Pisanie z Kapuścińskim

Pisanie” to niezwykła książka. Autor, Marek Miller, tak opisuje historię jej powstania:

„Wiosną 1987 roku Kapuściński zgodził się przyjechać do Łodzi na trzy dni i rozmawiać o pisaniu. Po Cesarzu Szachinszachu był u szczytu sławy i publicznego zainteresowania. Tymczasem w środowiskach intelektuali­stów i ludzi kultury trwał bojkot telewizji spowodowany konsekwencjami stanu wojennego. Międzynarodowego sukcesu nie sposób było normalnie zdyskontować. Zamiast przed kamerami państwowej telewizji Kapuściń­ski wystąpił w studenckim studiu. Sądzę, że ta sytuacja wpłynęła na kli­mat naszej rozmowy, która miała w sobie coś z „konspiracji” i coś z sub­stytutu. Nikt jeszcze nie wiedział, w którą stronę ostatecznie potoczą się wypadki w Polsce…”

„Pisanie” jest literackim zapisem tamtej nigdy nie publikowanej, bardzo długiej i bardzo dawnej rozmowy. „W tej książce – napisała Hanna Krall – Rysiek jest taki, jakiego znałam: i przenikliwy, i natchniony. Warto z nim pobyć”

W całości podzielam te opinię. Zwłaszcza, że kiążka ukazuje się w piątą rocznicę śmierci Ryszarda Kapuścińskiego.


Dla czytelników Studia Opinii wybraliśmy fragment jednego z pierwszych rozdziałów książki, wydanej nakładem „Czytelnika”:

 Rozmawianie, a pisanie

(…)- Czym różni się pisanie od mówienia, od rozmawiania?

 Pisanie jest bogatsze od rozmawiania. Dobre pisanie jest rezul­tatem ogromnej koncentracji. W rozmowie nigdy nie możesz osiąg­nąć takiego stopnia skupienia i koncentracji, jaki osiągasz w pisaniu, a wszystko jest skutkiem koncentracji. Moja teoria to jest teoria kon­centracji. Dla mnie skala talentu jest skalą zdolności koncentrowania się. Gdyby noga stołu, przy którym piszę, była w stanie tak mocno się skupić, jak ja to robię, również napisałaby książkę. Jak wstajesz od pi­sania, to jesteś cały mokry. Pot ciurkiem z ciebie leci. Nie wiesz, co się działo, która jest godzina. To znaczy byłeś w takim stanie, które­go w rozmowie nie jesteś w stanie osiągnąć.

– Dlaczego?

Bo skupienie wymaga zamkniętej przestrzeni. Godzinami się wchodzi w ten nastrój. Nie można powiedzieć: „Dzisiaj poniedziałek, zaczynam pisanie”. Możesz powiedzieć: „Będę pisać”, ale rzadko to będzie to pisanie, o które ci chodzi.

– To smutne, że życie przegrywa z pisaniem.

Nie, ponieważ pisanie zostaje.

 – Nie miałeś jednak nigdy ochoty zrealizowania się tylko w teraź­niejszości, w chwili która trwa? Bez oglądania się na to, co zostaje?

– Tak. Ale ciągle realizujesz się w teraźniejszości. Przecież prowa­dzisz niesłychanie aktywny tryb życia. Ciągle masz spotkania, ciąg­le z kimś rozmawiasz, ciągle masz jakieś odczyty, jakieś wywiady. Ale jest taka sfera możliwości, twoich doznań, o których nie potrafisz powiedzieć w rozmowie, bo jej sobie nie uświadamiasz – ponieważ uświadamiasz ją sobie dopiero przy bardzo wysokim stopniu koncen­tracji. A po to, żeby dojść do tego stopnia koncentracji, musisz spę­dzić na przykład tydzień. W jaki sposób zaczynam pisać książkę? Le­żę na podłodze tydzień. Kładę się i leżę. Koncentruję się. Wyłączam telefony, nikogo nie ma, pozamykane wszystko. Pierwszy dzień nic, drugi dzień nic, trzeci dzień nic. Czwartego coś zaczyna mi chodzić po głowie. Piątego, szóstego dnia zaczyna się wreszcie pojawiać ja­kaś mgła, coś zaczyna się krystalizować. Dopiero wtedy próbujesz, siadasz, piszesz. I nic. Jedno zdanie. I nic. Wyrzucasz. Nie to. Jednym słowem masz wielki luksus. Bo to jest luksus. Luksus czasu i warun­ków, w których możesz to wszystko zrobić. I jeszcze jedno. Zanim za­czniesz pisać, to sobie nie uświadamiasz, co ty właściwie dokładnie chcesz powiedzieć. Ukazała się biografia Hannah Arendt, filozofki, autorki książki Korzenie totalitaryzmu – jednej z fundamentalnych prac o totalitaryzmie. Autorka tej biografii mówi, że Hannah Arendt miała zwyczaj po południu kłaść się na sofie i rozmyślać godzinę czy dwie. W recenzji tej książki inny filozof amerykański Josef Epstein napisał, że jemu to się wydaje dziwne, żeby Hannah Arendt mogła kłaść się po obiedzie i dwie godziny rozmyślać. Mogła się kłaść, żeby sobie po prostu odpocząć, bo to już była starsza pani. Natomiast nie wierzy w to, że ona się kładła, żeby rozmyślać. Ponieważ on uważa – i tu przeprowadza analogie z procesami twórczymi różnych innych filozofów – że myślisz właściwie wtedy, kiedy piszesz, że akt myśle­nia jest nierozerwalnie połączony z aktem pisania, że to jest jedność, że praktycznie myślisz w momencie, gdy siadasz do maszyny. Czyli: masz coś napisać i wtedy zaczynasz myśleć.

– Ty też tak myślisz?

Tak. Jak nie masz tej maszyny, tej kartki papieru przed sobą, to nie myślisz.

– W takim razie straciłeś dla pisania wiele lat, bo nie pisałeś, tyl­ko podróżowałeś?

Tak. Oczywiście.

– Ale zawsze mówiłeś, że wyjazdy były ważniejsze od pisania?

Tak. Bo inaczej nie zdobyłbym materiału, bo źródło tego pisania bije w podróżach. Ale chodzi mi o proces twórczy – tak długo póki nie zacznę pisać, tak długo nie wiem, co chciałem napisać. Dopiero po­tem patrzę, że zaczyna mi się coś pisać. I zaczynam to pisać. Słówko po słowie, bo słowo u mnie wychodzi ze słowa. Jedno słowo wycią­ga następne, a to wyciąga kolejne. Taki łańcuch ciągnie się i ciągnie bardzo powoli, a w pewnym momencie staje. Potem znowu się ciąg­nie. Znowu staje. Piszę bardzo wolno. W pewnym momencie tracisz świadomość w trakcie pisania i już dalej nie wiesz, co się dzieje. Nie wiesz, nie wiesz… a potem następuje przebudzenie. Kiedy to nastę­puje, to raptem patrzę – a wtedy jeszcze, kilka lat temu, paliłem – że popielniczka przy maszynie jest pełna petów. A nie miałem w ogóle świadomości, że paliłem. Czuję tylko, że jestem cały mokry. I dopie­ro zaczynam się wycierać, i zaczynam patrzeć: tu leży jakaś kartka, tu leży jakaś kartka, tu jest coś poprzewracane, coś tam napisałem. Nie czytam tego, bo nie mogę tego przeczytać. Mam taki wstręt, nie­nawiść do tego, że nie mogę spojrzeć w tamtą stronę. Kiedy praco­wałem w redakcji, to brałem tę kartkę i pędziłem do samochodu (bo zawsze pisze się na ostatnią chwilę). Moją główną myślą było, żeby szybko oprzytomnieć, bo inaczej spowoduję wypadek, bo nie mam świadomości, że jadę samochodem, i nie wiem, co się ze mną dzieje. Koncentrowałem się na czerwonych światłach. Wpadałem do redak­cji i zostawiałem tekst. Tak to jest z pisaniem.

A w rozmowie masz partnera, który cię słucha. Musisz przeka­zać jakieś logiczne racje, jakieś ciągi myślowe i starasz się być na poziomie. Przy pisaniu nie masz tego problemu, nikt cię nie kontroluje. I w związku z tym się nie spieszysz, na niczym ci nie zależy. Tylko wchodzisz w dziwny obszar, a jak potem z niego wychodzisz, to już nigdy tam nie wrócisz. Wracasz do zupełnie innego świata. W roz­mowie jest zawsze jakaś interakcja, w pisaniu natomiast jest czysty strumień, który cię w coś wciąga i toniesz. Czasem jest jednak tak, że nie możesz wejść do tego strumienia. Nic nie przychodzi ci do głowy, bo nie możesz się skupić, nie możesz się skoncentrować, coś cię roz­prasza. Ja muszę mieć cały wolny dzień, żeby coś napisać. Kiedy na przykład wiem, że mam prawie cały wolny dzień, ale wieczorem po­winienem się z kimś spotkać, to już nie mogę pisać. Myślę o tym, co będę robił wieczorem. Muszę mieć zupełnie czyste pole, pustą prze­strzeń. I wtedy dopiero „zaczyna mi się pisać”. I wtedy dopiero za­czynam szukać pomysłów.

Często ludzie mówią do mnie: „Czytasz o sobie recenzje z całe­go świata. Tyle entuzjazmu, tyle pochwał we wszystkich możliwych językach. Masz to, co chcesz. Jak ty to przyjmujesz? Nie robisz się zarozumiały?”. Ja odpowiadam: „Nie. Bo potem, kiedy siadam przy tej kartce papieru, to jestem jak taki mały szczeniacki debiutant, któ­ry wszystko zaczyna od początku. Bo nic nie istnieje i muszę zapeł­nić tę kartkę, a ja jej nie mogę zapełnić. Siadam jak mały, zniszczo­ny, nieważny, nieistniejący facecik, który nie potrafi tego zrobić i to mnie redukuje z powrotem do zera”. Mając poczucie tego, że muszę tę kartkę papieru zapełnić, zawsze wiem, że startuję od zera i wiem, że całe życie będę startował od zera. Ponieważ to doświadczenie, jakim jest pisanie, nie sumuje się. Pisanie zawsze musi się zaczy­nać od początku, zawsze od pierwszej klasy, od abc, od alfabetu, od „Ala ma kota”. Jeśli nie mogę czegoś napisać i męczę się tak, że nie mogę tego znieść, że nie wytrzymuję, to wtedy szukam jakiegoś ra­tunku. Bo ta niemożność tak mnie paraliżuje, tak gnębi i tak dobi­ja, że wchodzę w stan dla samego siebie okropny – stan poczucia bezsiły, niemożności. Wtedy ratuję się w ten sposób, że zaczynam od najprostszego zdania. Książka ma dwieście stron, ale te dwieście stron nie ma znaczenia. Ważne jest pierwsze zdanie, tych pierw­szych pięć, sześć słów. One rozstrzygną o wszystkim. Jeśli mam to pierwsze zdanie, to mam książkę. Ale wpaść na to pierwsze zdanie jest niezmiernie trudno.

– Jak wpadłeś na pierwsze zdanie przy Cesarzu?

– Pisałem Cesarza po powrocie z Etiopii, w której byłem już któ­ryś raz z kolei. Pracowałem wtedy w „Kulturze” i jej naczelny re­daktor Dominik Horodyński powiedział: „Jest czwartek. We wtorek, w przyszłym tygodniu dajesz mi gotowy tekst pierwszego odcinka. Zaczynamy druk reportaży z Etiopii”. Poszedłem do domu – mam piątek, sobotę, niedzielę. Siadam. Jak się pisze reportaż zagranicz­ny? Bardzo prosto. Przylatujemy na lotnisko. Tam już są jakieś pa­trole, zwiększona kontrola. Próbujemy dostać się do miasta. Czołgi na drodze, bo to jest zamach stanu. Jest rewolucja, tu jakaś baryka­da, tu spalony bank, tu posterunki. Idziemy do hotelu. W hotelu nie ma co jeść, szukamy akredytacji, l już wszystko wiemy, mamy go­towy reportaż: w dwie, trzy godziny tworzymy dziesięć stron ma­szynopisu. Odcinek przesyłamy do redakcji. Wszyscy są szczęśliwi. Nasz wysłannik był na miejscu wydarzeń i przesłał pierwszy gorą­cy reportaż. Ale wtedy, kiedy ja usiadłem do pisania tego tekstu, był rok 1976. Miałem za sobą dwadzieścia lat jeżdżenia po świecie. Za­cząłem pisać tekst i zobaczyłem, że już tak dalej nie mogę, że mnie to nudzi, że przerobiłem to wszystko sto razy. Byłem świadkiem stu rewolucji, byłem na stu lotniskach, przejechałem obok tysiąca patro­li. Muszę o tym napisać inaczej. Ale jak? I tutaj dopiero zaczyna się cała historia. Postanowiłem: już tak pisać nie będę. Ale we wtorek mam oddać tekst! Trudno, co będzie, to będzie, to jest gra o wszyst­ko. Nie poszedłem we wtorek do redakcji, nie napisałem tekstu. Mija tydzień, mija drugi, mija trzeci. Cierpliwość redakcji się wyczer­puje. Ja w ogóle zniknąłem, nikt nie wie, co się ze mną stało. A ja po prostu leżę na podłodze i czekam.

– Co jest z tym leżeniem, już drugi raz o tym wspominasz? Dlacze­go leżysz na podłodze?

– Bo to jest pozycja niewygodna – jak się leży na wygodnym łóżku, to się zasypia. Trzeba sobie stworzyć sytuację trudną, która pozwo­li być czujnym wobec samego siebie i się kontrolować. Wtedy powie­działem sobie, że jest mi wszystko jedno. Jeśli wyrzucą mnie z redak­cji, to trudno. To już dla mnie nie było istotne. No i szukam, szukam. Zaczynam przeglądać różne materiały, papiery. Ja to wszystko wie­działem, miałem całą bibliotekę o Etiopii. Co robić? Będąc już na skraju rozpaczy, pełnej depresji, głębokiej beznadziei, szukam, żeby wrócić do tego, co najprostsze, do najprostszego zdania, do najprost­szej rzeczy. To mnie uratuje. Zawsze wiedziałem, że tylko prostota ratuje, najmniejsza mała rzecz ratuje. Człowiekowi na pustyni życie ratuje kubek wody, nie ma nic prostszego niż kubek wody. I przycho­dzi mi do głowy, że cesarz miał małego psa i chodził zawsze z tym małym pieskiem, zawsze go nosił, i że miał sługę, który się koło te­go pieska kręcił. Pomyślałem sobie, że oto jest ten sługa i że on może coś mówić. Co on mówi? Mówi o tym psie, bo po prostu się nim zaj­muje. I on mi opowiada. Jakie najprostsze zdanie można powiedzieć o psie? No to ja piszę: „To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu”. Patrzę, czy można jeszcze prościej. Nie. Nic prościej się nie da powiedzieć, i w tym momencie, kiedy to napisałem, już wiedzia­łem, że mam książkę. Reszta to była tylko praca. Bo potem napisałem preambułę, że słucham tych ludzi itd., itd. Ale to najprostsze zdanie o psie jest zdaniem, które otworzyło Cesarza. Dopóki się czegoś takie­go nie znajdzie, to nie ma książki. Bo chodzi o to, żeby wejść w rytm, utrafić w rytm. Ten rytm będzie potem ciebie niósł. Jak już wejdziesz na falę, to ona cię niesie. Ale chodzi o to, żeby wejść na falę, żeby ta fala cię nie zalała, nie zdusiła, ale żeby cię niosła. Utrafić w ten rytm, złapać ten rytm – to jest właśnie ten straszny wysiłek.

– A z życiem nie można tak zrobić?

– Można. Oczywiście, że można. Bo pisanie nie jest niczym innym, jak tylko powtórzeniem życia. Widzisz przecież, że życia przegrane to te, w których człowiek w pewnym momencie nie utrafił w swój rytm. Nie zgrało się jakoś i potem już tak poszło. A jak natrafisz na ten rytm życia, w ten moment, to życie cię potem niesie. I to wszystko, co się nazywa gwiazdą, powodzeniem, szczęściem, jest współgraniem two­jego bycia, twojego zachowania, twojego nastroju z tym rytmem, któ­ry cię niesie. I tak samo jest z pisaniem.

– Czy zdarzyło ci się osiągnąć w sytuacji życiowej taki stopień kon­centracji, taki stopień intensywności, którego nigdy potem w pisaniu już nie udało ci się oddać?

Tak jest na przykład w sytuacjach prawdziwego lęku: przeży­wasz lęk, strach z potworną siłą, siłą paraliżującą, a potem nie tyl­ko nie możesz już tego uczucia odtworzyć, ale nie chcesz go odtwo­rzyć. Dlatego że jak ktoś nie był z tobą w tym momencie i sam tego nie przeżył, to będzie twoje zachowania uważał za histerię, za sztucz­ność. To jest bardzo ważna taktyka pisania, a nawet strategia pisania: żeby o rzeczach przeżywanych najbardziej emocjonalnie, idących na największej fali, pisać najprostszym, najzwyczajniejszym, najbardziej oszczędnym sposobem. Tylko wtedy wydobędziesz to uczucie. Tak naprawdę to nigdy nie wydobędziesz tych emocji, nie uzyskasz tego efektu, nie odtworzysz go, ale przynajmniej tą prostotą najbardziej możesz się zbliżyć do tego momentu, bo inaczej wychodzi grafoma­nia i ekshibicjonizm emocjonalny. Okropność. Od razu to czujesz i nie możesz tego znieść. Byłem w sytuacji, którą opisuję w książce Jesz­cze dzień życia. Na południu Angoli. Wsadzili mnie przypadkiem do ciężarówki, która jechała na pewną śmierć, bo trzeba było prze­jechać czterysta kilometrów drogi przez pustynię, przez busz, a dro­ga była cała obsadzona przez wojska przeciwnika. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dodatkowo także przez wojska południowoafrykań­skie. Chcieliśmy dojechać do posterunku, który znajdował się na sa­mej granicy z Namibią. Wszystkie patrole jadące tą drogą ginęły, bo wpadały w zasadzki. Wsiadłem do tej ciężarówki, a po jakimś czasie dowódca patrolu, który wiózł amunicję, mówi: „ Czy ty wiesz, gdzie my jedziemy? Ja ci chcę powiedzieć, że jedziemy taką drogą, którą od miesiąca nikt żywy nie przyjechał”. W tym momencie poczułem, że umieram ze strachu, bo wiem, że już nie ma odwrotu, bo jest pusty­nia, nie mogę wysiąść i powiedzieć: „Nie chłopcy. Ja bardzo dziękuję za tę przyjemność, aleja dalej nie pojadę”. Wiem, że już nie mam odwrotu. Wiem, że jadę w śmierć. Ale kiedy wróciłem potem do Polski i kiedy usiadłem, żeby o tym napisać, to zobaczyłem, że wszystko to, co piszę, jest nieprawdziwe – bo wygląda właśnie jak histeria, grafo­mania, przesada itd. Wiedziałem, że wszystko to, co zaszło, muszę opisać tylko jednym zdaniem, połową zdania, które dotrze do inteli­gentnego czytelnika: że kiedy usłyszałem, co powiedział ten dowód­ca, to mi tak zaschło w gardle, że nie mogłem nic z siebie wykrztusić. Takich przeżyć nie można opowiedzieć. Człowiek zabiera je ze sobą i pisaniem naprawdę ich nie przekaże.

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. DarkMan72 2012-01-23
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com