Zachar Prilepin: Po drodze z rosyjskiej prowincji na cmentarz

Nowa Europa Wschodnia

Za najnowszego numeru Nowej Europy Wschodniej (nr.1-2/2012) wybraliśmy tekst rosyjskiego pisarza
młodego pokolenia o życiu rosyjskiej prowincji.


Rosyjska prowincja zapija się samogonem albo – ta bardziej zamożna – ćpa herę, w razie kłopotów wiesza się albo topi, dzieci rodzi niechętnie, chętnie za to oddaje je do domów dziecka i gapi się w telewizor, bo Moskwa wciąż jakoś nie może zapaść się pod ziemię.

Mówienie o życiu rosyjskiej prowincji przypomina roztrząsanie kwestii, jak żyje statystyczny Afrykańczyk.

Otóż Afrykańczyk żyje różnie: Afryka to ogromny kontynent.

Mieszkaniec rosyjskiej prowincji również żyje różnie. Rosja wciąż pozostaje naj­większym krajem na świecie.

Można jednak podsumować pewne obserwacje.

Jest coś, co zawsze zadziwia mnie podczas niekończących się podróży po kraju.

W związku z tym, że piszę książki, często zapraszają mnie to tu, to tam.

Pamiętam, jak kiedyś pojechałem do Władywostoku, a stamtąd poleciałem do Kaliningradu. Rzućcie okiem na mapę. Nieźle, co? Gdyby zmierzyć palcami na globusie, wyjdzie z półtorej oktawy.

Albo niedawno byłem w Briańsku, a za tydzień jadę do Jakucka. Rzućcie raz jesz­cze okiem na mapę, bo sam aż boję się sprawdzać, gdzie leży ten cały Jakuck.

Najdziwniejsze jest jednak to, że mimo tak wielkich odległości Rosjanie niemal nie różnią się od siebie.

                                                          *   *   *

 Owszem, mówią nieco inaczej, i to rzeczywiście słychać.

Owszem, wyraźnie wyczuwa się wpływ narodów, z którymi sąsiadują rdzenni Ro­sjanie. Na przykład Rosjanie na Kaukazie mówią gardłowo i histerycznie gestykulują. Rosjanie na Dalekim Wschodzie coraz bardziej mrużą oczy i powolutku nasiąkają może japońską, może koreańską, a może chińską kurtuazją i zaradnością. Rosjanie na północy mieszają się z tamtejszymi narodami tak, że nie sposób ich odróżnić. Rosjanie w Kaliningradzie to prawie Europejczycy.

A jednak zawsze zostaje w nich coś nieusuwalnie rosyjskiego, coś, czego nie znisz­czy ani upał, ani zimno, ani piach, ani wieczna zmarzlina.

Rosjanie żyją niezbyt dostatnio, ale ci, którzy mają siły, wciąż jeszcze czegoś próbują. Rosjanie nie są smutni, ale też trudno powiedzieć, że nic, tylko się bawią.

Rosjanie nie chcą żyć w Rosji. Chcą wyjechać do Moskwy. Tymczasem Moskwa rozlewa się jak surowe ciasto – i z czasem pojęcie „prowincji” może się w Rosji całkiem zdezaktualizować. W zamian pojawią się 140. i 265. ob­wodnica Moskwy.

Były Związek Radziecki też niespecjalnie chce mieszkać we własnym domu. Wraz z Rosją, a nawet krok przed nią, wyrywa się do Moskwy. Kiedy słyszę, że w Moskwie mieszka milion Tadżyków, milion Uzbeków i na dokładkę po pół miliona Azerów i Ormian, aż się boję o tym wszystkim myśleć.

Moskwa ssie soki z kraju i w ramach zapłaty wylewa nań śmieciową kulturę ma­sową, ogólnorosyjskie programy telewizyjne i płytkie, podłe, pełne przechwałek słowa polityków.

Jeżeli kiedyś Moskwa zapadnie się pod ziemię, nie jestem pewien, czy Rosja bę­dzie po niej płakać.

 *   *   *

Rosja będzie długo celowała pilotem w telewizor i klęła: „Job twoju, gdzie ta jedyn­ka? Job twoju, dwójki też nie ma! Nóż taka twoja mać, i jeszcze trójkę gdzieś wcięło!”.

Rosjanie porzucają jeszcze trochę „maciami” i rozejdą się do swoich spraw.

Na pytanie, co tam w kraju, niemal każdy mieszkaniec prowincji odpowie: „Burdel!”. I retorycznie zapyta: „Kiedy te kremlowskie kurwy zostawią nas wreszcie w spokoju?”.

Nie powie tak tylko członek partii Jedna Rosja. Jeżeli jednak członka partii Jed­na Rosja wyciągniemy z zasięgu wzroku elektoratu i zaprowadzimy do najbliższej knajpy na po trzy pięćdziesiątki na ryja, to nie minie pół godziny, jak też się po­skarży: „Ale burdel!”. I doda płaczliwym głosem: „Kiedy te kurwy wreszcie zostawią nas w spokoju?”.

Jeśli jednak myślicie, że rosyjska prowincja lada chwila wywróci kraj do góry no­gami, jak koryto z breją dla świń – to grubo się mylicie.

Od dawna już nie łudzę się, że mój naród naprawdę kocha wolność, ale dopiero niedawno zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi.

Trzy miesiące temu zaproszono mnie na spotkanie w pewnym rosyjskim mieście, żeby pogadać o życiu i o literaturze w miejscowych księgarniach i na miejscowych uczelniach.

W owym mieście, leżącym niemal dokładnie pośrodku kraju, byłem już wcześniej. Podjęto mnie wspaniale i po raz kolejny ucieszyłem się, że dokądkolwiek w Rosji trafiam, wszędzie spotykam pięknych, śmiałych i hojnych ludzi.

Tak więc kiedy zaproszono mnie znowu, zgodziłem się z radością.

Program omawialiśmy dość długo. Na prośbę organizatorów zabrałem ze sobą kilku znanych pisarzy i reżyserów.

I już szykowaliśmy się do miłej a wesołej podróży, kiedy listonosz przyniósł mi anonim.

Oto on:

W imieniu wielu ludzi proszę Pana o to, co następuje.

Proszę nie przyjeżdżać do naszego miasta. Dla pana to tylko ciekawa podróż. Dla orga­nizatorów festiwalu – czysta autopromocja. Dla uczestników spotkań – pretekst do sfoto­grafowania się z pisarzami. A dla wielu z nas to po prostu tragedia. Nawet Pan nie wie, co się tutaj dzieje. Przyjedzie pan na dwa dni i wyjedzie. Będzie pan mówił pięknie i ciekawie. A my nie chcemy zostać bez pracy. Obecne władze usuwają ze stanowisk niewygodnych redaktorów gazet, wyrzucają z pracy nauczycieli, którzy nie chcą pomagać przy wyborach, zamykają szkoły, nie mówiąc już o instytucjach, które będą gościły takich jak Pan opozy­cjonistów, a na dobitkę mamy w tym roku wybory. Już Pańska poprzednia wizyta drogo nas kosztowała. Nikt nie powie Panu tego wszystkiego. Świetnie pan przemawia, pięknie i serdecznie, aż miło posłuchać. Ale my mamy dzieci i niełatwe życie, w którym nam po­tem grzebią. I musimy te dzieci nakarmić. Musimy mieć pracę. Nie zajmujemy się prze­cież walką polityczną. Uczciwie pracujemy. A Pan przyjedzie i będziemy mieli problemy.

Pewnie uzna Pan ten list za ciekawy „materiał literacki”. Będzie Pan chciał pokazywać go i cytować, i gdzieś tam nim wymachiwać. Może wyśle go Pan organizatorom. Pań­ski wybór i Pańskie sumienie. Ale to nie literatura ani nawet polityka. To zwykłe życie, nasze, moje. Bardzo łatwo je złamać, choćby mimochodem. I nikt nawet się o tym nie dowie. Pewnie powie Pan: „I przecież właśnie dlatego trzeba walczyć!”. O tak. Bardzo ła­two jest walczyć, szczególnie przez dwa dni, przejazdem w obcym mieście na prowincji.

Czytam, co powyżej, i widzę, że po czymś takim pewnie nabierze Pan jeszcze więk­szej ochoty na wizytę u nas. Jak każdy, kto walczy, i to jeszcze o prawdę, jest Pan zako­chanym w sobie egoistą.

 

 *    *    *

Nie powiem, żebym był jakoś specjalnie wstrząśnięty, sami jednak rozumiecie, że przez pewien czas czułem się nieswojo.

Pomyślałem pół godziny i postanowiłem, że nic nie powiem organizatorom. Nie pokazałem listu również moim kolegom. Zwyczajnie nie chciałem o tym wszystkim myśleć. Spotkanie przygotowywano niemal pół roku – uznałem, że nie mam prawa teraz rezygnować. Nie wiedziałem, kto jest autorem listu, natomiast organizatorów zwyczajnie, po ludzku polubiłem już przy pierwszym spotkaniu i nie mogłem wy­stawić ich teraz do wiatru.

I tyle.

Tak, pojechałem.

Na miejscu zachowywałem się przyzwoicie aż do obrzydzenia. Nie powiedziałem pół złego słowa o władzach.

I cały czas wnikliwie przyglądałem się wszystkim, którzy witali mnie w pierwszej instytucji, potem w drugiej, samorządowej, i wreszcie trzeciej, akademickiej. Przecież niemal na pewno ten, kto napisał list, również witał, siedział na sali, a potem wraz ze mną za jednym, powiedzmy to wprost, stołem – oczy­wiście w kółko czymś nas częstowano, a my, co było robić, nie odmawialiśmy.

Z jakiegoś powodu bardzo chciałem pochwycić spojrzenie tego człowieka, dopatrzyć się w nim czegoś, jakiejś prostej myśli. Na przykład: „No i co, prowokatorze jeden, przyjecha­łeś? Będziesz nadawał na nie dość patriotyczną inteligencję? Będziesz nam tu szpanował?”. Wciąż kogoś podejrzewałem: jednego, drugiego, trzeciego… Bardzo głupie wra­żenie, przysięgam.

Od tamtej pory minęło już sporo czasu, ale nadal nie wiem, co myśleć o tym liście. W pierwszym odruchu chciałem, naturalnie, wybrać najprostsze wyjście: siebie usprawiedliwić, a autora roznieść w myślach w proch i pył. Argumentów mi nie brakowało.

Również mam dzieci – własne, i to niejedno, i one też nie lubią, jak tata ma kło­poty: a tata miał już kłopoty bardzo poważne, na przykład kilka procesów karnych w związku z prowadzoną przez tatę bezkompromisową działalnością społeczną. Bo wyszło jakoś, że „my mamy dzieci i niełatwe życie”, a ja sam miód i orzeszki. Również w kwestii „bardzo łatwo jest walczyć, szczególnie przez dwa dni, prze­jazdem w obcym mieście na prowincji” mógłbym co nieco powiedzieć, bo jednak większość życia spędzam we własnym mieście. Nawiasem mówiąc, daję głowę, że dużo gorzej kończą się kłopoty „w obcym mieście na prowincji” niż we własnym. Ale jeśli autorzy listu naprawdę wierzą, że racja jest po ich stronie, śmiało mógłbym zaprosić ich, żeby przyjechali i powalczyli sobie na moich własnych śmieciach -mieszkam w Niżnym Nowogrodzie. Choćby przez kilka dni. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

 *    *    *

W ogóle nieraz już słyszałem podobne argumenty.

Dopóki byłem biedny jak mysz kościelna, chodziłem po ulicach, wymachując sztandarem i pokrzykując to i owo, i ciągle słyszałem: „Tak, w wielu sprawach masz rację, faktycznie trudno już dłużej tolerować złodziejstwo i skurwysyństwo naszych władz, ale przecież tobie łatwo mówić. Pracujesz gdzie popadło, masz tylko jedno dziecko, to zawsze się jakoś wykarmi, za nic nie odpowiadasz… A my mamy obowiązki, swoje środo­wisko, krótko mówiąc – sporo do stracenia. Rozumiesz?”.

Przysięgam, że wówczas wierzyłem takim ludziom.

Teraz wszystko się zmieniło.

Od czasu do czasu jak dawniej wychodzę coś sobie po-krzyczeć wciąż pod tym samym czerwonym sztandarem, ale słyszę już nieco inne głosy: „Tak, w wielu sprawach masz rację, faktycznie trudno już dłużej tolerować złodziejstwo i skurwysyństwo naszych władz, ale przecież tobie łatwo mówić. Masz swoją firmę, swoje środowisko, cały kraj cię zna, twoje książki leżą w każdej księgarni – kto cię ruszy? A my? Nam nikt nie pomoże!”.

Ludziom nie dogodzisz.

Długo jeszcze mogę się tu usprawiedliwiać i właśnie to świadczy o tym, że coś jest nie w porządku. Nie, postąpiłem słusznie, tego jestem pewien. Ale dlaczego tak mi ciężko na sercu?

Spróbuję odpowiedzieć.

Na przykład dlatego, że Rosja zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod wzglę­dem konsumpcji heroiny. Zużywamy aż 21 procent całej światowej produkcji.

Przez ostatnie trzy lata utrzymujemy też medalowe, trzecie miejsce w rankin­gu krajów z największą liczbą samobójstw. Nie przepadamy za życiem.

Od wielu lat nie schodzimy z wysokiej, czwartej pozycji w rankingu krajów o najwyższej konsumpcji alkoholu. W niektórych innych krajach ludzie też dużo piją, ale przynajmniej nie takich bełtów jak u nas, w Rosji. W rezultacie na świe­cie z powodu picia alkoholu umiera 6,2 procent mężczyzn i 1,1 procent kobiet, a u nas odpowiednio 20 procent i 6 procent.

Natomiast wskaźnik urodzeń w rosyjskich rodzinach spadł poniżej poziomu prostej zastępowalności pokoleń i wynosi 1,4 dziecka na kobietę. Szaleje depopulacja albo, po ludzku mówiąc, kraj wymiera.

Tak, w całym tak zwanym cywilizowanym świecie rodzi się mało dzieci, od­dajemy pole innym kulturom i narodom, ale w Rosji również żyjemy bardzo krótko. Szybciej od nas wymierają jedynie Japonia i Estonia. W 2050 roku po­pulacja Rosji zmniejszy się do niecałych stu milionów ludzi. A niegdyś na tym samym terytorium żyło prawie 200 milionów!

Tak więc rosyjska prowincja zapija się samogonem albo – ta bardziej zamożna – ćpa herę, w razie kłopotów wiesza się albo topi, dzieci rodzi niechętnie, chętnie za to oddaje je do domów dziecka, chociaż rodzice żyją, i gapi się w telewizor, bo Moskwa wciąż jakoś nie może zapaść się pod ziemię. Wszystko to nasza prowincja znosi bardzo cierpliwie, bo cierpliwość jest wrodzoną cnotą Rosjanina. A jeśli ktoś zaczyna ową prowincję niepokoić, prowincja bierze długopis i pisze taki list: „Wie­my, że w naszym kraju bardzo źle się dzieje. W ogóle wszystko wiemy i rozumiemy. Ale lepiej dajcie nam już święty spokój”.

Nawiasem mówiąc, nie odpisałem na list. Nie znalazłem żadnych argumentów.

 Przełożyła Małgorzata Buchalik

Zachar Prilepin jest rosyjskim pisarzem młodego pokolenia i publicystą, od 1996 roku należy do Partii Narodowo-Bolszewickiej, bral udział w dwóch woj­nach czeczeńskich (jako kapitan OMON). Opublikował powieści Patologie (2005), Sańkja (2006), Grzech (2.007). Otrzymał wiele prestiżowych nagród literackich, na przykład Nagrodę Jasnej Polany za powieść Sańkja, która była także nominowana do Rosyjskiego Bookera.

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com