Janina Paradowska: Kilka wspomnień o czasach i chwilach, jakie już się nie zdarzą

paradowska2013-10-29.

Bardzo trudno dziś powiedzieć coś o Tadeuszu Mazowieckim, gdyż wokół wszyscy mówią, wspominają, podnoszą zasługi. Cenią Go nawet ci, którzy wcześniej nie cenili albo przynajmniej nie doceniali. Ja też – przyznaję – nie doceniałam, przynajmniej na początku. Oczywiście przeżywałam sejmowe przemówienie z ową przerwą na zasłabnięcie, ale nie jestem pewna, czy zdawałam sobie wówczas sprawę, co tak naprawdę znaczy objęcie przez niego funkcji premiera, jak głęboka nastąpi w Polsce zmiana. Dopiero w grudniowe wieczory i noce 1989, kiedy komisja kierowana przez posła Andrzeja Zawiślaka kończyła prace nad pakietem ustaw Balcerowicza, zaczynało docierać do nas, sprawozdawców sejmowych, że naprawdę dzieje się coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, że jesteśmy przed skokiem w nieznane, który nie wiadomo czym się skończy. Pamiętam taką wieczorną rozmowę z Karolem Modzelewskim, wówczas senatorem, który uważał, że niektóre z tych ustaw są nie do przyjęcia (konsekwentnie głosował zresztą potem przeciwko dwóm czy trzem). W podziemnym korytarzu, łączącym sejmową salę z restauracją, trzymał mnie za klapy kostiumu prawie krzycząc: to doprowadzi do rewolucji! W Polsce wybuchnie rewolucja! Gdy wychodziło się w Sejmu w zimną grudniową noc dreszcze biegały po plecach na myśl, co może się stać tego 1 stycznia 1990, kiedy wejdzie w życie plan Balcerowicza. I tylko premier wydawał się spokojny.

Określenie „siła spokoju” powstało później, było czasem wyszydzane, ale dziś myślę, że wtedy była ona najbardziej widoczna. Podobnie jak wtedy, kiedy posłał samotnego redaktora Krzysztofa Kozłowskiego, aby zaczął reformować Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, tę opokę dawnego systemu. Kto by na to wpadł, że redaktor tygodnika, oswojony głównie walką z cenzurą akurat nadaje się do tego zadania? Na trzy dni przed śmiercią pana Tadeusza na wewnętrznym dziedzińcu MSW uczestniczyliśmy w odsłonięciu popiersia Krzysztofa Kozłowskiego i wszyscy zgodzili się, że Mazowiecki nie mógł wybrać trafniej, bo i Kozłowski miał w sobie tę siłę spokoju. Tego zresztą dnia poczuliśmy, że z panem Tadeuszem jest niedobrze, bowiem nie pojawił się na uroczystości, a przecież dla Krzysztofa Kozłowskiego z pewnością by przyszedł. Miał Tadeusz Mazowiecki niezwykły dar otaczania się ludźmi gotowymi podejmować się zadań wydawałoby się nie do zrealizowania.

Przyznaję, nie byłam zwolenniczką jego kandydowania na urząd prezydenta, zwłaszcza w wyborach powszechnych. Pamiętam tę konferencję prasową na Politechnice, kiedy Zbigniew Bujak i Władysław Frasyniuk weszli oznajmiając, że właśnie powstał Ruch Obywatelski – Akcja Demokratyczna , że proponuje on zmianę konstytucji i wprowadzenie powszechnych wyborów prezydenckich. Próbowałam dopytać, jak Mazowiecki, polityk w istocie kameralny, mógłby te wybory wygrać? Moim zdaniem miał zdecydowanie większe szanse w układzie parlamentarnym. Nie udało się dopytać, w jego obozie panował entuzjazm, że zwycięstwo jest w zasięgu ręki. Niestety, nie było.

Kiedy po przegranych wyborach szłam na pierwszy wywiad, już z jako szefem partii, miałam nieco obaw jak zostanę potraktowana, jako osoba, która pisała, że nie wolno skreślać Wałęsy, że Wałęsie ta prezydentura jest niejako przypisana. Pan Tadeusz okazał się człowiekiem nad wyraz miłym, bez żadnych uprzedzeń, choć moje ówczesne stanowisko pamiętał i nawet o nie pytał. Nie było jednak komentarza z jego strony, a ja nie śmiałam zapytać, czy nie uważa, że popełnił wówczas błąd. Często żałowałam, że wówczas nie zapytałam, a potem były liczne inne wywiady czy po prostu rozmowy, które nigdy nie trafiły do druku, ale uczyły mnie, czym jest prawdziwa polityka, na jakich wartościach powinna się opierać, co go boli, drażni, a co cieszy. Bardzo bolało go kompletne niezrozumienie i świadome manipulowanie jego stwierdzeniem o „grubej linii”, a nie żadnej tam „grubej kresce”, którą odkreślamy przeszłość. Nic dziwnego, że w książce, która stała się sumą jego życia z lat Polski niepodległej, tej właśnie sprawie poświecił tak wiele miejsca. To zdanie, tak oczywiste w 1989 roku u progu niewyobrażalnej transformacji, jak mało która polityczna wypowiedź było przedmiotem gigantycznej manipulacji i swego rodzaju młotem na politykę Mazowieckiego, a przecież było jednym z kluczy do polskiego sukcesu.

Każdy wywiad z panem Tadeuszem zaczynał się tak samo. W niewielkim mieszkaniu na Mokotowie zawalonym książkami pospiesznie usuwaliśmy z krzeseł, ze stołu nadmiar papierów, aby usiąść, postawić filiżanki z kawą lub herbatą, które to napoje sam przygotowywał i gdzieś umieścić jeszcze magnetofon. Pan Tadeusz przynosił jeszcze popielniczkę i pytał – pani Janino, zapalimy? Oczywiście zapalaliśmy, a potem mówił powoli, rozważnie, ważąc słowa tak, że wywiady nadawał się prawie natychmiast do druku, gdyż w każdym zdaniu była myśl, a nie chaos tłoczących się myśli. Autoryzujemy? – pytałam rytualnie. – Jeśli pani chce, proszę przysłać. Zazwyczaj posyłałam, by po kilkunastu minutach dowiedzieć się, że wszystko jest w porządku. Trudno dziś uporządkować wspomnienia, rozmowy, także tę jedną z ostatnich w upalny letni wieczór, kiedy zachód słońca nie przynosił ochłody, a on specjalnie przyjechał od syna z ogródka, gdzie spędzał większość czasu, by nie udusić się w przyciasnym nagrzanym mieszkaniu i przy otwartym oknie wymienialiśmy ostatnie opinie o sytuacji w kraju, o – jak to mówił – puczu w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego, niebezpiecznym dla demokracji. I nie zapomnę tego jego prawie figlarnego uśmiechu na sejmowej galerii, kiedy przemawiał prezydent Komorowski i wszyscy spodziewali się, że zaatakuje premiera, bo media podgrzewały atmosferę konfliktu na szczytach. Nie skarcił, nie zaatakował, a pan Tadeusz zapytał – podobało się? Mówię – tak, to był właściwy ton.  – Prezydent jest od tego, aby ojcować – powiedział. I wyraźnie był z siebie zadowolony.

Janina Paradowska

Blog Autorki

 

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. narciarz2 2013-10-29
  2. andrzej Pokonos 2013-10-30
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com