Jerzy Łukaszewski: „Rzołnierze” po 17 września.

soj12013–09–16. O Stalinie można mówić różne rzeczy. I mówi się. Ostatnio zgodnie ze wzrastającym poziomem wykształcenia społeczeństwa najmodniejsze są sensacyjne szczegóły z jego biografii, jak np. mające ponoć miejsce jego zafascynowanie okultyzmem. Jest widać jakiś procent ludzi, którym to „wszystko wyjaśnia”.

O Stalinie nie da się powiedzieć jednego: że był człowiekiem naiwnym.

 

Organiczna wręcz nieufność wmontowana w system komunistyczny, zwana czasem czujnością rewolucyjną, miała prawdopodobnie swe źródło w odmętach rosyjskiej psychiki modelowanej przez niełatwą historię tego kraju. To ona była jednym z zasadniczych elementów tamtego ustroju, z komunizmem Marksa mająca prócz sztandaru niewiele wspólnego.

Z tego, co o nim wiemy, generalissimus, aczkolwiek nie Rosjanin, był pokazową wręcz egzemplifikacją tego stanu umysłu.

Trudno więc przypuszczać, by wierzył w to, co zapisano w słynnym pakcie Ribentropp – Mołotow. Potrzebował czasu i zyskał go. Naszym kosztem, ale w historii zwykle tak się dzieje, że rachunki płaci słabszy.

 

Czym innym jest natomiast wiara „szeregowych komunistów” polskich w przymierze z III Rzeszą, bo ta została odnotowana jako fakt, udokumentowana i stanowi ciekawy, a wciąż nie opracowany całościowo temat z okresu II wojny światowej.

Zwykle tak bywało, że wiedza kierownictwa dotycząca jakichś wydarzeń, nie była przekazywana tzw. szerokiemu aktywowi, ponieważ to jego wiara była gwarancją jakości i siły głoszonej propagandy. Takie instrumentalne wykorzystywanie najwierniejszych nie jest niczym nowym, jest nieodłączną częścią każdego ruchu ideologicznego z religią włącznie. Nawiasem mówiąc, komunizm w wydaniu radzieckim miał z religią bardzo wiele cech wspólnych.

rzołnierze

 

Kiedy śledzi się postawy polskich komunistów w początkach II wojny uderzają dwie cechy. Pierwsza i najważniejsza – absolutne i bezrefleksyjne  podporządkowanie się decyzjom Moskwy. Do tego stopnia, że nawet oficjalny nakaz „odcięcia się” od związków z Kominternem nie wywołał dyskusji.

Druga – to brak wśród polskich komunistów jakiejkolwiek wybitnej osobowości mogącej mieć samodzielny wpływ na postawę i sposób myślenia towarzyszy. Niewykluczone, że było to skutkiem „selekcji” dokonanej w różny sposób przez Stalina w latach poprzedzających wojnę.

Nie wszyscy towarzysze musieli wiedzieć, co przyznał po wojnie radziecki generał D. Wołkogonow, że wszyscy komuniści spoza ZSRR byli subsydiowani przez NKWD z pominięciem Kominternu, bo …

„… gra szła już nie o sprawy partyjne, a o szpiegostwo i terroryzm”.

Nie chcę tu rozwijać zanadto tematu, bo raz że jest on zbyt obszerny, a dwa ze względu na braki w dokumentacji będącej w mojej dyspozycji byłby niepełny, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden aspekt sprawy, rzadko pojawiający się w publikacjach medialnych.

Chodzi mi o skutki jakie miało dla szerokiego aktywu partyjnego owo „ograniczone zaufanie” ze strony kierownictwa. Dyrektywy można wydawać różne, ale trzeba mieć świadomość, że trafiają one do żywych ludzi, egzystujących w różnych życiowych sytuacjach. Ograniczę się do dwóch przypadków.

Pierwszy miał miejsce w Bydgoszczy, gdzie pod koniec września 1939 roku grupa miejscowych komunistów zgłosiła się do Gestapo z propozycją współpracy. Podstawa wg nich była jasna – jesteśmy sojusznikami!

Jakakolwiek byłaby nasza ocena tego kroku pamiętajmy, że w ich mózgach przeżartych ideologią nie istniało pojęcie „narodu”, a także „burżuazyjnie” pojmowanego państwa.

Byli zdrajcami? Odpowiedź wcale nie jest taka prosta.

Przyjmując powszechne uznawanie tych pojęć – tak, bez wątpienia.

A czy wyznawanie przez nich pojęć innych, niż powszechnie przyjęte i postępowanie zgodne z własnym sumieniem jest zdradą? Nie zdradzali tych, z którymi się identyfikowali, a więc?

Oczywiście, stawiam te pytania nieco prowokacyjnie, ale one istnieją naprawdę i nie jestem pewien, czy znajdzie się obiektywna odpowiedź nie budząca wątpliwości u człowieka myślącego.

Ale do rzeczy: bydgoszczanie mieli szczęście. Szef miejscowego Gestapo miał słaby refleks i mimo stanowczej odmowy nie zatrzymał „petentów”. Z późniejszych notatek tych komunistów wiemy, iż długo nie mogli zrozumieć postępowania gestapowca, który ich ofertę odrzucił.

Drugi przypadek był poważniejszy i miał miejsce w Radomiu. Znamy go z opisu znajdującego się w AAN , 4228, k 41–42, datowanego na 1949 r. choć sam autor wyjaśnia, że powstał w 1946.

Autorem jest Czesław Nowakowski, powojenny szef UB w Inowrocławiu.

Opisuje on, że w marcu 1940 roku Gestapo zaczęło wykorzystywać pozostawione przez polską policję archiwa w celu wyłowienia „elementu wywrotowego”.

W tymże miesiącu miejscowy Arbeitsamt wystosował do komunistów wezwanie do stawienia się w urzędzie.

Komuniści byli podzieleni. Nie był to już rok 1939 i nie było już tego „radosnego” zaufania do „sojusznika”. Mimo to część wezwanych z Władysławem Banaszakiem na czele postanowiła stawić się na spotkanie. Była to mniejsza grupa, wysłana niejako „na zwiady”.

W Arbeitsamtcie oświadczono im, że

„Niemcy są w przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, wspólnie walczą o zlikwidowanie kapitalizmu anglosaskiego […] ponieważ zebrani są przedstawicielami walki z ustrojem kapitalistycznym, przeto III Rzesza i Fűhrer ceniąc to, wyciągają do zebranych dłoń celem dalszej wspólnej walki…”

Niemcy żądali w oczekiwaniu na „wspólną walkę zbrojną” współpracy z organami władzy niemieckiej w GG i jednocześnie oferowali ochronę przed wywózkami, lepiej płatną pracę itd.

Komuniści ze swej strony bez skrępowania opowiedzieli Niemcom o wszystkim, co było im wiadome w sprawie miejscowych, przedwojennych stosunków politycznych i administracyjnych, dorzucali też ciekawe szczegóły z własnego obecnego życia, jak np. zajmowanie się szabrem mienia pozostawianego przez radomskich Żydów.

Banaszak z towarzyszami wrócił jak tryumfator! Jego zdanie okazało się słusznym.

Na kolejne umówione spotkanie poszła już dwa razy większa grupa z opracowanymi na zebraniu postulatami.

Z tej grupy … nikt już nie powrócił. Wszyscy zostali aresztowani i wywiezieni w niewiadomym kierunku. Śladów po nich nie odnaleziono do dziś.

Prosty, prymitywny podstęp, a jednak chwycił. Dlaczego?

Czy zadziałałby tak samo, gdyby Moskwa nie kazała towarzyszom wierzyć w „antypański” sojusz z III Rzeszą?

Dramatyzmu tamtym wydarzeniom dodaje fakt, iż już w 1940 roku Komintern wydawać zaczął instrukcje mówiące o przygotowaniach do wojny ZSRR z Niemcami. Ponieważ w sierpniu 1940 instrukcje te znał już wywiad ZWZ, sprawa musiała być omawiana i uzgadniana dużo wcześniej.

Nie znał jednak tych instrukcji aktyw polskich komunistów. Dla niego sojusz ZSRR z Niemcami był nadal realny i bezdyskusyjny.

Nie pierwszy to przypadek w historii, gdy w imię strategicznych celów poświęcono ludzi.

Ten jest jednak o tyle szczególny, że pokazuje, jak  dalece ideologia i dyscyplina partyjna może zamącić umysł, do zaniku instynktu samozachowawczego włącznie. Przecież ci komuniści żyli już pół roku pod niemiecką okupacją, widzieli do czego zdolni są hitlerowcy. A jednak uwierzyli i na spotkanie poszli.

Może to nienajlepsza okazja, ale chciałbym ten tekst zadedykować tym wszystkim, którzy potrafią uwierzyć, że mgłą się steruje, że nakazowe podwyższenie płac jest receptą na gospodarkę i w to, że są prawdziwi i nieprawdziwi Polacy.

W tej ich wierze widzę wiele wspólnego z opisywanymi wyżej przypadkami.

Oby nie skończyli, jak tamci.

Jerzy Łukaszewski

 

Print Friendly, PDF & Email

15 komentarzy

  1. PIRS 2013-09-16
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-09-16
  3. bisnetus 2013-09-16
  4. Jerzy Łukaszewski 2013-09-16
  5. Incitatus 2013-09-16
  6. MaSZ 2013-09-16
  7. Jerzy Łukaszewski 2013-09-16
  8. Incitatus 2013-09-17
  9. cheronea 2013-09-17
  10. PIRS 2013-09-17
  11. Magog 2013-09-17
  12. Jerzy Łukaszewski 2013-09-17
  13. Woziwoda 2013-09-17
  14. Matoga 2013-09-20
  15. Jerzy Łukaszewski 2013-09-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com