Piotr Rachtan: Łapki polityków, czyli ballada o stoczni – dokończenie już wkrótce

Stocznia-Gdańska-Gdańsk2013-09-29.

Czytam w gazecie i widzę w telewizorze, jak strajkują rozsierdzeni stoczniowcy z najsłynniejszej polskiej stoczni, dziś zwanej Stocznią Gdańską. Ich strajk nie jest skierowany przeciwko właścicielowi, choć to właśnie on zalega im od dwóch miesięcy z wypłatą. Stoczniowcy domagają się od rządu, by „coś” zrobił.

Stara ekipa stoczniowych związkowców z NSZZ „Solidarność” jest zaprawiona w bojach i egzekwowaniu roszczeń. Wierzą, że i teraz skutecznie wymuszą na władzy publicznej jakąś pomoc. Jaką – mniejsza o to. Niech władza (czytaj – rząd, premier) sama sobie podpowie i zapłaci.

Zadziwiająca jest ta pewność, że kolebka istnieje na prawach specjalnych, że historia „Solidarności” usprawiedliwi najbardziej nonsensowne decyzje. To przekonanie nie jest mylne, przez dziesięciolecia władze robiły wszystko, by stocznia jakoś przeżyła. Tyle, że z reguły owe władze kierowały się nie rachunkiem ekonomicznym, a politycznym, co opisane zostało niżej w cytowanym przez autora własnym tekście z wiosny 2009 roku. Od tego czasu sytyuacja nie tylko się nie zmieniła, ale pogorszyła się jeszcze bardziej, co omówimy na końcu.

Oto cytowany tekst, opublikowany m.in. w magazynie internetowym „Kontrateksty” pod tym tytułem „Łapki polityków, czyli ballada o stoczni”:

Dwudziestoparoletnią epopeję Stoczni Gdańskiej, dawniej Lenina, już po odzyskaniu przez Polskę suwerenności można podzielić na kilka etapów, z których każdy kończył się ostrym wirażem: najpierw załamanie finansowe, potem zmiana własnościowa. W każdym można też było dostrzec łapki polityków, którzy łakomie próbowali dyskontować kłopoty stoczni.

Powszechnie uważa się, że cały sektor stoczniowy nadaje się doskonale do uprawiania polityki. Stocznie Gdańska, Gdyńska i Szczecińska Nowa są tego najlepszą ilustracją. Jest wprawdzie jeden chlubny wyjątek – ale wspomnimy o nim na końcu przeglądu wydarzeń, w którym bohaterem jest Stocznia Gdańska.

Stocznia Gdańska została przekształcona w spółkę akcyjną w 1990 roku. Nie była to jednak zwykła jednoosobowa spółka skarbu: ten zachował ledwie 60% kapitału, aż 40% przekazano pracownikom. To unikalny przypadek, uchwalona w 1996 roku ustawa o komercjalizacji i prywatyzacji przewidywała oddawanie pracownikom do 15% kapitału państwowych spółek. Tak dzieje się w przypadku małych firm, jak i gigantów PGNiG czy PZU. Stoczniowcy zostali więc bardzo korzystnie, jak na tamte czasy, uwłaszczeni na kapitale państwowym. Od tego momentu uzyskali bardzo istotny wpływ, bezpośredni – poprzez swoich członków rady nadzorczej spółki, i pośredni – poprzez potężne w tej firmie związki zawodowe, na funkcjonowanie i losy stoczni.

Na dodatek ustalił się na trwałe model politycznych zależności. Odwoływano się do historii (Stocznia Gdańska kolebką „Solidarności”), do wartości patriotyczno-religijnych (zbiórka prowadzona przez o. Tadeusza Rydzyka, która zakończyła się zniknięciem co najmniej kilkudziesięciu milionów złotych)), bądź populistycznych (okrzyki „złodzieje” pod budynkami rządowymi w stolicy albo Urzędem Wojewódzkim w Gdańsku, przy wtórze petard i w dymie płonących opon).

Zadecydowały o tym głównie negatywne emocje, jakie zrodziły się wiele lat wcześniej, z poczucia krzywdy po bankructwie, w 1996 r. Emocje te wezbrały ponownie, gdy syndyk upadłej stoczni sprzedawał jej majątek Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej – spółce akcyjnej, będącej w większości własnością Stoczni Gdynia. Spółka ta, po kupnie Stoczni Gdańskiej, przekształciła się w Stocznię Gdańską Grupa Stoczni Gdynia SA. Trudno było stoczniowcom gdańskim, u których zakorzeniło się poczucie przywództwa („kolebka”), nie tylko w świecie okrętowym, pogodzić się z tym, że Stocznia Gdynia, sama mająca kłopoty i nie najwyższych lotów organizację, będzie ich właścicielką.

Mimo kilku prób prawnego podważenia transakcji, sądy jej nie zakwestionowały. Wprawdzie Stocznię Gdańską sprzedano za zaledwie 115 mln zł – i to jeszcze z gotówką w kasie (42 mln zł), to trzeba jednak pamiętać, że sprzedano przedsiębiorstwo obciążone wieloma zobowiązaniami. Syndyk Stoczni Gdańskiej Andrzej Wierciński zapewniał, że oferta Stoczni Gdynia była najbardziej wiarygodna spośród tych, które mu zgłoszono.

Przypomnijmy, że wcześniej Stocznię Gdynia kupiło trzech ludzi : Andrzej Buczkowski, Janusz Szlanta i Hubert Kierkowski (publicznie pojawi się znów później przy okazji prywatyzacji PZU S.A.). Zakup zrealizowali za pośrednictwem założonego wcześniej Stoczniowego Funduszu Inwestycyjnego (kapitał: 100 tysięcy zł), w którym rada nadzorcza składała się z ich żon i brata Szlanty. Nominalna cena kupowanych akcji Stoczni Gdynia wyniosła prawie 60 mln zł.

Były minister Wiesław Kaczmarek: Zagadek było zbyt wiele. Powiedziałem tylko tym panom, aby przestrzegali prawa. Formalnie było wszystko w porządku, bo spółka z żonami prezesów w Radzie Nadzorczej była prywatna. Budzi jednak wątpliwości etyczne.

Transakcja odbyła się w styczniu 1998 r., prawie nic o niej nie wiadomo. Z wyjątkiem tego, że znalazł się bank, który trzem panom pożyczył pieniądze na zakup Stoczni Gdynia.

W Stoczni Gdańskiej nie lubiano trzech przyszłych właścicieli. Na bramie wywieszono czarny transparent: „Zabrano akcje 8000 biedakom i dano trzem układnym cwaniakom”. Transparent wisiał między portretami Papieża i Matki Boskiej.

[border width=”3″ color=”#dd3333″]Artykuł podzielono na strony. Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.[/border]
Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com