Jerzy Łukaszewski: Pan Biernacki i Szpicbródka

mb92013-10-27.

Ważą się losy ustawy, którą nasz sejm usiłuje zażegnać potencjalne niebezpieczeństwo, jakim jest wyjście na wolność groźnych przestępców skazanych jeszcze za niesłusznego reżimu, a którzy skorzystali na zmianach ustrojowych pociągających za sobą nowelizacje prawne dotyczące najwyższych wyroków.

Niespecjalnie spędza to sen z powiek naszym czujnym mediom, które doniesienia o całej sprawie ograniczyły niemal do jednego wątku, a mianowicie odejścia min. Biernackiego ze stanowiska w razie niepowodzenia inicjatywy.

Ale trzeba przyznać, że przysłużył się temu i sam minister stawiając sprawę emocjonalnie, zamiast odwoływać się do rozumu obywateli. Przy całej sympatii dla krajana nie rozumiem, jak poważny człowiek mając do załatwienia tysiąc spraw w resorcie, przy niepowodzeniu jednego projektu może strzelić focha, zabrać zabawki i iść do domu pozostawiając cały tysiąc spraw niezałatwionych?

Chyba, że ten tysiąc składa się z nieważnych duperelek, ale wtedy kazałoby mi to inaczej spojrzeć na pracę resortu w ogóle.

Sejm, jak w każdej sprawie korzysta tu z podpowiedzi fachowców.

Czytając ekspertyzy sejmowe odniosłem niemiłe wrażenie, że wszystkie wysiłki ekspertów idące w kierunku jak największej precyzji przepisów mają swe źródło w nieufności człowieka do człowieka, którą okazuje się w stopniu wręcz ubliżającym naszej godności.

Pomijając naiwną wiarę prawników, że życie da się precyzyjnie uregulować jakimikolwiek przepisami, ta nieufność, ta podejrzliwość, ta nieomal pewność, że obywatel jest tylko odmianą przestępcy jest przygnębiająca.

Kiedyś na kamiennym dyptyku Mojżesz ukazał ludowi normę: „ Nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. I koniec. Jakoś wszyscy rozumieli o co chodzi.

Czterysta mniej więcej lat wcześniej król Hammurabi zapisał to w formie wielu paragrafów, w których prawo talionu ujmowało problem tak:” Jeżeli obywatel oskarży innego obywatela o morderstwo, a nie dowiedzie mu tego, zabiją go”. Czyli – oskarżyciel poniesie karę, jaka grozi za przestępstwo, o które fałszywie oskarży innego człowieka.

Zastosowanie tego prawa dziś wymiotłoby nam izbę sejmową w tydzień. Może warto do tego wrócić?

W stosunku do kazuistyki Hammurabiego Mojżesz ze swymi normami to był ewidentny postęp.

Mam wrażenie, że dziś się znów cofamy.

Z ekspertyz wyłazi każdą linijką obawa przed arbitralną decyzją sędziów, którym usiłuje się na tyle splątać ręce, by ich rola ograniczyła się w zasadzie do automatów z sankcją państwową.

Ta dziwnie ukierunkowana nieufność w połączeniu z obowiązującą filozofią prawa daje potem wyniki, które skutkują zawodem każdej z zainteresowanych stron.

Wielu pamięta rewolucyjną Kartę Praw Człowieka i Obywatela. Zdecydowanie mniej osób wie, że funkcjonowała raptem kilka miesięcy zmieniona wkrótce na Kartę Praw i Obowiązków Obywatela. Ta druga nie cieszy się jakoś estymą ani u prawników, ani historyków. A szkoda.

Dziś uważa się, że człowiekowi przysługują prawa bez względu na okoliczności. Moim prywatnym, niefachowym i niepopularnym zdaniem to bzdura sama w sobie ponieważ wszelkie prawa regulują stosunki wewnątrz społeczeństw, a nie na bezludnej wyspie z jednym mieszkańcem, a więc nie mogą być od tych społeczeństw oderwane. Uregulowane współżycie to rodzaj umowy, gdzie ma się i prawa i obowiązki. Nie umiem pogodzić się z faktem, że człowiek nie wypełniający obowiązku wobec społeczeństwa (np. zgody na moje bezpieczne chodzenie po ulicy nocą) zachowuje swe prawa, tak jakby wisiały one w próżni. I nie chodzi tu o inkryminowaną podobnym poglądom chęć zemsty i tym podobne pierdoły, ale o zwykłe równoprawne traktowanie obywateli.

Gdyby obecną filozofię prawa przenieść na grunt handlowy, to firma B musiałaby bez końca opłacać faktury wystawiane przez firmę A, mimo iż ta nie nadsyłałaby towaru. No bo przecież do zapłaty ma prawo, nie?! Obowiązku nadesłania nie wykonała, ale płać firmo B! Dlaczemu?

Oczywiście jest to spojrzenia amatora, nie fachowca, więc rozumiem, że gdzieś w moim rozumowaniu tkwi błąd i z góry godzę się z taką oceną.

Natomiast nie potrafię pogodzić się z tak skrajnym ograniczaniem roli sędziego do czynności, które mógłby wykonywać licealista. Po co nam więc sędziowie? Najśmieszniejsze, że tego typu ekspertyzy piszą przecież prawnicy. Czyli – samo „środowisko” robi sobie na buty.

Co zaś do meritum sprawy, to jako rozgrzebywacz spraw dawno i słusznie zapomnianych chciałbym tylko powiedzieć, że problem, przed którym stanęliśmy nie jest nowy. Inni też go mieli. I rozwiązywali.

Od razu się przyznam, że nie znam szczegółów tamtej sprawy z 1937 roku. Zachowałem ją raczej jako ciekawostkę. Jednak nawet z tej krótkiej notatki prasowej wynika, że zaufanie do sądowego orzecznictwa było większe.

Dedykuję ją ministrowi Biernackiemu, którego szczerze lubię z powodów całkowicie pozapolitycznych. Panie ministrze! Nie odkrywamy Ameryki!

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

12 komentarzy

  1. bisnetus 2013-10-27
    • Incitatus 2013-10-29
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-10-27
    • bisnetus 2013-10-27
  3. Jerzy Łukaszewski 2013-10-27
    • bisnetus 2013-10-27
  4. Jerzy Łukaszewski 2013-10-27
  5. PIRS 2013-10-27
  6. Jerzy Łukaszewski 2013-10-27
  7. SAWA 2013-10-27
  8. Jerzy Łukaszewski 2013-10-27
  9. SAWA 2013-10-28
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com