Marek Belka w Studiu Opinii

Prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Marek Belka przyjął zaproszenie na spotkanie z zespołem Studia Opinii oraz gośćmi redaktorów. Nie było celem roztrząsanie bieżących prac i decyzji NBP, czy odnoszenie się do aktualności ze świata gospodarki lub polityki. Uznaliśmy w Studiu Opinii, że istotniejsze są wnioski, refleksje i oceny dokonywane z bardzo szerokiej perspektywy profesora ekonomii, ministra finansów, szefa polskiego rządu, wysokiego przedstawiciela wielkich organizacji międzynarodowych i wreszcie prezesa banku centralnego. Spotkanie trwało dwie godziny. Poszczególne wątki i tematy zostały pogrupowane w oddzielne części, które są zredagowanym zapisem wypowiedzi Gościa i odpowiedzi na pytania. Podjęliśmy zadanie oddania w pisemnej relacji swady i humoru z jakim Marek Belka rysował swoje poglądy i opinie. Stąd prośba, by nie wszystkie zdania i ich fragmenty odczytywać przesadnie dosłownie.

Banki centralne: dwie tradycje, dwa rodzaje oczekiwań

Minister Rostowski przypomniał niedawno, że bank centralny jako instytucja jest niezależny przede wszystkim w tradycji Europy kontynentalnej. Jest to tradycja ledwie kilkudziesięcioletnia. Drugim elementem tej tradycji jest ograniczenie mandatu banku centralnego do odpowiedzialności za stabilność cen. To oznacza, że bank centralny nie odpowiada za wzrost gospodarczy. U Anglosasów jest inaczej. Zarówno w Wielkiej Brytanii, jaki i w USA bank centralny ma dbać nie tylko o utrzymywanie inflacji na niskim poziomie, ale ma też wspomagać wzrost gospodarczy.

Ekonomiści dochodzą najczęściej do wniosku, że te dwa cele są nie do pogodzenia. Skąd zatem taka konstrukcja? Wynika to z odmiennych wspomnień i tradycji. Stany Zjednoczone żyją w pamięci koszmaru Wielkiej Depresji, a w Niemczech i na wielkich połaciach Europy Środkowej, mimo upływu prawie 100 lat, nie zapomina się innego koszmaru – hiperinflacji. Tak więc w Stanach Zjednoczonych nie boją się inflacji, której tam nigdy nie było dużej, natomiast boją się 30-procentowego bezrobocia, takiego jak w czasie Wielkiej Depresji 80 lat temu. System społeczno-gospodarczy USA nie radzi sobie z bezrobociem i stąd te „szaleńcze” próby pobudzania koniunktury gospodarczej. Europa, gdzie bezrobocie jest w wielu krajach wyższe niż w Stanach nie rozumie tego amerykańskiego parcia do wzrostu.

Ale też gdy średnio sytuowany Niemiec straci pracę, to otrzymuje niezły zasiłek i wiele innych świadczeń, które pozwalają mu spędzać czas bezrobocia na przyzwoitym poziomie życia. W Ameryce utrata pracy powoduje zaś, że ludzie wpadają, niczym samolot, w korkociąg. Mierząc od biedniejszego końca, 40 proc. rodzin amerykańskich nie ma żadnych oszczędności, ma natomiast długi. Gdy nie stanie pracy i regularnych dochodów, zaraz zapuka bank z żądaniem natychmiastowej spłaty hipoteki.

Z obawy przed inflacją, w Europie kontynentalnej, tak jak w Polsce NBP, banki centralne mają dbać o utrzymywanie cen w ryzach i mają jednocześnie zakaz finansowania deficytu budżetowego. Mogą wspierać wzrost gospodarczy, a nawet mają taki obowiązek, ale tylko o tyle, o ile nie stoi to w sprzeczności z naczelnym obowiązkiem jakim jest dbałość o stabilność cen. Tymczasem w świecie anglosaskim banki centralne, tj. system Rezerwy Federalnej w USA i Bank of England balansują: nie za dużo inflacji, ale przede wszystkim – nie za dużo bezrobocia.

Co się z czym wiąże, czyli z inflacją w tle wokół bezrobocia

Jeśli porównać ze Skandynawią, Austrią, czy Holandią, w ostatnich dwóch dekadach Polsce nigdy nie było niskiego bezrobocia, zawsze było wysokie. GUS podaje dwie wielkości. Jedną co miesiąc w oparciu o dane urzędów pracy. Uzyskany w ten sposób wskaźnik bezrobocia wynosi teraz 13,3 proc. Co kwartał natomiast GUS przeprowadza (wraz z pozostałymi, europejskimi urzędami statystycznymi) ankietę BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności). Przyjmuje się zgodnie, że BAEL lepiej przybliża obraz rzeczywistości. Wg BAEL, bezrobocie wynosi obecnie w Polsce 9,9 proc. i jest nieco mniejsze niż średnio w Europie (10,3 proc.). Skutków bezrobocia nie ma potrzeby komentować. Gdy spojrzeć na nie beznamiętnie dostrzega się również, że bezrobocie hamuje w pewnym stopniu inflację, ponieważ wstrzymuje wzrost płac.

Inflacja w Polsce jest teraz stanowczo zbyt wysoka i aż „świerzbi”, żeby coś z tym zrobić, nawet kosztem wzrostu gospodarczego. Wiadomo jednak również, że inflacja przychodzi do nas głównie z importu razem z drogą ropą, gazem i innymi surowcami oraz drożejącą żywnością. Reakcje na rosnące ceny mogą być (z grubsza) dwojakiego rodzaju. Pierwsza jest taka, że ludzie zaciskają pasa i płacą więcej za paliwo, opał, gaz, żywność, ale mniej wydają na inne rzeczy. I tak się dzieje się teraz w Polsce. Jeśli jednak sytuacja w gospodarce jest przy tym w miarę korzystna, to pracobiorcy mogą zebrać się w sobie i zażądać podwyżek. Jeśli je otrzymają zaczyna się spirala cenowo-płacowa. Ujawnia się coś takiego, czego ekonomiści zatroskani inflacją bardzo się boją, a nazywają efektem drugiej rundy. Bank centralny nie ma wówczas nic innego do zrobienia, jak tylko ostro wkroczyć z nieprzyjemną terapią (czyli podnieść stopy procentowe – przyp. red.). I to jest ta druga reakcja oraz jej skutki.

W Polsce płace realne rosną bardzo umiarkowanie, a w ostatnim kwartale 2011 roku wręcz stanęły w miejscu (nominalny wzrost płac był równy inflacji). To, rzecz jasna, niedobrze, lecz z drugiej strony jest taki tego skutek, że nie ma wielkich redukcji zatrudnienia, a właściwie prawie w ogóle nie ma zwolnień z pracy. Wskaźnik rejestrowanego bezrobocia wzrósł ostatnio z innych (sprawozdawczo-metodologicznych) przyczyn. U nas nie ubywa bowiem miejsc pracy, a wręcz przybywa ich w średniorocznym tempie 2 – 2,5 proc., szybszym niż przeciętne w Europie. A zatem, bezrobocie nie jest niskie, ale nie jest też szczególnie wysokie.

Względny spokój ulatuje jednak gdy mowa o młodzieży – wykształconej, z uzasadnionymi aspiracjami. Jej szanse są małe, jeśli wkracza dziś na rynek pracy z dyplomem dziennikarza, ekonomisty, politologa. Jeśli jednak jest to dyplom inżyniera, absolwenci nie mają z zatrudnieniem problemów. Ten obraz prowadzi do oceny półżartem, półserio, że transformacja gospodarcza zakończy się w Polsce ostatecznie wtedy, gdy polska młodzież wróci na uczelnie techniczne. Jest do tego coraz bliżej, ponieważ już właśnie zaczyna się coś takiego dziać.

Złoty na huśtawce

Złoty jest jak księżyc obracający się wokół wielkiej planety Euro. Waluta europejska krąży w wielkich ilościach i nie nadaje się wskutek tego do spekulacji. Ze złotym jest inaczej. Nie jest ani mały, ani za duży i to czyni go atrakcyjnym przedmiotem spekulacji na rynkach pieniężnych dla tych, którzy próbują zarobić na spadkach i wzlotach naszej waluty. Jest ich sporo – na rynku w Londynie obroty w złotych są nawet wyższe od obrotów w brazylijskich realach chociaż gospodarka Brazylii jest kilkakrotnie większa od polskiej.

Praprzyczyną wahań kursu złotego jest niedostatek rodzimego i konieczność importu kapitału do Polski, który w swojej części portfelowej (przeznaczonej na zakupy polskich obligacji) to napływa, to odpływa z Polski. Gdyby nie kapitał z zagranicy polska gospodarka rozwijałaby się i modernizowała wolniej, a ludziom żyłoby się gorzej. Z drugiej strony odbija się na nas prawidłowość, że w trudnych czasach kapitał staje się kapryśny i raz odpływa z takich krajów (o nieugruntowanej jeszcze pozycji – przyp. red.) jak Polska, a potem znowu powraca itd. To właśnie te napływy i odpływy powodują fluktuacje kursu złotego.

Złoty na huśtawce jest bardzo niekorzystny dla gospodarki, bo przy częstych i dużych wahaniach kursów nie sposób dobrze prowadzić jakichkolwiek interesów powiązanych z eksportem i importem. Ale jest też jaśniejsza strona. W 2008 r. nastąpiła implozja handlu międzynarodowego. Także europejscy odbiorcy naszych towarów ograniczyli zakupy w Polsce. Po uprzednim ogromnym wzmocnieniu (euro za ok. 3 zł, a dolar za ok. 2 zł), nagłe i równie wielkie osłabienie złotego (do ponad 4,5 zł za euro) sprawiło jednak, że mimo eksportowania mniejszych ilości polscy przedsiębiorcy otrzymywali wprawdzie taką samą zapłatę w euro, czy dolarach, ale tyle samo lub niekiedy nawet więcej po przeliczeniu jej na złote. Dzięki temu polscy przedsiębiorcy nie zostali zmuszeni do zakrojonych na dużą skalę dostosowań np. w postaci zwolnień pracowników.

Jedyny słaby punkt polskiej gospodarki

Najsłabszym, a właściwie jedynym słabym punktem polskiej gospodarki jest dzisiaj uzależnienie od kapitału zagranicznego. Miarą tego uzależnienia jest tzw. deficyt na rachunku obrotów bieżących wynoszący w Polsce, w różnych okresach od 3,5 do 5,5 proc. PKB. Obecnie jest to  4,1 proc. Przed kryzysem wydawało się, że deficyt w obrotach bieżących w takiej skali to żaden problem. Dziś agencje ratingowe bardzo nań kręcą głowami.

W około połowie deficyt ten finansowany jest napływem do Polski środków unijnych. Mamy prawo liczyć na pieniądze z Brukseli jeszcze przez 15 lat, czyli przez dwie następne (tzw.) perspektywy budżetowe Unii Europejskiej, a gdyby tych pieniędzy nie stało, to mielibyśmy w Polsce gwałtowny spadek tempa wzrostu gospodarczego, ale także popytu na import. Deficyt na rachunku obrotów bieżących obniżyłby się z obecnych 5 proc. do 3,5 proc., a może nawet do 3 proc., ale kosztem wzrostu gospodarczego, który stopniowo powiększa nasz dobrobyt.

Trudno dzisiaj dokonywać oceny naszej luki kapitałowej, bowiem w obecnych warunkach każdy deficyt jest zbyt duży. Orientację zakłóca dodatkowo gigantyczna anomalia oddziałująca na kierunki globalnego przepływu kapitałów. W zwykłych warunkach kapitał spływa w dół z krajów bogatych do krajów biedniejszych i w ogóle biednych. Dzisiaj zaś kapitał raźnie porusza się pod górę w tym znaczeniu, że eksporterem kapitału jest Azja, a teraz staje się nim Ameryka i Afryka. Doszło na tym padole do tego, że Afryka finansuje Amerykę, dochody z ropy, złota, kamieni szlachetnych nie idą na budowę studni na bezkresach Sahelu, a powiększają dobrostan mieszkańców Florydy!

Dla Polski korzystne byłoby utrzymanie statusu importera kapitału netto przez najbliższe 15 lat następnych perspektyw budżetowych Unii, ponieważ dzięki potężnemu zasilaniu z zewnątrz rozwinęlibyśmy się prawdopodobnie przez ten okres jeszcze raz tak, jak przez poprzednie 20 lat. Trzeba jednak brać pod uwagę, że polskie firmy urosły i zaczynają eksportować kapitał poprzez swoje inwestycje za granicą. Wyglądać to może na proces niekorzystny, ale tak jak firmy zagraniczne, które przyszły kiedyś do Polski, po jakimś czasie „nasi” zaczną ściągać za granicą dywidendy i sprowadzać je na swoje rachunki w Polsce. Przekazy z tego tytułu będą zaś zmniejszać deficyt na naszym rachunku obrotów bieżących, który dziś jest w dużej mierze skutkiem wypływu z Polski dywidend.

Czechy w elicie elit

Gdy zastanawiać się skąd duża różnica w stopach procentowych w Polsce i Czechach, to ogólna refleksja powinna zmierzać do przypomnienia, że w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych państw „obozu”, w okresie komunistycznym gospodarka ówczesnej Czechosłowacji była wprawdzie stagnacyjna, ale przez cały ten czas – bardzo stabilna. Natomiast PRL to dekady powtarzających się paroksyzmów i prób reformatorskich, z definicji skazanych na niepowodzenie. Po 1989 roku mieliśmy uwolnienie cen przez rząd M. Rakowskiego i terapię szokową L. Balcerowicza. Teraz się o tym pamięta coraz mniej, ale inflacja spadła w Polsce na trwałe poniżej 10 proc. dopiero po 2000 r. W Polsce gen inflacyjny jest znacznie silniejszy niż w Czechach. Czesi mają od nas znacznie większą skłonność do oszczędzania i nie muszą importować kapitału. Krótko mówiąc, Czechy są krajem wysoko rozwiniętym, a Polska średnio rozwiniętym i doganiającym. Różnica cywilizacyjna między Czechami a Polską jest o wiele większa niż wynikało by to z porównania dochodów narodowych per capita. Zamykamy ją dość szybko, ale ciągle jednak tkwi ona w strukturach gospodarek, przy czym perspektywy polskiej wydają się lepsze ze względu na dynamizm polskich przedsiębiorstw i przedsiębiorców. W dyscyplinie zarządzania makroekonomicznego Czesi grają wszakże w najwyższej lidze razem z Niemcami, Szwecją, Holandią. To jest elita elit europejskich gospodarek, która znalazła się kiedyś – zupełnym przypadkiem – w obrębie komunizmu i centralnego planowania.

Polskie „córki” to wspaniałe okazy

Potencjalna „polonizacja” oznacza w obecnych realiach więcej banków z centralami w Warszawie. Część właścicieli banków działających w Polsce znajduje się w sytuacji niepewnej, niekiedy bardzo trudnej. Mamy obowiązek uwzględniania w naszych planach i strategiach złego i bardzo złego rozwoju sytuacji, ale tzw. „polonizacja” nie musi oznaczać od razu przejmowania banków z większościowym udziałem zagranicznym przez polski kapitał, który w takich rozmiarach zresztą nie istnieje. Środków potrzebnych do przekształceń struktur właścicielskich mogą dostarczyć np. fundusze private equity czy sovereign wealth (private equity – przedsięwzięcia gromadzące od inwestorów duże i bardzo duże pule kapitałów do zainwestowania w wybrane przedsiębiorstwa nie poprzez giełdę a bezpośrednio na podstawie umowy z dotychczasowymi właścicielami lub w celu wykupu akcji i wycofania firmy z giełdy; sovereign wealth funds – fundusze dla przyszłych pokoleń tworzone przez państwa z zysków generowanych przez ich banki centralne i/lub z wpływów z eksploatacji surowców – przyp. red.). W kontekście narodowych interesów wystarczy wówczas, że centrala banku będzie w Warszawie. Kwatera główna zlokalizowana u nas oznacza bowiem, że decyzje są podejmowane w banku według polskich kryteriów, taki bank kupuje polskie obligacje i nie angażuje się w karkołomne operacje gdzie indziej w świecie, kariery w bankach robią i zdobywają w nich coraz wyższe kwalifikacje przede wszystkim Polacy itd.

Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że banki należące do zagranicznych właścicieli zachowywały się w Polsce bez najmniejszego zarzutu, bardzo odpowiedzialnie, ostrożnie i tak konserwatywnie jak należy. Taki Pekao SA może być wręcz wzorem. Wszelako, okresy kryzysowe nie sprzyjają bezwzględnemu trzymaniu się zasad. Nie można więc z całkowitą pewnością wykluczyć, że gdy zajdzie potrzeba ograniczenia aktywności dużego banku międzynarodowego, to nie dotknie ono w „nadproporcjonalnym” wymiarze akurat jego polskiej odnogi. Jest aż nadto przykładów z całej gospodarki. Choćby decyzja Fiata o wyprowadzce produkcji dobrze sprzedającego się modelu z Tychów pod Palermo.

Wydaje się, że zaczyna się krystalizować wola polityczna w sprawie „polonizacji”. Ale musi się też nadarzyć jakaś okazja, bo przecież nie chodziło by przy „polonizacji” o przymusowy wykup, czy coś w tym rodzaju. Takie okazje są nawet na widoku, ale potencjalni sprzedawcy oczekują bardzo wysokich cen, zbyt wysokich dla potencjalnych inwestorów. Powód jest dość prosty: niektóre zagraniczne „mamuśki” pilnie lub nawet bardzo pilnie potrzebują kapitałów, a polskie córki to wspaniałe „okazy”. W tych okolicznościach nie ma zatem powodów do jakiegokolwiek pośpiechu, ale ważne, żeby być przygotowanym na prawdziwe okazje, kiedy te się nadarzą.

Instytucje drobnego kredytu

Rzeczywiście nie ma takich w Polsce, ale gdyby naprawdę były potrzebne, to zapewne byłyby już powstały. Podejmowane były w Polsce próby zakładania kas oszczędnościowych lub banków hipotecznych, ale wszystkie się nie powiodły, i nie dlatego, że państwo nie udzieliło pomocy. Nasz system zdominowany jest przez banki należące do banków zagranicznych. Taki układ dawał dostęp do źródeł taniego finansowania, a to umożliwiało torpedowanie w samym zalążku prób powoływania w Polsce samodzielnych banków hipotecznych. Dominacja banków zagranicznych połączona z dostępem krajowych banków do tanich funduszów za granicą to powody niedostatku w Polsce małych, lokalnych instytucji finansowych na podobieństwo niemieckich lub austriackich.

Ale pojawia się pewna szansa. Wraz z wdrażaniem w Europie i Polsce nowych, bardziej restrykcyjnych regulacji ostrożnościowych określanych jako „Bazylea 3” (ang. Basel 3), banki będą zmuszone do zmiany struktury swoich pasywów w ten sposób, że więcej będzie musiało być wśród nich depozytów długoterminowych. Mogą to być oszczędności ludności w formie długoterminowych lokat, ale także bardzo rzadkie obecnie w Polsce tzw. listy zastawne (papier wartościowy zabezpieczony na istniejących hipotekach, którego sprzedaż generuje nowe środki służące rozszerzeniu akcji kredytowej – przyp. red.). Listy zastawne byłyby idealnym instrumentem inwestycyjnym dla OFE. Inna droga to rozwój obecnych banków spółdzielczych, które w coraz mniejszym stopniu działają, jak kiedyś, na terenach zamieszkałych głównie przez biednych ludzi. Zamożnieją rolnicy, kwitnie coraz więcej małych miasteczek, może spełnią się nadzieje pokładane w gazie łupkowym, a wtedy bardzo wiele będzie gmin takich jak Kleszczów, która już prawie „nie wie” co robić z pieniędzmi z podatków od kopalni i elektrowni Bełchatów.

Oszczędności i podatek Belki

Podatek od zysków kapitałowych istotnie nie zwiększa skłonności do oszczędzania, ale też nie ma dowodu, iżby tę skłonność miał zmniejszać. W Europie tego typu podatki istnieją chyba we wszystkich państwach poza Estonią, więc nie ma nawet jak sprawdzić empirycznie w jakie relacje wchodzą one z oszczędnościami. Zupełnie nie do przyjęcia jest argument krytyczny wskazujący, że podatek Belki obciąża wartości już raz opodatkowane i oskładkowane. Robiąc zakupy za pieniądze pomniejszone już przecież w większości o podatek dochodowy opłacamy podatek VAT, tankując – odprowadzamy akcyzę. Nikt nigdy nikogo w świecie nie mamił mrzonką, że obywatel tylko raz zapłaci podatek od swoich pieniędzy.

Jeśli jednak takie rozumowanie nie trafia do przekonania, to jest na podorędziu inne uzasadnienie, w myśl którego jest to podatek od dochodów osiąganych bez ryzyka lub wystawionych na ryzyka znacznie mniejsze, niż w przypadku bardziej złożonej aktywności ekonomicznej. Jest bowiem różnica między dochodami i trudem przedsiębiorcy, a sytuacją rentiera pobierającego odsetki od lokat bankowych. I jeszcze jedno. Tylko ok. 30 proc. ludzi w Polsce ma jakiekolwiek oszczędności i należy przytomnie zakładać, że nie są to przedstawiciele najuboższej grupy Polaków. Podatek Belki obciąża zatem zbiorowość najzamożniejszych Polaków, co oczywiście nie oznacza, że wszyscy jego płatnicy to ludzie bogaci.

W 2001 r. (wówczas M. Belka został ministrem Finansów w rządzie L. Millera – przyp. red.), po ustępującym gabinecie premiera Buzka na biurach ministerialnych pozostał m.in. projekt wprowadzenia powszechnego podatku importowego, który w dzisiejszych realiach przynosiłby prawdopodobnie ok. 30 mld zł rocznie. Byłby to w istocie olbrzymi podatek od konsumpcji. W skutkach można go porównać do stawki VAT, która zamiast dzisiejszych 23 proc. urosłaby do procent trzydziestu. Poprzednicy zamierzali także wyeliminować możliwość wspólnego opodatkowania małżonków.

Wiele mniejszych zmian zamiast ułudy reformy finansów publicznych

Bardziej z bliska widać, że nie ma racji bytu coś takiego co określane jest reformą finansów publicznych. Nie trzeba nam jakiejś generalnej reformy, ale wielu mniejszych lub większych zmian. Największym problemem  jest dziurawy system podatkowy. Nie chodzi o to, że Polska wyróżnia się szczególnie negatywnie na europejskim, czy jeszcze szerszym tle, bo tak nie jest. Na Węgrzech, z powodu wysokich progów dochodów aż 30 proc. obywateli w ogóle nie płaci PIT. W USA odsetek ten jest jeszcze większy – tam jest to nawet ok. 40 proc. W Polsce każdy kto ma jakiekolwiek dochód z pracy (poza rolnictwem) musi płacić, więc system jest dość brutalny (co jest naszym szczęściem w tym kryzysie), ale to nie usprawiedliwia istnienia luk podatkowych, których likwidacja sprawiłaby, że państwo miało by się znacznie lepiej.

Podatek dochodowy muszą zacząć płacić rolnicy. I to nie dlatego, że osiągają jakieś krociowe dochody, bowiem do takich im daleko.. Dziś podatek dochodowy byłby dla ludzi żyjących z rolnictwa niemal bezbolesny.. Przykład z innej półki to tzw. samozatrudnienie, którego skutkiem są niższe wpływy z podatku dochodowego oraz większy deficyt w rozrachunkach ubezpieczeń społecznych. Samozatrudniająca się sprzątaczka odprowadza minimalne składki, które nie wystarczają na minimalną gwarantowaną emeryturę, a to oznacza konieczność dopłaty ze strony państwa, choć kto inny czerpie zyski z jej tanich dzięki temu usług. KRUS trzeba zreformować.  Oczywiście w całym świecie dofinansowywane są świadczenia społeczne dla rolników. Naturalne i akceptowalne są dopłaty do systemu na poziomie np. ok. 40 proc., lecz w Polsce jest to 95 proc.!

Zdrowie i medycyna: najlepiej jest w Polsce, gdy wszyscy są gorsi

Wielkie pola kosztów i wydatków uprawia medycyna. Wskutek praktycznie codziennych, wielkich sukcesów nowych terapii, leków, procedur, urządzeń medycznych wszędzie koszty medyczne rosną błyskawicznie. Zarówno w Polsce, jak gdziekolwiek indziej na świecie, chorzy i pacjenci nie mają jednak ochoty za te sukcesy coraz więcej płacić.

Wędzidło powinno się ściągać kosztom leczenia z obydwu stron, a u nas robi to jedynie NFZ. Wywołuje przy tym napięcia i konflikty, ale nie ma najmniejszych wątpliwości, że dzięki niemu szpitale są znacznie oszczędniejsze niż kilkanaście lat temu. Słaba strona systemu to głównie, choć nie jedynie, niska dyscyplina w gospodarce lekami. Powodem jest przede wszystkim brak Rejestru Usług Medycznych. Efekt jest taki, że w Polsce lekarze przepisują trzy razy więcej leków, niż szwajcarscy doktorzy, co każdy może sprawdzić tam na miejscu. W efekcie leki są tańsze w Szwajcarii, niż w Polsce (mniejsze zużycie, mniejsza refundacja z budżetu – przyp. red.). U nas stosujemy odmienny sposób dyscyplinowania. Leki są stosunkowo drogie, a ludzie – jeśli ich na to stać, a wielu stać – wykupują je w pewnej części niepotrzebnie, albo też nie realizują recept w ogóle, bowiem ich na to nie stać.

Powstrzymywanie wzrostu kosztów ochrony zdrowia powinno odbywać się także po stronie usługobiorców, ale u nas wyjście z propozycją współpłacenia na symbolicznym poziomie grozi anatemą, a ponadto ściganiem za próbę obalenia konstytucji. A nie chodzi przecież o znaczącą zwyżkę dochodów NFZ, a o zmniejszenie rozmiarów „turystyki medycznej” uprawianej z ochotą przez część osób starszego pokolenia. Zmniejszenie liczby „towarzyskich” wizyt w przychodniach miałoby dobroczynny wpływ na koszty systemu. Potrzebna jest symboliczna współpłatność i dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne dla zamożniejszych. Skróciłoby to kolejkę i zmniejszyło koszty w publicznej ochronie zdrowia. Mają takie propozycje tylko jeden, za to zasadniczy, mankament – natychmiast podniosłyby się gromkie głosy, że to dzielenie Polaków na lepszych i gorszych, a wiadomo przecież skądinąd, że najlepiej jest, gdy wszyscy są gorsi.

Te przykłady pokazują, że nie ma miejsca w Polsce na jedną, wielką „reformę finansów publicznych” jest natomiast pole na sto i więcej pojedynczych, i bardzo potrzebnych, zmian, które mają wspólną cechę: muszą boleć więc każda z nich kogoś lub wszystkich zaboli, a ból wywołuje sprzeciw. Jeśli zatem ktoś zaczyna mówić, że „potrzeba głębokiej reformy finansów publicznych”, to najlepiej od razu przestać słuchać.

Euro w Polsce

Prezes NBP sądzi, że euro nie zadebiutuje w Polsce w czasie jego obecnej kadencji, która zakończy się za 4,5 roku. Nikt się nie pali do tego kroku, choćby z powodu obecnej sytuacji w strefie euro i nie jest to nieracjonalna postawa. Dziś atrakcyjność euro jest dla Polski nieco mniejsza, ale trzeba pamiętać, że ekonomiczne i polityczne koszty pozostawania poza strefą euro są znaczące. „Meandrowanie” polskich władz w Brukseli jest dla Polski dobre, bowiem czy w strefie euro, czy poza nią, musimy dbać o swoje i pilnować własnych interesów, a zwłaszcza tego, żeby nie było wśród innych członków Unii odwagi czynić zakusów na nasze pieniądze stamtąd.

Co nas czeka?

Ekonomiści definiują kryzys jako spadek dochodu narodowego przez dwa kwartały z rzędu. . Polska w żaden tak opisywany kryzys nie wpadnie, lecz będzie się niestety rozwijać wolniej i samo to jest wystarczająco dotkliwe. W 2012 nasza gospodarka urośnie zapewne o jakieś 3 proc. Jest tylko parę państw w Europie, które osiągnęły w 2011 r. wzrost gospodarczy nieco wyższy niż Polska, ale one nadrabiają straty wynikające ze spadku PKB w latach ostatniego kryzysu, podczas gdy u nas PKB nie spadł w żadnym roku. Nie jest wyśmienicie, ale mogło być gorzej.

Jesteśmy konkurencyjni. Gdy w Europie osłabia się koniunktura, nasi eksporterzy zyskują, bo gdy tamtejsi nabywcy szukają w trudniejszych czasach tańszych substytutów nasi polscy sprzedawcy rozpychają się tam ze swoimi niższymi kosztami i wysoką jakością. Konkurujemy także strukturą przemysłową w tym sensie, że w Polsce dominują mniejsze i średnie, a zatem bardziej elastyczne i prężne przedsiębiorstwa, a w Czechach, na Słowacji i Węgrzech eksportem zajmuje się przede wszystkim po parę kolosów, z reguły zagranicznych. W naszym kraju prawie połowa eksportu pochodzi zaś od rodzimych przedsiębiorców.

W porównaniu z innymi państwami mamy mały system bankowy w tym znaczeniu, że ludność i przedsiębiorstwa nie są nazbyt zadłużone. Mamy sprawne instytucje i prowadzimy zręczną politykę gospodarczą, halsując między Scyllą, a Charybdą. To niebezpieczna żegluga, ale innego sposobu nie ma. No i co jeszcze? Nakręca nas wielki propeller w postaci funduszów unijnych i mamy europejski, 500-milionowy, wolny rynek na którym nasi przedsiębiorcy kwitną.

Gdyby zaś przypadkiem zdarzyło się w Europie coś przykrego, to NBP wie co i jak robić, żeby polskie banki i ich klienci byli bezpieczni i mogli nadal liczyć na odpowiednie do potrzeb kredyty. Na szczęście nic nie zwiastuje, żeby cokolwiek bardzo strasznego Europie groziło.

Zdjęcia: Joanna Olszewska

Oprac. Jan Cipiur

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. Anna Malinowska 2012-02-17
  2. Roki 2012-02-18
  3. niezależny eskert 2012-02-18
  4. obserwator 2012-02-19
    • Incitatus 2012-02-22
    • Incitatus 2012-02-28
  5. Adam 2012-02-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com