BenFranklin: Dziennikarz roku 2011- głos spoza środowiska

Od kilku lat przyglądam się działalności polskiego dziennikarstwa. Uważam bowiem, że jeśli ktoś (obojętnie zawodowo czy amatorsko) podjął się zadania komentowania wydarzeń politycznych, to powinien wiedzieć co w dziennikarskiej trawie piszczy i to bez względu na to co o tym środowisku myśli. Tak więc, z czystego „blogersko-komentatorskiego” obowiązku przyglądam się różnym zjawiskom jakie występują w środowisku dziennikarskim, dotyczy to także wzajemnych relacji pomiędzy różnymi nurtami polskiego dziennikarstwa, ze szczególnym uwzględnieniem plebiscytów  i konkursów, w których to sami dziennikarze oceniają swoją pracę.

Najważniejszym i chyba najbardziej prestiżowym konkursem tego typu jest organizowany przez miesięcznik „Press” plebiscyt „Dziennikarz roku”. Od kilku lat stopniowo moja opinia na temat tego konkursu pikuje w dół. Pomimo faktu, że w dwóch ostatnich latach, organizatorzy słusznie odeszli od przyznawania wyróżnienia dziennikarzom politycznym i zaczęli zwracać uwagę na nieco inne problemy, to jednak wciąż nie mogę wyzbyć się wrażenia, że także obserwując rozwój tego  plebiscytu dostrzec można skrzętnie ukrywane przed światem poza dziennikarskim problemy środowiska. Chociaż w poprzednim roku laureatem został Artur Domosławski, a dziennikarzem roku 2011 prześladowany przez białoruski reżim Andrzej Poczobut, to trudno nie oprzeć się wrażeniu, że oba tytuły zostały przyznane raczej ze względu na chęć zwrócenia uwagi opinii publicznej na problemy podnoszone przez obu laureatów niż ze względu na ich wkład w rozwój polskiego dziennikarstwa.

Trudno też dostrzec, aby obaj laureaci dotarli jakoś szczególnie głęboko do świadomości masowego odbiorcy, który w 9 przypadkach na 10 wykazuje wobec działalności obu panów obojętność (co dla dziennikarza jest przecież zawodową porażką). Ani książka Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim, ani perypetie białoruskiego Polaka „skrytego” pod dramatycznie nieskutecznym parasolem „Gazety Wyborczej” nie świadczą jeszcze o tym, że obaj panowie są rzeczywiście na tyle znakomici w swojej dziennikarskiej pracy, aby zasłużyć na tytuł Dziennikarza Roku. Mimo dużego szacunku jaki żywię do obu wspomnianych wyżej laureatów, nie dostrzegam, aby poza środowiskiem dziennikarskim ich działalność jakoś szczególnie podrywała wyobraźnię odbiorców. Jeśli wziąć pod uwagę jak bardzo i jak wiele mediów usiłowało pomagać obu laureatom w propagowaniu ich działalności i jak niewielkie przełożenie ta pomoc miała na opinię publiczną to widać na tych przykładach doskonale problemy jakie toczą niczym nowotwór współczesne polskie dziennikarstwo. Zwyczajnie, z każdym rokiem coraz bardziej hermetyczne środowisko ma coraz większe problemy ze skutecznym komunikowaniem się z odbiorcą.

Wracając do plebiscytu. Przełom roku sprzyja podsumowaniom i ja także pokuszę się w związku z tym o mały bilans, przy okazji dokładając (tradycyjnie już) łyżkę dziegciu do dziennikarskiego miodu. Moim zdaniem, w roku 2011 na szczególne wyróżnienie zasłużył tylko jeden przedstawiciel tego zawodu. To obecny poseł Ruchu Palikota i rzecznik prasowy nowego klubu parlamentarnego, Andrzej Rozenek.

W Polsce są dwie drogi do zaistnienia jako dziennikarz w świadomości odbiorcy: znajomości i polityka. Jestem głęboko przekonany, że większość odbiorców dowiedziała się o istnieniu takiego dziennikarza jak Andrzej Rozenek dopiero po jego wyborze na posła. Nikt poza, choć wciąż stosunkowo liczną, to jednak niszową w skali ogólnopolskiej, publicznością tygodnika „Nie” nie słyszał wcześniej o takim dziennikarzu. Andrzej Rozenek, ciągle młody (jak na warunki panujące w tym środowisku), wieloletni dziennikarz śledczy, a następnie zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Nie” ma wiele atutów, które właściwie powinny dać mu już dawno status dziennikarskiej gwiazdy. Jest kulturalny (co nie wszystkim się „przytrafia”), umie mówić poprawnie po polsku (też coraz rzadsze zjawisko w środowisku), bardzo dobrze pisze, znakomicie polemizuje, jest bardzo dobrym warsztatowcem kładącym duży nacisk na przygotowanie merytoryczne, co najlepiej widać na prowadzonych przez niego konferencjach prasowych Ruchu Palikota. Właściwie kariera w wielkich mediach powinna stać przed nim otworem, a wydawcy nie dawać mu spokoju i proponować coraz lepsze oferty zatrudnienia. I tak by z pewnością było gdyby polskie dziennikarstwo było choć odrobinę zdrowsze. Niestety, jako że Andrzej Rozenek jest wieloletnim współpracownikiem i podwładnym Jerzego Urbana, to na dobre może zaistnieć w mediach właściwie dopiero wtedy, gdy de facto odchodzi z dziennikarstwa do polityki. Nic się nie liczy – tylko i wyłącznie sprawy personalne, niezwiązane z warsztatem dziennikarskim, kompetencjami itp., w ogóle z niczym niezwiązane.

Wnioski jakie płyną z paradoksu casusu Rozenka, są dla współczesnego polskiego dziennikarstwa zabójczo bezlitosne. Albowiem skoro jedyną szansą dla zdolnego, ciągle obiecującego i na pewno nietuzinkowego dziennikarza jakim jest Rozenek, jest zawieszenie działalności dziennikarskiej na rzecz czynnego uprawiania polityki oznacza to tylko tyle, że w Polsce nie warto zajmować się dziennikarstwem. Przykład ten pokazuje młodym adeptom zawodu, że droga do sukcesu wcale nie wiedzie przez rzetelne wykonywanie swoich obowiązków, rozwijanie talentu czy ciężką pracę, droga wiedzie albo przez politykę albo przez niejasne układy personalne.

Widzom, czytelnikom, radiosłuchaczom i internautom można współczuć gdy usiłują sobie kolejny raz odpowiedzieć na pytania w stylu: dlaczego znów ten Warzecha czy inny Semka? Środowisku dziennikarskiemu nie można jednak nawet już współczuć, bowiem jak sobie pościeliło tak się wyśpi. Jest już za późno, aby powstrzymać kolejne tytuły prasowe przed upadkiem i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, prywatnie jedynie można sobie przed komputerem przyznać tytuł dziennikarza roku 2011, panu Andrzejowi Rozenkowi (bez miesięcznika „Press” i jury złożonego z „najwybitniejszych” przedstawicieli zawodu), a tzw. autorytetom, które decydują o tym kto, gdzie, i jakim jest dziennikarzem, można życzyć jedynie: Szczęśliwego Nowego Roku!

Benfranklin


Publikujemy tekst znanego blogera, od lat zresztą z nami współpracującego. Ma prawo do swojej opinii. W kwestii przez niego poruszonej wyżej jesteśmy jednak w redakcji nieco innego zdania: o tym, kto jest wybitnym dziennikarzem, może decydować w ostatecznym rozrachunku wyłącznie środowisko. To środowisko robi błędy, jego werdykty bywają kontrowersyjne czy koniunkturalne, to prawda – ale zdanie się w całości w ocenie na tzw. opinię czytelniczą mogłoby z łatwością doprowadzić do sytuacji, w której tytuł “dziennikarza roku” odbierze zwykły błazen. Niech więc publiczność czyta (lub nie; to tez jest ocena, często dla zainteresowanego bolesna) – a o uznaniu mistrzostwa niech decydują inni mistrzowie. Nie politycy, nie biznesmeni, nie profesorowie. Zawodowcy. Co nie znaczy, że “cywil” nie ma mieć prawa do własnych sympatii czy antypatii, także w tej dziedzinie. Ma. Prywatnie. 

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. Paulina Suszka 2012-01-11
    • Baczyński 2012-01-12
  2. Przyborska 2012-01-13
  3. Hazelhard 2012-01-14
  4. Sensimilla 2012-01-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com