Prof. Andrzej Mencwel: Historia to nie jest świetlisty szlak…

Z nowego numeru kwartalnika „Liberté“ wybraliśmy fragment wywiadu, jakiego pismu udzielił prof. Andrzej Mencwel. Temat rozmowy to: korzenie i perspektywy polskiej lewicy.


Mikołaj Mirowski: Jak pan sądzi, jak długo lewica będzie płacić frycowe za PRL? A może należy w jakimś sensie bronić okresu Polski Ludowej? Zacytuję panu w tym kontekście fragment książki wydanej w Bibliotece „Bez dogmatu” zatytułowanej „PRL bez uprzedzeń”. Większość autorów tej pracy zbiorowej urodziła się na przełomie lat 70. i 80. minionego wieku. Są to moi rówieśnicy. A mówią między innymi tak:

Okres Polski Ludowej rodzi pytania, z którymi współczesna polska lewica musi się zmierzyć, jeżeli chce skutecznie walczyć z prawicą na polu idei. Lewica musi dziś odkłamać PRL z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego by nie musieć tłumaczyć się w publicznych debatach za wymyślone przez historyków z IPN-u i prawicowych publicystów domniemane winy i absurdy tego systemu. Po drugie, dla samej siebie. Lewica nie może bowiem ulec pokusie stworzenia z PRL-u mitu, wokół którego będzie budować swoją tożsamość i który będzie przeciwstawiać rzeczywistości III czy IV RP. Nie może jednak również zgodzić się na IPN-owską wizję historii, całkowicie odciąć się od PRL-u jako okresu „sowieckiej okupacji”, udawać, że polska lewica nic z nim nie miała wspólnego, i przedstawiać się jako spadkobierczyni emigracyjnego PPS-u. Lewica musi zaproponować własną politykę historyczną wobec PRL-u, wyjść poza trzy obecnie dominujące narracje na temat tego okresu historii Polski.

Jak się pan do takiej wizji ustosunkowuje i czy może ma pan pomysł, jak to zrobić?

Andrzej Mencwel: Zacznę od najłatwiejszego, czyli ostatniego elementu pana pytania. Czy mam pomysł, jak to zrobić? Chyba mam, nie jest to tylko mój pomysł, od razu zaznaczę. Między innymi Andrzej Walicki dużo pisywał na ten temat. Moim zdaniem to jest kwestia historiozoficzna: kto jest w ogóle podmiotem historii? I czy historia to jest droga do raju, czy może wyboisty trakt, na którym ludzie zmagają się z różnymi problemami, jakie sobie stawiają, albo jakie są przed nimi postawione? Problem historii IPN-owskiej nie jest problemem wiarygodności poszczególnych naukowych dokonań. Jeśli ktoś dobrze, rzetelnie pracuje na źródłach to niezależnie od jego poglądów zawsze to, co robi, będzie wiarygodne. Problemem prawdziwym w moim przekonaniu jest fałszywa odpowiedź na pytanie, czym jest historia. Przede wszystkim historia nie jest świetlistym szlakiem, po którym szczęśliwie kroczą wybrani. A jeśli nie jest świetlistym szlakiem, to jest sceną dramatów, na której płaci się różne ceny za różne wybory. W tym ujęciu z założenia historia jest drogą częściowych osiągnięć oraz częściowych klęsk. Jestem zdecydowanym zwolennikiem takiej koncepcji historii. Żałosne są proste zestawiania wyidealizowanych obrazów Polski przedwojennej z czarnymi obrazami Polski powojennej. Skutkiem nie jest przekonanie kogokolwiek, lecz rozbrojenie umysłowe. Proszę przeczytać jakąś „normalną” historię Wielkiej Brytanii, Francji czy Szwecji. Są to historie społeczeństw, które zmagają się z historią przez próby i błędy. Gdzieś na obrzeżach takiej narracji może i spada się do piekła, ale całość składa się z wyważonych ocen. To po pierwsze. Po drugie, kto jest podmiotem naszej historii? W jej panującej wersji politycznej, która przechodzi w policyjną, wyłącznym podmiotem staje się państwo i władza. Otóż według mnie podmiotem historii są ludzie: ludzie, społeczeństwo, naród, wspólnoty ponadnarodowe. Powołują one do życia państwo, żeby ono ich „zabezpieczało”. A czasem żyją bez państwa, jak Polacy przez 123 lata. Pytajmy więc, jak dawali sobie radę i co trwałego wnieśli do zbiorowego istnienia? Co trwałego wnieśli tacy pozytywiści, choć byli lojalistami, czyli „kolaborantami”? Wielopolski kolaborację uprawiał opłacalną czy nie? Właściwie nieopłacalną, ale Szkołę Główną dzięki niemu mieliśmy, zaś pokolenie tejże Szkoły stworzyło później ważną literaturę i myśl polską drugiej połowy XIX wieku. Poza tym my już wiemy, co najmniej od czasu monumentalnej pracy Stefana Kieniewicza, że istniała dziwna zależność pomiędzy radykalizacją postawy Wielopolskiego w odpowiedzi na radykalizację postawy „czerwonych” i nie wiadomo, co było lepsze. Pewne jest natomiast, że konsekwencje powstania styczniowego pogorszyły życie Polaków we wszystkich niemal wymiarach w stosunku do tego, co było przed powstaniem. I to są normalne pola ocen historycznych, ostro czasem wyrażanych, ale mających na uwadze ludzkie podmioty.

Jak w takim razie tego typu dyskurs należy transponować na historię PRL-u, według przepisu profesora Andrzeja Mencwela?

Ja nie mam żadnego przepisu, mam natomiast stosunek do historii, zwłaszcza polskiej. Otóż, historia PRL-u jest pewnym wycinkiem, fragmentem większej całości, jakim jest, nowoczesna zwłaszcza, historia narodu i społeczeństwa polskiego. Ponadto podmiotem tych dziejów nie są władza, partia i policja, choć nie zamierzam przeczyć, że te organy działały i narobiły wiele złych rzeczy, także zbrodniczych. Ale w perspektywie historii narodowej trzeba na przykład uznać, że w 1946 roku, zaraz po wojnie, sejm uchwalił ustawę biblioteczną, której nie przeprowadzono przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Na mocy tej ustawy stworzono powszechną sieć bezpłatnych bibliotek publicznych, która istnieje do dziś. I jak pan idzie do swojej biblioteki uniwersyteckiej, dzielnicowej albo wiejskiej (są takie!), to pan korzysta z dobroczynnych skutków tej ustawy! Czy to nie jest trwała wartość w dziejach narodu polskiego? Czy ona nie powinna mieć swojego miejsca w bilansie tego okresu? Myślę, że każdy racjonalny historyk, naukowiec, a nawet polityk musiałby odpowiedzieć pozytywnie na takie pytania. Poważnie uprawiana historia powinna odpowiadać na pytanie o relację między fazami terroru a rozwojem bibliotek. Okaże się zresztą, że kiedy terror malał, wtedy biblioteki kwitły – i nie jest to wiedza godna pogardy. Wtedy dopiero zaczynają się poważne pytania historyczne, wtedy historycy zaczynają krytycznie myśleć i zaczyna się pisać godną tej nazwy historię. Przez myślenie rozumiem rozwiązywanie dylematów w ocenach, a nie szkolarskie stawianie stopni lub wydawanie osądów. Rzecz zatem polega nie na doraźnej ocenie oderwanych epizodów, lecz na włączeniu tamtych czasów w dzieje. Wtedy dopiero będziemy mieli podstawy do wiarygodnych wartościowań.

Proszę o jeszcze jeden przykład pytania, które historycy badający PRL powinni zadać, a jakoś nie bardzo im to wychodzi…

Proszę bardzo. Na przykład proporcje ludności wiejskiej i miejskiej zostały odwrócone – przeprowadziliśmy się do miast. I od razu nasuwa się pytanie: czy rzeczywista liberalizacja jest w ogóle możliwa, jeśli 70% społeczeństwa mieszka na wsi. Z historii wiemy, iż generalnie w społeczeństwach wiejsko-rolniczych liberalizacje się raczej nie udają, nieodzowna jest dla nich urbanizacja. A u nas z mozołem, w długim cyklu, ale się udało i to na gruncie tamtych przemian. Przekształcenia tych podstaw społecznych nie można wyłączyć z generalnej oceny Polski Ludowej. Dlatego to mówienie o PRL-u należy odczarować. A jego badanie winno się zaczynać od włączenia historii PRL-u do normalnej narracji historycznej dotyczącej kształtowania się nowoczesnego narodu polskiego. Tak jak o tym mówiliśmy. To się zaczyna od przełomu lat 80. i 90. XIX wieku i trwa aż do końca XX wieku. (…)

Liberte, nr X, Grudzień-luty/2012

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com