Jacek Snopkiewicz: IV RP w praktyce dziennikarskiej

snopkiewicz12013-10-14.

Wręczenie mi w Pałacu Prezydenckim wysokiego odznaczenia państwowego spotkało się z licznymi komentarzami prawicowych autorów, głównie „Gazety Polskiej”. Zwykle nie odpowiadam na takie zaczepki, polemiki z tym towarzystwem są bowiem poniżej zawodowej godności. Piszę ten list  dla zasady – medialne kłamstwa i manipulacje zabijają każde dziennikarstwo i zatruwają atmosferę. Piszę także ze względów pedagogicznych, gdyż doprawdy szkoda początkujących dziennikarzy manipulowanych przez redaktorów prowadzących polityczne kampanie i śniących o władzy.  Sam doświadczyłem takich manipulacji boleśnie jako początkujący dziennikarz w wypominanym mi  tygodniku  „Walka Młodych” .

Stopień manipulacji mojej biografii dokonywanych przez „Gazetę Polską” i pochodne przekracza  miary zarówno „Trybuny Ludu” jak i „Rzeczywistości”, betonowych tytułów z okresu PRL, które również zajmowały się moją osobą. Fakt, że nie od dziś jestem atakowany przez „Gazetę Polską”, nie jest dla mnie istotną sprawą. Sprawą jest fałszowanie historii Telewizji Polskiej, historii najnowszej i wyciąganie PRL każdemu, kto żył i pracował w tamtych czasach. Naruszanie wszelkich zasad karty etycznej mediów i pisanie pod tezę – to standard zawodowy „dziennikarzy nieudolnych”.  Co więcej, tworzą oni  standardy zupełnie nowe, oparte na biegłości w oczernianiu ludzi, wpisywaniu  ich w pożądany politycznie kontekst. W jaki sposób mogę polemizować  z zarzutem o moich haniebnych podróżach do ZSRR w latach 60/70, jak wytłumaczyć się z relacjonowania wyścigu kolarskiego na Litwie Wilno-Koszalin w 68 r. („oni” napiszą, że wysłał mnie Moczar), z pobytu w Armenii w mieście Kirowakan dotkniętym trzęsieniem ziemi („oni” piszą o obozie pracy Komsomołu)  czy podróży do Czechosłowacji („oni” piszą „po krwawym stłumieniu praskiej wiosny”), gdy  w 1968 r. pojechałem do Bratysławy i Bańskiej Bystrzycy na obchody  rocznicy słowackiego powstania narodowego, gdzie miałem zrobić wywiady z uczestnikami tego powstania, w tym z Aleksandrem Dubczekiem („oni” nie mogą wiedzieć kim był, bo był „komuchem”). Jak wreszcie wytłumaczyć się z podróży do Wołgogradu, gdzie zbierałem materiały do reportażu o bitwie stalingradzkiej opublikowanym później w „Kulturze” („oni” napiszą, że zwycięstwo pod Stalingradem utorowało drogę  Armii Czerwonej do zniewolenia Polski). I  to  żałosne grzebanie w IPN i przez IPN sygnowane w paszportowych kwestionariuszach. „Gazeta Polska” sama nie wie, co wydrukowała wcześniej  i co ma w swoich archiwach. Na przykład publikowane przez redakcję donosy esbeckiej agentury na mnie, jako na człowieka „Solidarności”, kiedy pracowałem w wydawnictwie „Iskry”  pod koniec lat 80-tych.

Zostawmy jednak te osiągnięcia dziennikarskiego śledztwa i utrzymany w tonacji obowiązującej w IV RP komentarz byłego prezesa TVP Wildsteina, który zapomniał o politycznej czystce jaką  przeprowadzał za swoich krótkich rządów – czystce dorównującej weryfikacji w stanie wojennym. To Wildstein budował standardy dziennikarstwa TVP w programie „Cienie PRL”, w którym po zakończeniu dyskusji w studio z profesorami UJ, poza świadomością uczestników debaty, dogrywał sobie komentarz…

Autorzy „Gazety Polskiej” i pochodnych portalików uważają, że każdy, kto pracował w TVP w czasach PRL jest jak nie „ikoną”, to „reliktem” albo „cieniem” PRL. Tymczasem telewizja w tamtych czasach była strukturą złożoną i oprócz DTV czy  „propagandy sukcesu” produkowała i nadawała także ważne programy, aktualne do dzisiaj. Na przykład reportaże i filmy dokumentalne. W latach 1980-81 kierowałem Zespołem Reporterów i Dokumentalistów „Fakt”, w którym powstały pierwsze reportaże o Poznaniu 56, grudniu 70, nie mówiąc już o jedynej relacji telewizyjnej „Sierpień” ze strajku w Stoczni Gdańskiej. Uprawianie dziennikarstwa nie było tak łatwe jak dzisiaj.  Przez lata miałem  w okresie „propagandy sukcesu” z Jackiem Maziarskim zakaz pojawiania się na wizji. Ale można było robić swoje gdzie indziej.

„Dziennikarze nieudolni” nie rozumieją sytuacji w TVP po sierpniu 1980 r., kiedy powstały działające razem: telewizyjna „Solidarność” , struktury poziome PZPR czyli poziomki, i po wolnych wyborach Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.  A  główny cel był jeden – odzyskanie przez społeczeństwo środków masowego przekazu, jak wówczas mówiono o mediach. Delegatem na nadzwyczajny zjazd partii zostałem jako przedstawiciel poziomek za zgodą kierownictwa SDP. Z przynależnego partyjnie miejsca wykopałem ówczesnego prezesa, co do dzisiaj wspominam z przyjemnością.  SDP, prezes Stefan Bratkowski i my wszyscy byliśmy atakowali  przez partyjny beton z wściekłością równą dzisiejszej.  Te same metody, te same techniki. Cytowane przemówienie na zjeździe nie zostało wygłoszone, złożone zostało do prezydium zjazdu jako warunek dopuszczenia do głosu. Tak się nie stało. Moje wystąpienie w sali kongresowej na zjeździe, to wystąpienie ad vocem przeciwko Albinowi Siwakowi , który z trybuny – czego się spodziewaliśmy – zaatakował SDP, Bratkowskiego i dziennikarzy. Aby załagodzić awanturę nieopatrznie transmitowaną przez TVP, zjazd musiał powołać specjalną komisje i  pohamować beton. Wystarczyło w redakcji „Gazety Polskiej” spytać Marcina Wolskiego, współorganizatora poziomek, by opowiedział jak było i jak wspierał nas w najtrudniejszych chwilach. Zaczęły się one w TVP po zjeździe partii, kiedy powołaliśmy nową strukturę, Komitet Porozumiewawczy, i wystosowaliśmy list do Sejmu domagając się  sejmowej kontroli nad radiem i telewizją. Gwoździem do wyrzucenia nas z TVP w stanie wojennym było posiedzenie Sejmowej Komisji Kultury, która w naszej obecności przesłuchiwała spocone kierownictwo Radiokomitetu.

O moim udziale w zjeździe partii pisał w „Tygodniku AWS” Maciej Iłowiecki. Mimo dzielących nas politycznie zasadniczych różnic stwierdził: „..Jacek Snopkiewicz był np. delegatem na IX Zjazd PZPR za wiedzą i zgodą ówczesnego opozycyjnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i działał wtedy na rzecz SDP. Mogę to oficjalnie stwierdzić jako ówczesny v-ce prezes SDP. Jako dziennikarz działający w dawnych czasach, a zatem wiedzący z autopsji, kto jak się wtedy zachowywał, mogę stwierdzić, iż wysoce niesprawiedliwe jest stwierdzenie, że Snopkiewicz „był czołowym partyjniakiem”. Wręcz przeciwnie: jego słynne reportaże (reportaże wcieleniowe w „Kulturze” – przyp.) były próbą pokazania prawdy – tyle, ile było to możliwe w czasach cenzury”.

I ostatnia sprawa – historia „Wiadomości”. Trzeba być ignorantem medialnym, żeby napisać, że „Wiadomości” powstały w 1990 r. Likwidacja DTV i zniknięcie złowrogiego sygnału czołówki  w listopadzie 89 r. było widocznym znakiem przemian tak, jak obalenie pomnika Dzierżyńskiego, a terminy się zbiegły. W sobotę pomnik, w niedzielę pierwsze „Wiadomości”. Łączenie mojej dymisji jako szefa „Wiadomości”  ze spiskiem przeciwko premierowi  Janowi Olszewskiemu („oni” nie wiedzą albo wiedzieć nie chcą, kiedy Jan Olszewski pełnił urząd) to  ciąg dalszy spiskowych  paranoi. Podałem się z kolegami do dymisji w styczniu 1991 r. po wyborach prezydenckich na znak protestu przeciwko powrotowi  ingerencji  politycznych w programy informacyjne. „Wiadomości” tworzone były przez dziennikarzy wyrzuconych w stanie wojennym. Opluwanie Kazimierz Żórawskiego, wybitnego autora i krytyka filmowego, od urodzenia bezpartyjnego i człowieka bez skazy tylko dlatego, że był  moim zastępcą w „Wiadomościach” to po prostu dziennikarskie świństwo. Maciej Iłowiecki w cytowanym liście do „Tygodnika AWA” pisał o Kazimierzu jako działaczu opozycyjnym i obrońcy niszczonych kiedyś dziennikarzy.

Moja nominacja na szefa „Wiadomości” i programów informacyjnych nie mogła być przypadkowa („oni” pewnie napiszą przy następnej okazji: ruski agent, był w ZSRR). Wracaliśmy do TVP z wolnego świata – byłem członkiem zarządu głównego podziemnego SDP – z naiwną wiarą w dziennikarską niezależność. Wierzyłem w te ideały jeszcze jako ekspert „Solidarności”  ds. mediów przy okrągłym stole („oni” już napisali: esbek pertraktował przy tym stole  z esbekiem). Autorzy tych  tekstów, wpatrzeni  w obecne kierownictwo SDP, mogli spytać o ten okres sekretarza generalnego SDP  Stefana Truszczyńskiego, nie tylko kombatanta poziomek w TVP ale i redaktora pierwszej audycji „Solidarności” w TVP po okrągłym stole, której byłem współautorem. Nie spytają, bo nawet oficjalny portal SDP nie wspomniał słowem, że długoletnia prezes Stowarzyszenia Krystyna Mokrosińska otrzymała z rąk prezydenta RP – m.in. za zasługi dla SDP – Krzyż Oficerski. Krystyna Mokrosińska, sprzedająca w stanie wojennym kwiaty, nie przejdzie im przez gardło.

Czy może funkcjonować dziennikarstwo bez żadnej odpowiedzialności? Pytanie retoryczne. Jaka jest skala nieuczciwości? Odpowiem – nieograniczona. Wierzę, że Telewizja Polska przetrwa i będzie miarą zawodowych standardów, a plugawe tytuły spoczną w archiwach IPN przebite osinowym kołkiem.

PS. 2013-10-24. W związku z moim listem redakcja portalu SDP poinformowała, że wiadomość o odznaczeniu honorowej prezes Stowarzyszenia Krystyny Mokrosińskiej (7 października br.) opublikowana została z dwudniowym opóźnieniem tj. 9 października br o godz. 19.43. JS

Jacek Snopkiewicz

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Walter Chełstowski 2013-10-14
  2. jotbe_x 2013-10-14
  3. wejszyc 2013-10-14
  4. TadeuszK. 2013-10-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com