Andrzej Lubowski: Referendum – do raju, czy na manowce?

schwarzenegger2013-08-25.

Kalifornię, kraj niegdyś mlekiem i miodem płynący, arcydemokratyczne inicjatywy ustawodawcze, czyli referenda, doprowadziły na skraj bankructwa.

Na początku sierpnia Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych po raz kolejny nakazał Kalifornii wypuścić na wolność tysiące więźniów, bo cele są skandalicznie przepełnione. A są przepełnione, choć niedawno zwolniono przedterminowo tysiące skazanych, bo ustawodawstwo przyjęte blisko 20 lat temu w wyniku referendum uczyniło z Kalifornii raj dla więziennictwa. Intencje były, jak zwykle, szczytne.

W 1993 roku, w Petalumie, sennym miasteczku na północ od San Francisco, notoryczny przestępca porwał i zamordował dwunastoletnią dziewczynkę. Zbrodnia wstrząsnęła całym krajem i stała się bodźcem dla zmiany ustawodawstwa w Kalifornii. Przyjęto je rekordowo szybko, z impetem niespotykanym w procesie kodyfikacji, pod hasłem: „dość pobłażania dla kryminalistów – dożywocie dla każdego, kto popełnił zbrodnię, a ma już na swym koncie dwa groźne przestępstwa”. Stąd termin „three strikes”.

Na detale i definicje zabrakło czasu. Za kratki na długie lata trafili i ci, którym to się należało, i całkiem przypadkowi. Formuła zastąpiła sędziowskie rozważania: jak poważne muszą być to przestępstwa?; rabunek z bronią w ręku, kradzież telewizora czy nielegalne rozpalenie ogniska w lesie? Tylko prokurator może poprosić, aby odstąpić od zastosowania tego prawa. Ale prokurator rzadko prosi o łagodny wymiar kary.

Wyborcy zagłosowali pod wpływem impulsu. Nie mieli pojęcia o skutkach I kosztach, kto i jak za zapłaci za stosowanie nowego prawa i czy to naprawdę poprawi ono bezpieczeństwo. Politycy chcieli przypomiać ostrego szeryfa, chroniącego porządnego obywatela przed rzezimieszkiem. Zabiegali nie tylko o głosy wyborców, ale także o względy potężnego związku strażników więziennych. Im dłuższe wyroki, tym więcej więźniów, bo mniej ich wychodzi. Im więcej więźniów, tym więcej więzień. Im więcej więzień, tym więcej potrzeba strażników. Im więcej strażników, tym więcej składek związkowych. Im więcej składek związkowych, tym więcej pieniędzy na wspieranie jednych polityków i torpedowanie innych. A przy okazji związek załatwia dla swoich lukratywne płace i zyskuje kontrolę nad zarządzaniem więzieniami. Podczas gdy w ostatnim trzydziestoleciu średnie realne (po uwzglednieniu inflacji) wynagrodzenie w systemie szkolnictwa wyższego w Kalifornii pozostało bez zmian, to strażnicy więzienni dostawali wielokrotnie podwyżki, i zarabiają 50-90 procent więcej niż ich koledzy w innych stanach.

Spora część więźniów to ludzie psychicznie chorzy, dla których stan nie ma alternatywnych pomieszczeń, od kiedy gubernator Ronald Reagan zamknął szpitale psychiatryczne w Kalifornii i pacjentów wypuścił na ulice. Co piąty więzień trafił za kratki z powodu narkotyków: posiadanie lub handel. Wielu z nich to narkomani. Dziś w więzieniach Kalifornii z wyrokiem dożywocia siedzi 9 tysięcy ludzi, wśród nich tacy, których trzecie przestępstwo stanowiła próba kradzieży pary rękawiczek w domu towarowym.

Od 1980 r. wydatki na więziennictwo wzrosły 15-krotnie, cztery razy szybciej niż całość wydatków stanowych. Koszty będą rosły, gdy więźniowie będą się starzeć i wymagać więcej opieki medycznej. W opinii władz federalnych opieka medyczna w więzieniach Kalifornii jest na poziomie krajów Trzeciego Świata albo poniżej. I dlatego, w 2011 roku Sąd Najwyższy nakazał po raz pierwszy władzom Kalifornii zwolnienie tysięcy więźniów.

Zmiana prawodawstwa nie byla pierwszym strzałem w stopę jaki zafundowala sobie w wyniku referendum Kalifornia. Samobójem o jeszcze bardziej bolesnych konsekwencjach bylo refendum przeprowadzone 15 lat wcześniej, które dotyczyło podatków od nieruchomości.

Między 1950 a 1970 rokiem liczba ludności stanu podwoiła się z 10 do 20 milionów i dalej rosła. Ponieważ ludzi przybywało szybciej niż miejsc do mieszkania, ostro w górę pięły się ceny nieruchomości, a w ślad za nimi rosły podatki od tych nieruchomości, liczone od wartości domów i mieszkań. Wprawdzie podatki te wspierały rozbudowę infrastruktury i rozmaite świadczenia municypalne, to zwłaszcza emerytów zaczęły dręczyć obawy, czy będą w stanie pozostać w domach, które kupili kiedyś za sumy znacznie niższe, niż zaktualizowana ich wycena.

Te obawy i antypodatkowy sentyment znalazł swe ujście w referendum w czerwcu 1978 r. W jego wyniku wprowadzono do konstytucji stanu poprawkę (tzw. Prop. 13) w myśl której do czasu zmiany właściciela wartość nieruchomości jest szacowana na poziomie wartości rynkowej z 1975 r. Dla celów podatkowych może być podniesiona o stopę inflacji, ale nie więcej niż o 2 proc. rocznie. W konsekwencji dramatycznie spadły wpływy podatkowe stanu.  Co więcej, w myśl przegłosowanego w referendum zapisu żadnego podatku stanowego nie można podnieść bez 2/3 głosów w obu izbach parlamentu.

Tymczasem podatek od nieruchomości to podstawowe źródło dochodów dla rządów lokalnych i główny środek finansowania szkolnictwa. W wyniku Prop. 13 kalifornijskie szkoły, w latach 60. w czołówce USA, spadły w pewnym momencie na 48 pozycję w kraju (w ostatnich notowaniach awansowały na 33 miejsce).  Ucierpiały biblioteki publiczne, straż pożarna, lokalna policja. Aby zapełnić dziurę we własnym budżecie, miasta zaczęły podnosić podatki od sprzedaży detalicznej. Nowym źródłem wpływów stanowych stały się podatki z hazardu na terenie rezerwatów Indian. Negocjacje ze szczepami indiańskimi na temat tego, któremu z nich dać prawo do budowy kasyn i na jakich warunkach, nieustannie zaprzątają uwagę mediów i kalifornijskich parlamentarzystów. Co w niczym nie zmieniło faktu, że deficyt budżetowy Kalifornii zaczął szybko pęcznieć, gdy gospodarka zwolniła, a potem wpadła w recesję.

Prop. 13 pozostaje popularna wśród wyborców – większość z nich posiada bowiem domy i perspektywa podwyżek podatków od nieruchomości jest mało kusząca. Argument, że płacą za to w inny sposób, stosunkowo niewielu przekonuje. Rosnący deficyt i cięcia wydatków zachwiały popularnością gubernatora Gray’a Davis’a. W niespełna rok po jego ponownym wyborze został odwołany w wyniku referendum.. Na jego miejsce przyszedł roześmiany i kipiacy samozadowleniem Arnold Schwarzenegger. Oznajmił że  potnie kartę kredytową i da zniewieściałym (girly men, jak powiadał Mr. Universe) przedstawicielom narodu zastrzyk testosteronu. Silny Arnold miał zaprowadzić dyscyplinę fiskalną. Szybko zachłysnął się własną popularnością i zgłosił pod publiczne referendum całą masę pomysłów, które szły w kierunku, na który – sądził – dostał mandat. A więc ograniczenie siły związków, wprowadzenie limitu wydatków etc. I przegrał. Znalazł się dokładnie tam, gdzie wcześniej jego wyśmiewany i pobity rywal. Tyle że dziura w budżecie tylko się powiększyła. Zaś elektorat nie wyleczył się z powszechnej schizofreni – chce świadczeń, ale nie chce za nie płacić.

Obecny gubernator Jerry Brown – siedział w tym samy fotelu w latach 1978-1983 i wówczas przeciwstawiał się bezskutecznie Prop.13 -odziedziczył po Schwartzeneggerze stan na krawędzi bankructwa. W przeświadczeniu, że istnieją granice cięć w systemie oświaty i świadczeń społecznych poza które nie można wychodzić, przy wsparciu blisko dwustu przywódców religijnych różnych wyznań zgłosił w formie referendum propozycję, aby podnieść podatki dla najbogatszych. Amerykanie tradycyjnie są przeciwni podwyżkom podatków, nawet jeśli to ich samych nie boli, w dużym stopniu dlatego, że sami siebie widzą w przyszłości w butach ludzi bogatych. Tym razem jednak większość wyborców Kalifornii opowiedziało się za stworzeniem na siedem lat trzech nowych progów w podatkach dochodowych i podwyższenie stawek w tych przedziałach, a także za podwyżką stanowego podatku od sprzedaży, który dotyka wszystkich. Referendum zobowiązało rząd, aby większość dodatkowych przychodów podatkowych przeznaczyć na szkolnictwo publiczne i pomoc dla dzieci.

W drodze referendum w listopadzie 2012 ograniczono także stosowanie prawa nakazującego dożywocie za trzecie poważne przestępstwo („three strikes”), redefinując co kwalifikuje się na stosowanie tego prawa.  Aby zatem odkręcić część nonsensów i naprawić część wyrządzonych przez referenda szkód, Kalifornia sięgnęła w desperacji po to samo narzędzie, które wpędziło ją w kłopoty.

Kalifornijskie doświadczenia obnażają pułapki referendum jako narzędzia demokracji bezpośredniej, która jeszcze bardziej niż demokracja przedstawicielska podatna jest na demagogię, argumenty smakowite, ale nie do końca przemyślane, pokusy czegoś za nic, miraże i domki z piasku. Pokazują, że chciejstwo w myśl szczytnych ideii, pozbawione wyobraźni i refleksji, albo zabieg skalkulowany przez politycznych spryciarzy, potrafi zniszczyć więcej, niż ktokolwiek by oczekiwał. Referenda są zwykle wyrazem frustracji i rozczarowań. Przynoszą lepsze rezultaty gdy poprzedza je solidna analiza potencjalnych skutków i alternatyw, a nie jedynie emocje.

[mappress mapid=”51″]

Andrzej Lubowski

Tekst publikowany również przez „Gazetę Wyborczą”

Nasza druga ankieta; weź udział koniecznie!

Print Friendly, PDF & Email

8 komentarzy

  1. Incitatus 2013-08-26
  2. PIRS 2013-08-26
    • Lubowski 2013-08-26
  3. bisnetus 2013-08-26
  4. Lubowski 2013-08-26
    • bisnetus 2013-08-27
  5. Lubowski 2013-08-27
  6. de mowski 2013-08-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com