Stefan Bratkowski: Olgierd

budrewicz2013-09-25.

Piszę o nim, bo dwaj nasi młodsi koledzy po fachu, Artur Mościcki przy współpracy Grzegorza Micuły, zrobili poświęcony mu film. Postanowiłem dorzucić kilka swoich informacji, nie przełomowych, ale może się komuś  przydadzą…

Miałby dopiero 90 lat… Dożył 88. Wyszedł z pokolenia odpornych na wszystko. Trening przeszedł w Powstaniu Warszawskim. Jako pierwszemu w minionym ustroju reporterowi  zagranicznemu wytrwałość i upór twórcy „Przekroju”, Mariana Eilego, tudzież sympatia Cyrankiewicza dla „Przekroju”, zapewniały możliwość wyjazdu, i to na koszt „wydawnictwa” RSW Prasa,  które programowo skąpiło grosza zbyt swobodnym dziennikarzom.

„Przekrój” Eilego był pierwszą z takim niezwykłym przywilejem w „socjalizmie” gazetą – jako małe okienko, otwarte na świat, żeby dać złudzenie dostępu do niego – Eile otwierał je najszerzej jak mógł i dzięki temu władza tolerowała jednak wybitnego dziennikarza, mało oddanego ustrojowi (drugim takim, konkurencyjnym okienkiem na świat, obliczonym na złudzenia młodzieży, było zapomniane dziś „Dookoła świata”). Wiem, co piszę; po Październiku Polskim, dzięki wywalczonej odrobinie niezależności prasy („Po prostu” zamknięto w 1957 r.), wyjechał po raz pierwszy za granicę Kapuściński ze „Sztandaru Młodych”, też niedługo potem rozpędzonego, i Zieleński. Potem Arski, naczelny „Świata”, który miał być polskim „Life”, potrafił załatwiać paszporty dla Wolanowskiego, Dziewanowskiego, Górnickiego, zanim rozpędzono sam „Świat” pod pozorem zbyt niskiej sprzedaży (Marian Eile stracił później „Przekrój” w 1968, już bez uzasadnień).

Olgierd stał się legendą zawodu – mawiało się, że nikt nie wymyślił kraju, w którym by Olgierd nie był… Jego reportaże i książki przybliżały realny obraz świata, teksty, które często dawały poczucie prawie fizycznej obecności, z klimatem, kolorem, nieomal – zapachami. A z  jakąż perspektywą! Portretował Olgierd świat niedostępny przeciętnemu Polakowi poza „Przekrojem”; także i świat nieco, delikatnie mówiąc, gorszy, gdzie nie dawało się normalnie żyć – jak na dalekiej syberyjskiej północy.

Czytelnicy umieli czytać między wierszami i domyślali się z właściwie zestawionych informacji więcej niż to, co wydrukowano. Co najwyżej kastrowano Olgierdowi, jak wszystkim, teksty z „ryzykownych” informacji czy opinii, które mogłyby sugerować, że Polska mogłaby żyć inaczej. Nie podobały się Biuru Prasy KC, rządzącemu prasą, i reportaże z „dzikich”, zacofanych krajów, bo z wielu ich informacji, broń Boże, nie komentowanych, wynikało, że to jak w Polsce… Książki, zaznaczmy tutaj, publikować przychodziło jednak nieporównanie łatwiej, podlegały bowiem Wydziałowi Kultury KC, bardziej tolerancyjnemu, nieco na złość Starewiczowi.

W latach sześćdziesiątych XX wieku wszechmocny Artur Starewicz, szef Biura Prasy KC, który nie trawił inteligencji warszawskiej, w parę lat po zamknięciu „Po prostu” i rozpędzeniu kierownictwa „Sztandaru Młodych”, zlikwidował „Świat”, rozgonił „Przegląd Kulturalny” i „Nową Kulturę”. Nie trawił i „Przekroju”. Cyrankiewicz nie mógł się oficjalnie wtrącać do królestwa Starewicza, cieszącego się zaufaniem Gomułki. Mógł tylko cichcem, po wiadomości od Eilego, interweniować w RSW Prasa. Czasem i pomagał załatwiać wyjazdy Olgierda. Ale przede wszystkim – papier, którym już Starewicz nie rządził.

Tak się złożyło, że w tych latach sześćdziesiątych dwa czy trzy razy spotkałem Cyrankiewicza u mojej ciotki, „Myszki” Stpiczyńskiej, pani oficer naszego wojennego podziemia, jego byłej PPS-owskiej sekretarki z pierwszych lat powojennych, do której czasami, i to dość długo, jeszcze jako premier, zachodził. I choć byłem z rozbitego „Po prostu” – nie krępowała go moja obecność, a kiedy zeszło na „Przekrój”, powiedział: „Staram się pomagać Przekrojowi, na ile mogę, bo to, jak się pan orientuje, ostatni kawałek Europy”. Wiedział, że nie powtórzę. Starewicz zmieni się po latach, już bez stanowiska, ożeniwszy się… z wielką artystką.

Reportaże Olgierda ukazywały normalny świat i już tylko za to nie były dobrze widziane ani przez Starewicza, ani potem przez następnego władcę mediów, zwierzchnika Biura Prasy,  Jerzego Łukaszewicza. Były „ukrytą propagandą kapitalizmu”. Proszę sobie wyobrazić partyjną reakcję na  zapis z serca Amazonii – Manaus (dzisiaj półzamarłego, dawnej stolicy kauczuku), zarazem ilustrujący styl i język budrewiczowskiej narracji:

„W środku dżungli równej ćwiartce Europy wznoszono piękne pałace, otwierano luksusowe kasyna gry i domy publiczne. Na ulicach Manaus zabłysło światło elektryczne wcześniej niż w Londynie. Kosztem pięciu milionów dolarów wybudowano jedną z najwspanialszych oper świata, przyjeżdżali tu Sarah Bernhardt, Caruso, całe rewie i balety z Europy i Stanów. W Manaus wypijano więcej szampana niż w Paryżu. Królowie gumy, niegdyś lewantyńscy kupcy lub miejscowi Metysi, sprowadzali najdroższe kobiety, najświetniejszych jubilerów, najznakomitszych twórców mody”.

Ojcem tego nieprawdopodobnego miasta w szczerej dżungli okazał się polski człowiek interesu, Bronisław Rymkiewicz. Wszelako nie było w socjalistycznej Polsce miejsca ani na Manaus, ani na Rymkiewicza. Ani na tak wyzywającą reklamę kapitalizmu, który „sam przecież by nie przyznał się do takich luksusów”. Gdyby Olgierd pokazał ciężką pracę zbieraczy kauczuku, to byłoby co innego. Ale przeszło.

Cóż, nie wypadało karać czy prześladować wybitnego dziennikarza – „legendę Przekroju” – tylko dlatego, że pisze,  można było jedynie utrudniać mu wyjazdy, co robiono z dużą satysfakcją ironicznej złośliwości (z instruktorów Biura Prasy tylko Bronek Gołębiowski zachował się w naszej pamięci jako pomagający w trudnych cenzuralnie momentach). Cenzura czepiała się w tekstach Olgierda różnych dosłownie głupstw, „które „mogłyby być źle zrozumiane”, ale brakowało pretekstu, by cały tekst „odwalić” – choć i to się zdarzało. Tych przeżyć, godzin i dni użerania się nie zrozumie i nie może sobie wyobrazić nikt, kto sam tego nie zaliczył w życiorysie.

Nie wszystko mógł Olgierd nawet próbować oddać w druku. Opowiedział mi, jak na dalekiej syberyjskiej północy szedł tamtejszą zmarzliną z młodym, nowym (już po XX Zjeździe KPZR), miejscowym sekretarzem rejkomu, a było to jeszcze na długo przed rozpadem systemu. Ów młody człowiek, partyjny sekretarz, miał naturalne wtedy u Rosjan zaufanie do Polaka i w trakcie rozmowy padło z jego ust, że śni mu się czasem jak nagle cała ta zmarzlina puszcza i powstają z niej zamrożone tysiące tutaj utopionych…

Znał Olgierd dziesiątki wybitnych dziennikarzy świata – o czym wiedzieli tylko najbliżsi przyjaciele, bo inaczej musiałby opowiadać o nich gdzie indziej, a on by odmówił i…  skończyłyby się jego podróże. Bywali u Budrewiczów zaprzyjaźnieni korespondenci prasy zagranicznej, w latach osiemdziesiątych Olgierd pośredniczył w naszych kontaktach ze światem, przez niego szły wiadomości do naszych zachodnich kolegów po fachu i przez niego szła pomoc z zagranicy dla bezrobotnych dziennikarzy. Pamiętam wyjątkowej skali pomoc od kolegów niemieckich, którzy zebrali dla nas dwadzieścia parę tysięcy marek. Trafiły przez Olgierda zaraz do Darka Fikusa, sekretarza zarządu rozwiązanego, czyli podziemnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (dla jasności: składali się na pomoc także koledzy, pracujący w „oficjalnych” mediach; wśród bezrobotnych, zwłaszcza wiekowych, bieda była dość powszechna, nieliczni młodsi potrafili sobie dać radę jak Maciek Wierzyński, który demonstracyjnie prowadził taksówkę; podziemne gazety nie płaciły honorariów).

Najtrudniej, o paradoksie, układały się losy reportaży Olgierda, a potem książek o spotkaniach z Polakami i o Polakach w świecie. Odszukał niezwykłe postaci Polaków i zanotował ich losy i, acz nie wszystko mógł wykorzystać w tekstach, głównie ze względów cenzuralnych, bo wielu z nich, zanim dostali się na Zachód, przeszło przez łagry. Miałem nadzieję, że gdzieś w domu Olgierdów zachowały się jego notatki o nich, do ewentualnych uzupełnień w przypisach, to, czego nie mógł wykorzystać w tekstach. Ale ton papieru już nie pomieściło mieszkanie Olgierdów…

„Varsavianizm” Olgierda był wedle mojej wiedzy swoistą odpowiedzią na trudności i przykrości, na odebranie „Przekroju” Eilemu i na Łukaszewicza. Olgierd znał oczywiście Warszawę i jej ludzi doskonale, nie wiem jednak, czy by się wziął za nią, gdyby nie rozbicie „Przekroju” tudzież blokady w podróżach i publikacji reportaży zagranicznych. Rozwinęło się to w pasję i poszukiwania, traktowane w ich pisanych wersjach przez cenzurę bardziej ulgowo, zdarzyło się nawet, że pani z cenzury, warszawianka, podjęła z Olgierdem rozmowę i dorzuciła sama jakieś informacje (cenzura to byli w części urzędnicy, którzy odpowiadali nawet i posadami, jeśli puścili coś niewłaściwego, ale nie koniecznie ludzie z pasją prześladowczą, wyróżniał się zapamiętałą wrogością osławiony cenzor „Tygodnika Powszechnego” w Krakowie)! Wyrosły z tej pasji kolejne tomy Olgierdowego „Baedekera warszawskiego” i „Sag warszawskich”, dziś pozycje dla tematu już klasyczne.

Uważał się za szczęściarza – przeżył Powstanie, zwiedził świat i miał Hanię, znakomitą lekarkę, kochającą go i podziwiającą, wielkiej urody. Miał i udaną córkę. Nigdy nie opowiadał młodszym kolegom o swoim żołnierskim udziale w Powstaniu Warszawskim. Żyło jeszcze paru kolegów z jego oddziału, jak Dyzio Sierpiński, krytyk muzyczny, spotykali się od czasu do czasu, ale rzadko, unikali kombatanctwa. To były prywatne  wspomnienia. Co najwyżej szukało się odpowiedzi w nigdy nieskończonej dyskusji nad pytaniem, czy „Bór” miał rację, decydując się na rozpoczęcie Powstania,  albo czy Chruściel znał studium Grota-Roweckiego o prowadzeniu walk w mieście. Olgierda nie pasjonowały tragedie. Jak mówił: wystarczy, że musiałem je przeżyć.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. Maria Bonna 2013-09-25
  2. Jerzy Skoczylas 2013-09-25
  3. Jerzy Łukaszewski 2013-09-25
  4. Kot Mordechaj 2013-09-25
    • Safi 2013-09-27
      • Safi 2013-09-27
  5. AJ 2013-09-25
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com