Andrzej Wielowieyski: Na rozdrożach dziejów

Książka Andrzeja Wielowieyskiego to zbiór esejów historycznych o szczególnie ważnych momentach i wydarzeniach polskiej historii. W każdym z nich był możliwy, a nawet prawdopodobny zupełnie inny przebieg i rezultaty, tego co się stało. Znacznie lepsze lub znacznie gorsze. Dla zrozumienia naszych dziejów i tożsamości (kim jesteśmy?) potrzebna jest zatem rzetelna „historia alternatywna”, opisująca „co by było, gdyby…”. Nie może to być swobodna fantazja, ale rzetelna analiza rzeczywistości i możliwych wariantów rozwoju wydarzeń, która pozwalałaby lepiej zrozumieć i ocenić nasze losy, naszą i pamięć historyczną i nas samych.

Szczególnie ważne są dzieje XX wieku, których autor był świadkiem, zwłaszcza drugiej wojny światowej, perype­tii czasów komunistycznych i przełomu solidarnościowego, którego był też aktywnym uczestnikiem. Przełom ten był nie tylko „wybiciem się na niepodległość”, ale umożliwił uzyskanie przez Polskę, po raz pierwszy od 300 lat, dość silnej pozycji w gwałtownie zmieniającym się świecie.

Naszym czytelnikom proponujemy lekturę pierwszego rozdziału – wprowadzającego. Pozostałe, a zwłaszcza te dotyczące przełomu 1989 r i narodzin III RP, (których autor był aktywnym uczestnikiem) – są jeszcze bardziej fascynujące.


Dlaczego potrzebujemy historii alternatywnej?

Starożytni Rzymianie mawiali, że historia to magistra vitae, nawiązując tym samym do myśli greckiego historyka Polibiusza, który twierdził, że badanie dziejów jest najlepszym wychowaniem i najlepszą nauką aktywnego życia politycznego. Dziś jesteśmy ostrożniejsi. Z doświadczeń i pamięci historycznej czerpiemy wiedzę i inspiracje, ale także przejmujemy urazy, a wraz z traumą świadomość historyczną, czasem fałszywą, z której mu­simy się też z trudem wyzwalać. Zresztą zwykle nie popełniamy starych błędów – jak twierdzi Aleksander Dermandt – ale popeł­niamy nowe.

Nie ulega jednak wątpliwości, że historia, owa „wiedza o lu­dziach w czasie” – jak pisał wielki historyk Marc Bloch – jest nam bardzo potrzebna. Leszek Kołakowski stwierdza na przykład po prostu, że historia nie uczy nas, jak postępować, lecz uświadamia nam kim sami jesteśmy. „Wiedza o ludziach w czasie” – zdaniem Blocha – jest potrzebna, albowiem „z nieznajomości losów minio­nych wynika nieuchronnie niezrozumienie teraźniejszości”, choć oczywiście daremne będą próby zrozumienia przeszłości, jeśli się nie wie nic o dniu dzisiejszym. Zgubić więc własną przeszłość to jakby zgubić siebie samego. Aby zniszczyć lub osłabiać narody, należy niszczyć lub fałszować ich świadomość historyczną. Za­fałszowana zaś pamięć historyczna oznacza zniewolenie. Dlatego rzetelna wiedza o historii to zawsze -jak twierdził Georg Hegel -szansa na wyzwolenie. Tak na przykład zrozumienie zjawiska sar-matyzmu w Polsce w czasach saskich, jako reakcji na nieszczęścia kraju w XVII i w XVIII stuleciu, pozwala niewątpliwie lepiej zro­zumieć reakcje obronne oraz niechęć do nowych propozycji, do reform i do otwarcia na Europę wielu Polaków w ciężko doświadczonym w poprzednich dekadach społeczeństwie polskim na pro­gu XXI stulecia. Oczywiście i na­rody, i różne środowiska społecz­ne mają różne doświadczenia, zatem i odmienną historyczną pa­mięć. Rozumienie i szanowanie tej inności stanowi jedno z waż­niejszych wyzwań współczesne­go świata.

Dla Polaków szczególnie waż­na jest, a może stać się groźna, pamięć historyczna naszych są­siadów – może mniej Niemców z ich pokojowym i demokratycz­nym doświadczeniem ostatnich dziesięcioleci, bardziej zaś Rosjan czy Ukraińców, którym wiodło się nie najlepiej. Inne kraje na­szego regionu Europy są na ogół dopiero w trakcie rozwijania bądź odbudowy swej pamięci i świa­domości historycznej. Ale i nasza własna pamięć, jeszcze po roz­biorach i po „radości z odzyskanego śmietnika”, jak pisał przed laty Juliusz Kaden-Bandrowski, a zwłaszcza po dwóch wojnach światowych stanowiła także dla nas obciążenie, traumę, z której wszakże umiemy się stopniowo uwalniać.

Dlatego tak ważne jest, aby pamięć historyczna była, na ile się da, prawdziwa (pewien subiektywizm jednak zawsze pozostanie), bo fałszywa świadomość historyczna i narodowa grożą zawsze po­ważnymi błędami, słabością i nieszczęściem. Weszliśmy w epokę globalizacji, kiedy bardzo potrzebne staje się zarówno poczucie własnej wartości (co wynika ze świadomości historycznej i zależy od doświadczeń i skali dokonań), jak i umiejętność otwarcia się, współżycia z innymi narodami i zrozumienia odrębnych kultur, co z kolei warunkowane jest przekroczeniem barier tychże tak róż­nych przecież doświadczeń. Wymaga to oczywiście przede wszyst­kim rzetelnego szacunku dla prawdy historycznej.

Pamięć historyczna może być przydatna politycznie, bo po­zwala integrować społeczeństwo w duchu wspólnoty (czasem w sposób sztuczny i powierzchowny). Ustanowienie w putinowskiej Rosji święta narodowego 4 listopada, a więc trzy dni przed świętem rewolucji październikowej, za to w rocznicę przepędze­nia Polaków z Kremla w roku 1612, miało budzić pamięć, która wszelako już dawno zamarła. Natomiast nie mniej ważne jest, że bez tej pamięci trudno jest rozwijać swoją kulturę, a nawet po prostu dobrze żyć. Dawni Grecy wierzyli, że to właśnie Pamięć – tytanka Mnemozyna – jest matką wszystkich muz, bez pamięci bowiem nie ma natchnienia i nie ma tworzenia.

W bliższych nam czasach takiemu przeświadczeniu w sposób przejmujący dał wyraz rosyjski pisarz Piotr Czaadajew w jednym ze słynnych Listów filozoficznych. Stwierdził mianowicie, że twor­zyć kulturę mogą tylko narody, które mają pamięć historyczną i tą pamięcią żyją. Jeśli jej nie mają, nie będą w stanie tworzyć, lecz raczej będą niszczyć. Uznał też nasz region Europy za szczególnie nieszczęśliwy, bo Czechom zablokowano pamięć historyczną po bitwie pod Białą Górą w roku 1620, Węgrom sto lat wcześniej, po bitwie pod Mohaczem w 1526 roku; upadek Serbów rozpoczął się po bitwie na Kosowym Polu jeszcze w roku 1389. 1 Habsburgo­wie, i Turcy niszczyli pamięć historyczną tych narodów konsekwentnie i dość skutecznie. „Jest jeden naród w tym regionie – pi­sał Czaadajew – który ma swoją historię i pamięć, to są Polacy, ale to my, Rosjanie, właśnie zniszczyliśmy im państwo. Sami zaś przez ostatnie dwa stulecia, mimo sukcesów państwa rosyjskiego, nie potrafiliśmy tworzyć świadomości historycznej, bo historia nasze­go państwa nie była właściwie historią naszego narodu, a była historią biurokracji niemieckiej w Rosji”. Listy filozoficzne zostały opublikowane za rządów cara Mikołaja I, nie na darmo nazywa­nego „Pałkinem”, toteż reakcja władzy była szybka: księgarz, który ów traktat wydał drukiem, został zesłany na Sybir, a Czaadajewa zamknięto w domu dla obłąkanych. Po pewnym czasie, po samo­krytyce i odwołaniu poglądów zawartych w Liście pisarz wyszedł na wolność. Sprawa się jednak na tym nie zakończyła, bo trzy­dzieści lat potem książę Iwan Gagarin, dyplomata rosyjski, zrezygnował ze służby, przeszedł na katolicyzm, został jezuitą i… wydał pierwszy tom rosyjskiego samizdatu, tzn. zbiór utworów zakazanych w Rosji. Pierwszą pozycję w tym zbiorze stanowią Lis­ty filozoficzne Piotra Czaadajewa.

Od lat sześćdziesiątych minionego wieku nawiązywałem i pod­trzymywałem kontakty z dysydentami lub osobami o skłonnoś­ciach dysydenckich z Węgier, Rumunii i Słowacji, a nawet Buł­garii. Kilkakrotnie spotykałem się z ich nieukrywaną zazdrością: „A bo wy to możecie mieć jakieś niezależne środowiska i inicjować nawet opozycję polityczną, bo macie swój Kościół oraz swoją his­torię i tradycję”. Niewątpliwie pamięć historyczna i jej znaczenie zarówno w środowiskach elitarnych, jak i ludowych były u nas sil­niejsze. Charakterystyczne były wyniki badań prof. Stefana Nowaka nad postawami i opiniami w zakładach pracy w latach osiem­dziesiątych ubiegłego wieku. Respondenci byli nieufni wobec per­spektyw gospodarki liberalnej, woleli polegać na zarządzeniach komunistycznych ministrów. Wprawdzie nisko oceniali znaczenie i możliwości działania posłów („niewiele mogą zrobić”), ale in­stytucję Sejmu samą w sobie uznawali za bardzo ważną. Taka oce­na, jak sądziliśmy wówczas, wynikała z pamięci czy nawet pod­świadomości historycznej, która wbrew zupełnie jasnej sytuacji ustrojowej w PRL podpowiadała, że „Sejm jest ważny”. Ostatnie dwadzieścia lat, już po upadku komunizmu, zdaje się być potwier­dzeniem słuszności diagnoz Czaadajewa. Tworzenie nowoczes­nych państw w naszym regionie Europy, rozwój kultury społecz­nej oraz sprawność w podejmowaniu nowych wyzwań i reform jest większa na ogół tam, gdzie pamięć historyczna jest żywsza i bogatsza. Niektórym narodom i społeczeństwom trudniej przy­chodzi sprostać takim wyzwaniom nie tylko z powodu braku do­świadczeń wspólnotowych, ale głównie przez niedostatek pew­ności siebie i poczucia własnej wartości, które daje właśnie pa­mięć historyczna.

Odgrywała ona dużą rolę w naszych dziejach, co potwierdza trafność uwag Czaadajewa o Polsce. Pamięć Konstytucji 3 Maja i Insurekcji Kościuszkowskiej integrowała i ożywiała podzielony i gnębiony naród. Później tę rolę przejęła legenda napoleońska, a pobudzała poezja romantyczna. Doświadczenia powstańczych klęsk przez kilkadziesiąt lat tłumiły skutecznie niepodległościowe marzenia, ale Frakcja Rewolucyjna PPS, a potem Czyn Legionowy budziły ją na nowo i na pewno pomogła ona obronić odzyskaną niepodległość i budować Drugą Rzeczpospolitą. Wcześniej jeszcze nie pozwalała tej pamięci zamierać literatura narodowa, z dziełami Henryka Sienkiewicza i Stefana Żeromskiego na czele. Doznaw­szy cudu odzyskanej nieoczekiwanie niepodległości, klęski dru­giej wojny światowej przeżyliśmy boleśniej, o realizm polityczny było nam trudniej i często był on traktowany jako zdrada.

Szczególnie drastyczny był przykład nieuprawnionego użycia pamięci narodowej przy podejmowaniu decyzji o podjęciu walki w Powstaniu Warszawskim. Generał Leopold Okulicki i płk Jan Rzepecki ostrzegali wtedy gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego przed powtórzeniem błędu kunktatorstwa, jaki popełnił gen. Jan Skrzynecki w roku 1831. Było to odniesienie fałszywe, bo kontekst polityczny i militarny w roku 1831 i 1944 był zupełnie inny. Przy­kład ten ukazuje też drastycznie, że nazbyt emocjonalne, nieracjo­nalne traktowanie pamięci historycznej nie tylko może prowadzić na manowce, ale wręcz do wielkich nieszczęść.

W ostatnich dekadach naszych dziejów pamięć konsekwencji Powstania Warszawskiego i doświadczenia robotniczych protes­tów z lat 1956,1970 i 1976 nauczyły nas powściągliwości i ostroż­ności. Przydały się w latach 1980-1989. Wszystko to wskazuje, że pamięć historyczna ma i powinna mieć w dalszym ciągu duże zna­czenie w życiu narodu. Ale pamięć nieszczęść i doznanych krzywd może trwać przez wiele pokoleń i łatwo się odnawia.

Przywołać w tym miejscu można znany zwłaszcza historykom przykład Francji. W niektórych jej regionach (Langwedocja, Cevennes) pamięć prześladowania katarów w stuleciu XIII wzbu­dziła żywiołowy rozwój protestantyzmu w XVI wieku, ten znów wywołał bunty chłopskie przeciw Ludwikowi XIV, a potem rady­kalizm w czasie Rewolucji Francuskiej oraz silny antykościelny i antytradycjonalistyczny radykalizm w XX wieku. Znamienna jest nieprzypadkowo pamięć ukraińska o ucisku, wzajemnych rzeziach i walkach z Lachami (Lachiv ryzaty), która trwa od ponad trzystu lat.

Często narody integrują się nie tylko wokół pamięci zwycięstw i sławy bohaterów (Grunwald, Joanna d’Arc, Borodino), ale rów­nież wokół pamięci nieszczęść. Katalończycy przyjęli za dzień świę­ta narodowego rocznicę zdobycia Barcelony przez wojska francusko-hiszpańskie w roku 1710, wraz z którym na długo zamarła katalońska autonomia i swobody. Szczególnym przypadkiem jest Izrael, gdzie świadomie buduje się poczucie więzi i narodowej wspólnoty na bazie pamięci Holocaustu.

„Tradycje szczęśliwych i zamożnych społeczności są do siebie podobne, łatwiej je rozumieć i akceptować. W przypadku tradycji nieszczęść jest odwrotnie – pisze izraelska historyczka Idith Zertal – każda wspólnota dotknięta nieszczęściem jest nieszczęśliwa na swój sposób, a każdy członek tej wspólnoty nosi na sobie znak tego nieszczęścia… Istotnym jest samopostrzeganie narodu jako wspólnoty traumatycznej, a także budowanie panteonu dla włas­nych męczenników, w których synowie i córki narodu mogliby zo­baczyć wyidealizowany obraz samych siebie”. Innym znamien­nym przykładem jest wielka tradycja narodowa Serbów, która od wieków opiera się na pamięci klęski królestwa serbskiego ponie­sionej w XIV wieku w walce z Turkami na Kosowym Polu. Ta właś­nie tradycja ogromnie utrudnia dziś Serbom uznanie odrębności w 90 procentach albańskiego Kosowa, co jest politycznie oczywis­te, ale moralnie pozostaje dla nich nie do przyjęcia.

Obok założenia, że nauka historii służy prawdzie, a pamięć histo­ryczna powinna się wzbogacać oraz pobudzać twórczość i rozwój narodu, trzeba za Jacąuesem Le Goffem przyjąć, że historia jest niepowtarzalna i że praca historyka powinna uwzględniać trzy zasady: po pierwsze prymatu wydarzenia, po wtóre uprzywilejo­wanej roli jednostek, po trzecie dążenia do narracji kompletnej, tzn. do ukazania możliwie wyczerpująco złożonego kontekstu wy­darzeń.

Od strony politycznej na przykład prymat wydarzenia wsparł w jednym z wywiadów brytyjski premier Harold Macmillan. Na pytanie dziennikarza, co jest najważniejsze w polityce, odpowiedział: „Wydarzenia [events], które trzeba rozumieć”. Fryderyk Wielki dorzuciłby, że „trzy czwarte spraw tego pożałowania go­dnego świata załatwia Jego Świątobliwa Wysokość Przypadek”. Przez kilka pokoleń wychowywano nas w przekonaniu, że naj­ważniejsze jest to, co się dzieje wśród ludzkich mas według pew­nych historycznych prawidłowości, a nawet konieczności. Wraz z załamaniem się marksizmu owo przekonanie osłabło, jakkolwiek badanie zbiorowych poglądów i zachowań pozostanie oczywiście sprawą ważną, a badania historyczne będą się splatać nierozłącz­nie z badaniami socjologicznymi. Można się też zgodzić, że w sta­dium zaawansowanym procesy historyczne są bardziej odporne na figle przypadków.

Tezę o indywidualizacji historii lapidarnie podbudował do­świadczony praktyk, Josip Wissarionowicz Stalin, w znanym prze­mówieniu do absolwentów Akademii Wojskowej im. M.W. Frunzego: „Towarzysze, historię kształtują masy, ale masami kierują sztaby, a więc uwaga na wywiad i kontrwywiad!”. W każdym z waż­niejszych historycznych wydarzeń rola wybitnych jednostek, a czę­sto też dominujących grup społecznych, staje się ważna i bez jej wyjaśnienia nie da się zrozumieć przyczyn i biegu wydarzeń. Pa­weł Jasienica, wielki narrator polskiej historii, stwierdził po pro­stu: „umysł i serce, skreślcie te dwa czynniki, a dzieje narodów stają się niezrozumiałe”.

W jednym z podręczników historii dla liceów z ostatnich lat znalazłem zacytowane dwie maksymy, które powinny mieć decy­dujące znaczenie przy kształtowaniu pamięci historycznej. Pierw­sza pochodzi od Francisa Bacona: „Prawdziwa historia – to zro­zumienie przyczyn”. Drugą przekazał nam Molier: „Jesteśmy od­powiedzialni nie tylko za to co robimy, także za to, czego nie robimy”.

Dążenie do narracji kompletnej, tak aby możliwie dostatecz­nie wyjaśnić złożoność relacji, przyczyn i skutków, wymaga rów­nież rozważenia możliwych „historii alternatywnych”, czyli wydarzeń, które były możliwe, a nawet niekiedy wysoce prawdopodob­ne, a jednak nie nastąpiły- bądź z powodu przypadku, bądź w wy­niku walki czy starań, których znaczenia czasem nie doceniano. Sądzę, że dla zrozumienia zwłaszcza wydarzeń ważnych, przełomowych refleksja nad wariantami tych wydarzeń jako wyniku możliwych rozmaitych decyzji lub innych zbiegów okoliczności jest niezbędna. Bez tego doświadczenie leżące u podstaw pamięci historycznej i opisu historycznego będzie niepełne i mylące.

W na­szej własnej historii, zwłaszcza ostatnich lat, jest na to dosyć przy­kładów. Podejmowane sensowne decyzje polityczne, militarne czy gospodarcze opierają się zwykle na wyborze wariantu najkorzystniejszego lub najbardziej prawdopodobnego spośród jednak kil­ku innych możliwości. Podobnie też wiedza i pamięć historyczna, zwłaszcza gdy dotyczy decyzji i wydarzeń szczególnie ważnych, powinna uwzględniać różne warianty, które mogłyby się zdarzyć i które byłyby poważnie rozpatrywane wraz z ich ewentualnymi skutkami, czyli jak to by było potem i czy byłoby inaczej. Dopiero wtedy możemy zrozumieć i ocenić, kim dziś jesteśmy i w jakiej kondycji żyjemy. Wymaga to jednak historycznej rzetelności: argumenty za możliwością tego co nierzeczywiste możemy czerpać tylko z rzeczywistości, a nie z własnych fantazji. Rzetelne zaś prognozowanie alternatywnych biegów wydarzeń nie może do­tyczyć dłuższych okresów czasu, ze względu na rosnącą geomet­rycznie liczbę niewiadomych.

Angielski historyk Niall Ferguson skutecznie odpiera zajadłe ataki niektórych historyków, zwłaszcza o orientacji marksowsko—deterministycznej, traktujących „historię alternatywną jako ahistoryczne g…”. Przekonywująco wykazuje, że oczywiście mogło nie być amerykańskiej wojny o niepodległość, że Hitler mógł opano­wać w 1940 roku Wyspy Brytyjskie, a potem, że mógł pobić Sta­lina oraz że mogło na przykład nie być żadnego Gorbaczowa. Czy jednak warto zastanawiać się nad rozlanym mlekiem, a zwłaszcza nad tym, które nie zostało rozlane? Ferguson jest przekonany, że: „Na te pytania łatwo odpowiadać, bo my sami przecież nieustan­nie odpowiadamy na podobne kontrfaktyczne pytania w naszym życiu… i nie możemy sobie nie wyobrażać scenariuszy alternaty­wnych…, co by się stało gdybyśmy coś zrobili lub gdybyśmy czegoś nie zrobili […]. Decyzje o przyszłości opierają się zwykle na moż­liwych konsekwencjach alternatywnych biegów wydarzeń. Ma więc głęboki sens porównywanie aktualnych wyników tego, coś­my zrobili w przeszłości, z możliwymi wynikami tego, co można było zrobić”.

Nasza tożsamość – to kim jesteśmy- ukazuje nam się pełniej i bardziej sprawiedliwie, kiedy uświadamiamy sobie, czego nie zrobiliśmy, jakich szans nie wykorzystaliśmy, a także jakich cio­sów udało się nam umknąć. W naszej historii dotyczy to zwłaszcza nieszczęść i zahamowania naszego rozwoju w XVIII i XIX wieku, które nie w pełni były zdeterminowane i których w sprzyjających okolicznościach można było uniknąć lub chociaż mniej płacić złej koniunkturze. Dotyczy to też zdumiewających rezultatów pierw­szej wojny światowej, a także końca zimnej wojny i upadku ko­munizmu, kiedy to dwukrotnie historia ofiarowała nam swą łaskę po zaniżonej cenie. A taki fawor także może wypaczać naszą pa­mięć i świadomość naszej tożsamości.

Po to więc, by lepiej odpowiadać na nowe wyzwania historii i dać więcej szans sobie i wszystkim naszym muzom. Ich matka Mnemozyna – nasza historyczna pamięć – powinna być prawdziwa, czyli możliwie bliska naszym rzeczywistym doświadczeniom oraz walorom i przez to bardziej dorównana do naszych dyspozycji i sprawności.

Dola człowiecza jest trudna, a więc i historia – ta  prawdziwa – ma  raczej smutne oblicze i często jest okrutna. Dominują w niej udręka, cierpienia, pragnienia i zawody. Z trudem i nie zawsze przebija się ludzka mądrość, twórcza inicjatywa, dobro i piękno. Trudno się też zgodzić z Kantem, że etyczne są nie czyny lecz wola. Wola może być bowiem wzniosła, ale koszty, straty czy skut­ki uboczne czynów przy błędach i głupocie, mogą nieść znacznie więcej zła niż dobra. Dlatego warto jest przypatrywać się różnym obliczom tej samej historii, która przez rozmaity bieg wydarzeń, zwłaszcza przez przypadki, czasem niezwykłe, może zmieniać losy krajów i ludzką dolę. Może też ukazywać inny – jaśniejszy bądź ciemniejszy – obraz tych losów. Poznawanie meandrów ludzkiej doli powinno być przedmiotem i celem refleksji historycznej, któ­ra dziś określana jest mianem historii alternatywnej.

W historii nastąpiło wiele wydarzeń niezwykłych i niespodzie­wanych. Były wśród nich takie, które miały ogromne znaczenie także dla losów naszego państwa. W czasie wojny siedmioletniej (1756-1763) Fryderyk Wielki, mimo swych talentów oraz wier­ności i dzielności jego Prusaków, został już w 1762 roku pobity przez potężną koalicję francusko-austriacko-rosyjską, co było ra­czej oczywiste przy istniejącym wówczas układzie sił. Utracił już nawet Berlin – swoją stolicę. I oto nagle umiera wroga mu cesarzo­wa rosyjska Elżbieta, a jej następca Piotr II (wielbiciel Fryderyka) wycofuje się niezwłocznie z wojny. Fryderyk zostaje uratowany, by kilka lat potem zainicjować i przeprowadzić pierwszy rozbiór Polski.

W czasie pierwszej wojny światowej szef wywiadu niemiec­kiego płk Walter Nicolai w zaplombowanym wagonie przewiózł gromadkę rewolucjonistów rosyjskich, z Leninem na czele, ze Szwajcarii do Szwecji, umożliwił im dostanie się do Rosji i wypo­sażył w środki działania. Było to oczywiście postępowanie racjo­nalne – chodziło przecież o osłabienie i pokonanie Rosji jako przeciwnika – ale efekty całego przedsięwzięcia po kilku miesiącach przeszły wszelkie wyobrażenia. Wielkie mocarstwo carów, z paromilionową armią i potężną biurokracją, po prostu się rozpadło. Niewielu sztabowców i polityków brało wówczas coś takiego pod uwagę, zwłaszcza wśród Niemców. Gdyby to uczynili, nie mu­sieliby podejmować tak bezwzględnej wojny podwodnej. A z kolei właśnie ona wciągnęła do wojny Stany Zjednoczone, co w kon­sekwencji zdecydowanie przyczyniło się do klęski Niemiec. Mia­ło to także duże znaczenie dla zjednoczenia i odbudowy Drugiej Rzeczpospolitej.

Trzeci, już bliższy nam, ale szczególnie uderzający przypadek to zerwanie przez Ronalda Reagana negocjacji z Michaiłem Gorbaczowem w Reykjaviku w roku 1986. Rosjanie byli poważnie przestraszeni perspektywą tzw. wojen gwiezdnych, czyli budową przez Amerykanów szczelnego systemu antyrakietowego, który mógł sparaliżować wszelkie próby ataku czy kontrataku ze strony ZSRR. Gorbaczow stanowczo domagał się od Amerykanów ogra­niczenia tego niezwykle drogiego projektu i szukał jakichś moż­liwości kompromisu. Wiedział bowiem, że ZSRR nie ma już sił, by skutecznie kontynuować ten wyścig zbrojeń i że jeżeli Amerykanie pójdą tą drogą, Związek Sowiecki będzie bezbronny, nie będzie już mógł stosować szantażu atomowego, utraci status supermocarstwa i będzie musiał po prostu podporządkować się Amery­kanom. Doradcy Reagana jednak o tym nie wiedzieli i ze względu na amerykańską opinię publiczną, a także ze względu na dość zastraszonych Europejczyków, byli skłonni do jakiegoś korzyst­nego dla Stanów Zjednoczonych, ale jednak kompromisu w spra­wie zbrojeń. I wtedy naciskany coraz bardziej przez Gorbaczowa Reagan wstał nagle od stołu i wyszedł z sali, zrywając negocjacje. Dla Rosjan był to cios, ale wywołał też popłoch wśród Amery­kanów, przerażonych groźbą ostrego wzrostu napięcia między­narodowego, do którego nie byli przygotowani. Popłoch był nieuzasadniony. Rosjanie nie mogli już odpowiedzieć agresywnym kontratakiem politycznym. Nie mieli sił i zaczęli się stopniowo wycofywać. Zimna wojna dobiegała końca. Prezydent Reagan – jak twierdzi Henry Kissinger – ani nie miał o tych sprawach szcze­gólnej wiedzy, ani tej rozgrywki nie przygotowywał, kierował się intuicją i przekonaniem, że „imperium zła”, które go szantażuje, trzeba zablokować. Gdyby tego nie zrobił, zimna wojna i impe­rium sowieckie w swym kształcie przetrwałyby jeszcze prawdo­podobnie wiele lat, a bieg wydarzeń w Europie, zwłaszcza u nas, w Polsce, mógłby być zupełnie inny. I my też, być może jeszcze dziś, żylibyśmy w innym świecie.

Badanie rozmaitych możliwych wariantów decyzji i wydarzeń historycznych wydaje się być czasem wręcz niezbędne dla lep­szego zrozumienia przyczyn i skutków tego, co już się stało. Po­trzebna jest jednak przy tym oczywiście ostrożność, rzetelne ro­zeznanie rzeczywistości i dyscyplina intelektualna. Zabrakło tego w skądinąd ciekawej symulacji alternatywnej kryzysu czechosło­wackiego w 1938 roku, którą zaprezentował dr Piotr Majewski w „Tygodniku Powszechnym” (2008, nr 39). Założył on, co było do wyobrażenia – i co więcej, warte jest zbadania – że Czechosło­wacja stawi opór Niemcom, miała bowiem dość dobrą armię i mo­cne fortyfikacje. Jednakże przyjął przy tym, że wówczas Polacy w sojuszu z Hitlerem też Czechosłowację zaatakują. Potem Stalin, który deklarował przecież swoją solidarność z Czechosłowakami, uderzyłby na Polskę (tak jak na Finlandię). Polska z wielkim tru­dem by się broniła, ale później wraz z Hitlerem kontratakowałaby Związek Radziecki.

Cała ta symulacja była po prostu absurdalna. Gdyby Czechosłowacja postanowiła zdecydowanie bronić swojej niepodległości w 1938 roku, nie byłoby nawet do pomyślenia, aby, jak sugeruje Majewski, Polska mogła wówczas ją zaatakować. Za­jęcie Zaolzia, politycznie błędne, było wszakże dokonane w związ­ku z oczywistym niebezpieczeństwem zagarnięcia tego zamiesz­kanego przez Polaków obszaru przez Niemców, ponieważ Czecho­słowacja zrezygnowała z oporu. Natomiast decyzja podjęcia walki przez Pragę stwarzałaby szansę realizacji marzeń Józefa Piłsudskiego i piłsudczykow o zatrzymaniu Hitlera. Polska bowiem dwu­krotnie proponowała Francji interwencje wobec Niemiec łamią­cych warunki wersalskie: pierwszy raz w 1933 roku, jeszcze za życia Marszałka, drugi raz w 1936 roku, po zajęciu Nadrenii przez Hitlera. Francuzi w porozumieniu z Anglikami odrzucali wtedy te propozycje, także w 1938 roku, kiedy „przed Monachium” polskie sugestie były wyraźne. Minister Józef Beck sygnalizował wtedy Francuzom, że Polska gotowa jest wypełnić swoje zobowiązania sojusznicze wobec Francji. Uśpiony sojusz z Francją, mimo fran­cuskiej bierności wyraźnie się jednak ożywił, nastąpiła wymiana wizyt dowódców na najwyższym szczeblu i otrzymaliśmy znaczne kredyty na zbrojenia.

W swojej symulacji Majewski pominął też rzecz szczególnie ważną: bilans sił zbrojnych. Oczywiście Czechosłowacy, stawiając samotnie opór, nie mieli szans, a Francuzi w 1938 roku po prostu nie chcieli się bić. Zresztą dowódca czechosłowackiej armii gen. Ludwik Krejći nie namawiał prezydenta Edwarda Benesza do bez­sensownego bohaterstwa. Chodziło głównie o to, by doprowadzić do rzeczywistego przyhamowania Niemców. Generał Krejći miał w dyspozycji ponad 30 pełnych dywizji i mocne fortyfikacje. Po­lacy zaś, dla których – jak się okazało później – była to jedyna i ostatnia szansa, mieli 45-50 pełnych dywizji. Hitler dysponował wtedy 75-80 dywizjami, a musiał jeszcze osłonić się od 100 dywizji francuskich (nawet jeżeli uderzenie Francuzów nie było pew­ne). Fuhrer bluffował, więc i grał na pacyfistycznych nastrojach Francuzów i Anglików, choć przecież wystarczyłoby jedno francuskie walnięcie pięścią w stół, a musiałby się cofnąć. Tak to też wtedy oceniali niemieccy generałowie.

Drugie założenie w symulacji dr. Majewskiego, że Stalin ude­rzyłby w 1938 roku na Polskę, jest zupełnie nieprawdopodobne, bo niezależnie od sowieckich problemów wewnętrznych (wielkie czystki), cała strategia Stalina dotycząca podboju Europy zakła­dała włączenie się do konfliktu ewentualnie dopiero wtedy, gdy Niemcy wezmą się za bary z mocarstwami zachodnimi. O przed­stawionej symulacji, o różnych wariantach wielkiej gry w latach 1939-1941 i szczególnej roli Polaków będzie mowa w rozdziale szóstym.

Dzieje toczą się nieustannie, zwykle w sposób trudno obliczalny i nigdy do końca przewidywalny, zwłaszcza w ostatnim stuleciu. Już pierwsza wojna światowa przyniosła wiele zdarzeń zaskaku­jących, a nawet trudnych do wyobrażenia. Nie przewidywano ani tak długiego trwania wojny, ani totalnego wysiłku społeczeństw, ani skali masowych rzezi, w których zginęło ponad 10 milionów żołnierzy. Zaskakujące były i upadek Rosji, odtwarzającej się po­tem w innej postaci, i zniknięcie Cesarstwa Austro-Węgierskiego, i odrodzenie Polski, także rewolucja w strukturze handlu świato­wego i dominująca rola Stanów Zjednoczonych. Podobnie było z przebiegiem i rezultatami drugiej wojny światowej. Nie wyo­brażano sobie Blitzkriegu ani, że Francja dysponująca wtedy – jak oceniano – najsilniejszą armią świata, załamie się w ciągu kilku tygodni, ani też nie przypuszczano, że Anglia będzie musiała wal­czyć samotnie z Hitlerem. Japonia była groźna, ale niewielu było takich, którzy mogli przewidzieć, że w ciągu paru tygodni zagrozi ona bezpośrednio Indiom, Australii czy Hawajom. Z perspektywy czasu widać zresztą silne powiązanie tych dwóch wojen, które tworzą – tak jak to przewidywał stary feldmarszałek von Moltke – wielki trzydziestoletni konflikt, z przerwą wersalską w środku.

Jeszcze w latach trzydziestych minionego wieku wielu czoło­wych fizyków uważało za niewyobrażalne i praktycznie niemoż­liwe robicie atomu, cóż dopiero mówić o wykorzystaniu tego zja­wiska w wojnie czy w polityce. Nie myślano też o takiej skali rewolucji informatycznej z masową TV, telefonią komórkową i kom­puterami. System kolonialny, może z wyjątkiem Indii, wydawał się dość stabilny. Nie można również oceniać wyników obu wojen światowych bez uwzględnienia tego, jak wyglądałaby nie tylko geopolityka, ale także nasza cywilizacja i życie w świecie, gdyby w tych wojnach byli inni zwycięzcy: kajzerowskie Niemcy – w pierw­szej oraz hitlerowskie Niemcy i Japonia – w drugiej. Taki finał zmagań był możliwy, a w przypadku drugiej wojny światowej na­wet całkiem prawdopodobny. W efekcie nie byłoby dziś Unii Euro­pejskiej. Rosja od dawna byłaby inna, Chiny nie byłyby mocarst­wem, a Stany Zjednoczone, odsunięte na bok, z trudem zabiega­łyby o jakiś układ równowagi. Nie można też wykluczyć innego układu sił w przypadku powodzenia imperialnej strategii Stalina, który czekał na konflikt Niemiec z dawną Ententą, aby po ich wza­jemnym wyniszczeniu zająć potęgą uzbrojonej po zęby, dwunastomilionowej Armii Czerwonej całą Europę i utworzyć Europejski Związek Komunistycznych Republik.

Ostatnie zaś trzy dekady mogą być w pełni oceniane tylko wte­dy, gdy się rozważy, jak wyglądałaby zwłaszcza Europa, gdyby Reagan nie zerwał negocjacji z Gorbaczowem w Reykjaviku, a solidarnościowcy nie doprowadzili do Okrągłego Stołu w Polsce. Przy znacznych różnicach, sytuacja u nas mogłaby być zbliżona do sy­tuacji w Chinach po rzezi na placu Tian’anmen w Pekinie, a sowieckie imperium, gnijąc, mogłoby trwać dalej i dziesięć, i dwa­dzieścia lat…

Historyk musi, paradoksalnie, walczyć przeciwko fetyszyzacji historii – jak pisze Witold Kula. Deifikacja sił historycznych, która prowadzi do uogólnionego poczucia niemocy i obojętności, staje się prawdziwym zagrożeniem społecznym. Historyk musi reago­wać, pokazując, że nic nie jest integralnie wpisane z góry w rze­czywistość i że człowiek może zmodyfikować zastane warunki.

Andrzej Wielowieyski

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Roman Czubiński 2012-01-08
  2. Angor 2012-01-12
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com