Stanisław Obirek: Henryk Wielki

markiewicz2013-10-31.

Tak go nazywaliśmy w gronie przyjaciół i czuliśmy się wyróżnieni przez los, że nas z nim zetknął. Dla mnie osobiście każde z nim spotkanie było dotknięciem dobroci i szlachetności. Jeśli metafora chodzącej encyklopedii do kogoś pasuje to właśnie do niego. Wiedział po prostu wszystko, a jeśli akurat czegoś nie był pewny to wskazywał miejsce gdzie to można sprawdzić. W tym, co napisał wszystko było sprawdzone. O jego książkach i kierowanym przez niego Polskim Słowniku Bibliograficznym czy fundamentalnej ciągle poszerzanej i wielokrotnie wznawianej Współczesnej teoria badań literackich za granicą będą na pewno pisać historycy i poloniści. Ja chcę napisać o Profesorze Henryku Markiewiczu jako o niedościgłym wzorze kulturalnej rozmowy. A wszystko zaczęło się tak.

Najpierw otrzymywałem liściki z prośbą o sprawdzenie jakichś powiedzeń łacińskich, co było Profesorowi potrzebne do kolejnych wydań Skrzydlatych słów. Nie, to nie ja byłem ich adresatem tylko mój profesor od łaciny ojciec Czesław Michalunio SJ, który o łacinie wiedział wszystko. Przy okazji dopisywałem jakiś słówko pozdrowienia. Po wydaniu książki Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi w 2002 roku Profesor zaprosił mnie na herbatkę zakrapianą koniakiem. Po wstępnych uprzejmościach zadał mi pytanie: „Jak ksiądz, będąc osobą krytyczną, może w to wszystko wierzyć?” Moje wywody wcale go nie przekonały i zaprosił mnie na kolejną herbatkę. Tych herbat było wiele, w końcu zdecydowaliśmy, że napiszemy wspólne książkę. Nic z tych planów nie wyszło. W 2005 roku odszedłem od jezuitów, zresztą zainteresowanie tą problematyką w Kościele też osłabło.

Ale nie przestaliśmy się spotykać. Profesor bardzo się ucieszył gdy przyprowadziłem żonę. W tych rozmowach byłem w mniejszości, dwoje łagodnych ateistów rozmawiało życzliwie z łagodnym teistą, a cała trójka wcale się nie przejmowała tym, że padające argumenty nie są przekonujące dla żadnej ze stron. Żałuję, że tych rozmów nie nagrałem. Mam listy, emaile, ale to nie to, co bezpośrednia rozmowa. Pozostanie blady ślad tych żywych i przemieniających rozmów.

Moja żona Szoszana pisze książkę o rabinie Ozjaszu Thonie, który zmarł tuż przed wojną. Ku naszemu zaskoczeniu Profesor pamiętał jego przedwojenne kazania w synagodze Tempel, pamiętał też, że rabin lubił używać przymiotnika „mocarny”. Bardzo się ciekawił postępami pracy, zapraszał do siebie na ul. Grottgera, obiecał konsultacje. Uradowała go niepomiernie sesja naukowo poświęcona „jego rabinowi”… A gdy ja wspomniałem, że interesuje mnie Stanisław Vincenz, a zwłaszcza wpływ filozofii Rudolfa M. Holzapfla, to poradził mi sprawdzić w przypisie do Pałuby Irzykowskiego, gdzie właśnie jest mowa o Holzapflu. Tych rozmów będzie nam brakować, właśnie chcieliśmy się umówić na koniec listopada, bo wybieramy się do Krakowa na inną konferencję. Nie będzie to możliwie, właśnie dziś 31 października doszła nas hiobowa wieść – Henryk Markiewicz nie żyje!

Miał nam opowiedzieć czy książka – dziennik z czasów wojny jego stryja, cudem zachowany w Wielkiej Brytanii się ukaże. Tak wiele go z nim łączyło. Miał nam opowiedzieć jak to było w czasie wojny, a może gdzieś o tym napisał? Może ukaże się pośmiertnie. Choć wiele zechciał i tak opowiedzieć. Jak było trudno i jak wielu opatrznościowych ludzi spotkał. Mówił, że gdyby nie wojna, to może trudno byłoby mu studiować polonistykę, bo Żydów na uniwersytecie przed wojną chętnie nie przyjmowano. A już zostać profesorem literatury polskiej to już być może dla wielu prawdziwych Polaków było by za dużo. Jak to Żyd nasze dzieci może polskiego uczyć?

Tak Henryk Wielki śledził z niepokojem co się w Polsce dzisiaj dzieje, wychwytywał te idiotyzmy pseudo polonistów i pseudo historyków, którzy tak odważnie zaczęli o polskości i katolicyzmie pisać, gdy odwaga staniała. Ale pisał o tym z taktem, choć chyba coraz mniej wierzył, że jego słowa dotrą do adresata. Przeciwnie, zdawali się go nie czytać, bo powtarzali brednie.

Teraz będzie im łatwiej. Nie będzie Pana Profesora, który wskaże błąd, zaleci zajrzenie do źródła, uzmysłowi kontekst. Tak było w sprawie pokazowego procesu księży kurii krakowskiej, jakoby entuzjastycznie popieranego przez krakowskich literatów, tak ze sprawą Zygmunta Baumana, któremu się przypisuje niesłychane zbrodnie. Camera obscura dotarła wszędzie i zdemaskowała pleniące się bzdury. Kto dziś za nią stanie?

Żal, ale pomieszany z wdzięcznością, że dane mi było spotkać Henryka Markiewicza, że do końca imponował i zawstydzał wiedzą. Ale nade wszystko zaskakiwał dobrocią, życzliwością i zaciekawieniem dla innego sposobu postrzegania świata. Tym też zarażał. Przynajmniej tuszę, że i mnie zaraził. Panie Profesorze, w naszej pamięci pozostanie Pan zawsze…

Stanisław Obirek

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com