendly, PDF & Email

14 komentarzy

  1. Hazelhard 17.07.2013
    • BM 17.07.2013
    • bisnetus 17.07.2013
  2. daniel 17.07.2013
  3. jamto_janusz 17.07.2013
  4. PIRS 17.07.2013
  5. PIRS 17.07.2013
  6. kuba 18.07.2013
  7. Hazelhard 19.07.2013
  8. daniel 20.07.2013
  9. Grzegorz Spichał 20.07.2013
  10. de mowski 20.07.2013
  11. Paweł Wimmer 22.07.2013
  12. SAWA 17.08.2013
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com