Natalia Stencel: Straszne bajki Rymkiewicza

Reytan2013-11-28.

J.M. Rymkiewicz, Reytan. Upadek Polski, wyd. Sic!, ss.

Reytan. Upadek Polski to wyartykułowana zdecydowanym, silnie brzmiącym głosem długa bajka o rozdartej zdradą Ojczyźnie. Morał ostry jak czubek szpady, typy ludzkie, błędy dawne i dzisiejsze  – ukryte pod wyrazistymi maskami, podzielone na zło i dobro bezdyskusyjnie, ustawione po tych dwóch stronach przez Narratora-Wieszcza, który przeniknął istotę historii.  Nie ma dla Rymkiewicza stanów pośrednich, postaw przejściowych, niesprecyzowanych – są tylko patrioci i zdrajcy, wierni synowie i matkobójcy,  błogosławione i zbawcze szaleństwo przeciw zwodniczemu rozsądkowi. Można być Reytanem lub Ponińskim – czyli albo szlachetnie wypruć sobie flaki z miłości do Polski, albo utopić się w gównie. Można ewentualnie, zachowując swoje wnętrzności nienaruszone, podtrzymać na chwilę w górze napis “Mordercy!” , stojąc ramię w ramię z “moherową kobietą”. Wobec tekstu Reytana trzeba sobie zadać pytanie, czy w tym patosie jest prawda i rzeczywistość (a jeśli tak – to gdzie?), czy nie ma aby jakiegoś przymrużenia oka, czy Reytan nie jest uroczym cackiem – dobrze skonstruowaną hiperbolą, którą Autor opowiada nam – z całą (lub przynajmniej połowiczną…)  świadomością przesady – niczym straszną bajkę. Bajkę dla dzieci niesfornych, z których nic dobrego nie wyrośnie – jako groźbę lania, i bajkę dla tych “posłusznych” i “mądrych” maluchów –  jako rodzicielską pochwałę i obietnicę smacznych, krwawych łakoci. A może nic tu się wzajemnie nie wyklucza?

Trup – to brzmi dumnie

Te ociekające juchą zdrajców smakołyki mają (nawet jeśli tylko w bajce) swoją cenę. Reytan na pozór nie wróży nikomu dobrze ­­­– bo przecież zagłada Ojczyzny pochłonie wszystkich bez wyjątku, przygniecie i wiernych, i występnych. Cnotliwi mogą jednak czerpać z tego rozkosz, i to podwójną! ­– pożywi ich nie tylko krew wrogów – Polaków „innego gatunku”, ale i krew własna, słusznej sprawie oddana, w poczuciu rozpaczy, ale i spełnienia wytoczona. Skoro wieszanie znienawidzonego zdrajcy może dać tyle radości, to o ileż więcej jej będzie, jeśli patrioci znajdą w sobie wystarczająco dużo sił, by nakarmić do syta własną pychę! Polska jest ideą tak wielką, że i bez nich się obejdzie, ale śmierć dla Ojczyzny – to brzmi dumnie. Rymkiewicz zamyka Polaków w zaklętym kole śmierci, każe podążać za trupami czcigodnych przodków – tak jawi się ta nasza dziwna, polska Tradycja, której naga czaszka straszy wszystkie pokolenia, począwszy od czasu zaborów.  Zwłoki Reytana symbolizują tę trupią godność, której winniśmy cześć. Zaczytane dziatki truchleją, te „bezczelne”, mniej karne, śmieją się trochę, ale dygoczą w oburzeniu.

Może tak jest po prostu ładnie i wymownie, może te wszystkie obrazy to straszaki i kiedy wreszcie dojrzejemy, przestaniemy się ich bać i nie będziemy straszyć nimi innych dzieci?

Ziarnko do ziarnka…

Jeśli Rymkiewicz  w swoich książkach (mam tu na myśli pozostałe części tzw. Tetralogii polskiej) wszystkie sprawy przerysowuje i wyolbrzymia, i w tej kreacji zapomina się tak bardzo, że współczesny Polak (każdego gatunku) Reytana czyta z zachwytem i lękiem jednocześnie ­– powstaje pytanie, czy dzieło tak urokliwe i przy tym tak straszne jest bezpieczne? Nawet jeśli Piotr Bratkowski uspokaja, że oto mrzonki estety, Dunin łagodzi, że od podtrzymania sztandaru z napisem „Mordercy!” do rozwleczenia własnych, patriotycznych jelit po ziemi droga jest jeszcze daleka, to dreszcz biegnie po plecach.

Rozważmy więc: możliwe, że nie należy Rymkiewicza demonizować. Marzy mu się dziejowy dramat o pięknym, patetycznym zakończeniu. Opowiada nam ten Rymkiewicz wobec tego całkiem zgrabne bajki. Wstyd nie przyznać, że bajek boją się zazwyczaj nierozumne dzieciaki i zdziecinniali dorośli. Patrząc szeroko, po dorosłemu, takie opowieści tylko w pewien ograniczony, najczęściej alegoryczny sposób mają się do rzeczywistości. Hiperbolizowanie to cecha, która daje im tyleż piękna, co grozy. Głupio byłoby uwierzyć, że za strasznymi słowami kryje się realne nawoływanie do okropnych czynów. Fascynujące są bajania Rymkiewicza i jeśli morał nam nie smakuje, może należy zatkać uszy, gdy przyjdzie na niego czas, i cieszyć się po prostu brzmieniem reszty opowieści?

Włosy stają jednak dęba, gdyby przypomnieć sobie, że w każdej bajce jest ziarenko prawdy… Oby nie kiełkowało w przyszłości jak szalone i nie rozrosło się potężnie – bo przecież za wszystkimi wyolbrzymieniami kryje się jakaś jak najbardziej realna ich podstawa, jakaś rzeczywistość, którą można dopiero ubrać w maskę. Jeden Reytan, nawet cała Tetralogia, rewolucji nie czyni, ale „ziarnko do ziarnka” i przebierze się miarka. Nawet jeśli o Rymkiewiczu chcemy mówić z dystansem, wyłącznie jak o estecie, to mentalność Polaków takie gry estetyczne czyni niebezpiecznymi. 

„A łotry! – o, to kija![i]

Jaros³aw Marek RymkiewiczMówiąc o niebezpieczeństwie, należałoby je sprecyzować, by nie bić się pustym słowem. Otóż to – „bić”! Czemu to hasło nasuwa się od razu w kontekście Reytana? Odpowiedź jest prosta – tekst Rymkiewicza jest naturalnie zakorzeniony w przemocy, w atmosferze wiecznej walki, w opozycjach, podziałach, niemożności osiągnięcia pokoju i zjednoczenia.  Nie ma miejsca na dialog, łagodzenie sporów – na ten gatunek Polaków, któremu Polska jest obojętna, należy znaleźć odpowiednio „mocnego kija”. Taką wymowę ma Tetralogia i to podkreśla Rymkiewicz niejednokrotnie w wywiadach, te same podziały i konieczność użycia siły artykułując w tekście Czego nas uczy Adam Mickiewicz?. To znów prowokowanie na poziomie estetyki? Chciałabym sama siebie przekonać, ale brakuje mi pewności i silnych podstaw do zbudowania takiej zdecydowanej diagnozy na temat Reytana i Rymkiewicza w ogóle. Można – jeśli się uprzeć –  snuć te przyjemne domysły, że wyłącznie o urodę opowieści tu chodzi.

Tymczasem każdy, kto weźmie do rąk najnowszą książkę autora Wierszy politycznych, staje wobec konieczności dokonania wyboru – albo raczej rozpoznania – do którego szczepu Polaków należy. Jeśli przypadkiem czytelnik nie popierał idei krzyża na Krakowskim Przedmieściu i uznaje Katastrofę Smoleńską za wypadek, na domiar złego nie przepada za „moherowymi beretami”, może poczuć się zaatakowany, a przynajmniej uświadomiony, że i on będzie łamany wielkim kołem historii, że kijaszek na niego się znajdzie. Takiemu Polakowi odbiera się wszelką godność, zohydza się go, topi w ściekach razem z Ponińskim. Słynne „Kochajmy się!” z ostatniej księgi Pana Tadeusza takiego Polaka nie obejmuje. Strach pytać, gdzie w takim razie ta braterska miłość się spełnia, jakie środowiska ogarnia i jakie następstwa za sobą pociąga.

Jeśli to wszystko jest tylko wyolbrzymioną, z bajki wziętą landrynką dla patrioty i obietnicą lania dla małego zdrajcy Idei Polskości, to wypada zapytać, czy opowiadanie dzieciom psychodelicznych bajek na dobranoc nie sprawi, że urosną nam wariaci? To jednak Rymkiewicza nie przeraża – szaleństwo jest dobre. Chce nas autor Reytana wychować słusznie, czyli na czubków.

Porównanie Reytana do dobrze opowiedzianej bajki jest nieco grząskie i łatwo tu wpaść w pułapkę. Otóż bajka nie jest li tylko ładna lub wciągająca. Zawsze ma czegoś nauczyć, choć skłonni jesteśmy tę jej funkcję lekceważyć i odnosić się do niej w ogóle z dezynwolturą. W bajkach mieszka nie tylko estetyka, ale i etyka. Jeśli mówimy więc: „baje Rymkiewicz” i uspokojeni machamy ręką, to jesteśmy w błędzie. Jeśli „baje”, to poucza i uwodzi jednocześnie, bierze jeśli nie „rząd dusz” od razu, to przynajmniej rząd wyobraźni.  A że Polacy są na to podatni, udowadniać nie trzeba. I istotnie Polska dzieli się na dwoje: na tych, którzy Rymkiewiczowi wierzą (ze strachem lub z nadzieją) i na tych, którzy Rymkiewicza lekceważą.

Krew z „Krwi”

Większość z nas pewnie pamięta historię o chłopcu i magicznej fasoli (jeśli już mowa o bajkach): „Jaki zapach tu przenika?”  – zastanawia się olbrzym –  „Czuję tutaj krew Anglika!”. „Zawsze twierdzisz, że wyczuwasz krew jakiegoś Anglika i denerwujesz cały dom.” – odpowiada żona wielkoluda. Ten jednak ciągle węszy, obsesja i głód krwi są zbyt wielkie, aby mógł się uspokoić. Rymkiewicz trochę mi przypomina tego potwora, który wyczulony jest na zapach krwi i krwią się pożywia. Tyle tylko, że w przypadku autora Reytana nie chodzi o krew angielską…

Gdy na pierwszej stronie „Gazety Polskiej” pojawił się wiersz Krew (datowany na 18.10.2013), poeta po raz kolejny dał do zrozumienia, że nie dystansuje się od sprawy Smoleńska, że nie rezygnuje z pouczania i budowania określonej wizji dzisiejszych czasów, dzisiejszej Polski. Rymkiewicz wskazuje palcem, z nazwiska (!), morderców i zdrajców splamionych krwią. „Krew(…) krew (…) krew” – tak się zaczynają kolejne wersy. Cóż to za krew?

Ta sama, co w Reytanie, ta sama, co zwykle u Rymkiewicza. Reytan, podobnie jak wspomniany wiersz, urodził się z obsesji na punkcie krwi, która wypłynęła ze zdradzonych. Kontemplując śmierć Reytana, Rymkiewicz tej krwi zdradzonej kompulsywnie się przygląda. Jeśli autor Wieszania powiada: “Jestem poetą, nie mam żadnej recepty, która mówiłaby, jak ratować Polskę”, to jest szczery tylko do pewnego stopnia. Recepty rzeczywiście nie posiada, za to realizuje swoje wizje i obsesje, rzuca swoje słowo tam, gdzie Polacy szarpią się o sprawy, które jego zajmują. Innymi słowy: kontekst twórczości Rymkiewicza, w jakim osadzony jest Reytan, nie pozwala mi odczytywać tej książki jako odseparowanej od określonych wyraźnie ideologii i tradycji (ta określoność wcale nie idzie zawsze w parze z jasnością co do strony w politycznych sporach, ale to akurat mnie nie interesuje). Krew z Krwi jest nazwana konkretnymi imionami i faktami, podobnie jak cała krew opisana w Reytanie.

Niby można nie chcieć tej krwi poznać, opierać się temu,  i pewnie bezpieczniej byłoby tak postąpić. Mamy swoją bajkę o Polsce, mamy swojego bajarza. Podobno wszystko dobrze się kończy i w finale (jak w ostatnim wersie wiersza) „będzie pieśń o zmartwychwstaniu”. Zamiast z niedowierzaniem zapytywać „czy naprawdę?”, powinniśmy się zastanowić, kto oprócz nas tego słucha i jakie wnioski wyciąga.


[i] A. Mickiewicz, Dziady cz. III.

 Natalia Stencel

stencelOd redakcji: Witamy na naszych łamach nową, młodziutką (na naszego nosa – piekielnie zdolną) Autorkę – na zdjęciu obok – która z grona naszych Czytelników zdecydowała się przejść do zespołu współpracowników „Studia Opinii”. Pani Natalia – wedle jej własnych słów – to studentka krytyki literackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie posiada prawa jazdy, ale chciałaby jeździć jak Niki Lauda. Uzależniona od herbaty. Zajmuje się głównie romantyzmem, ale fizyka kwantowa nie jest jej obca. Czyli wygląda na to, że mniej więcej jest tak samo rąbnięta, jak reszta zespołu, co znakomicie rokuje na przyszłość. Jej i nam. W każdym razie w pisaniu już ma sprawność Niki Laudy…

 

Print Friendly, PDF & Email

27 komentarzy

  1. narciarz 2013-11-28
    • karolasek 2013-11-30
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-11-28
    • Aleksy 2013-11-28
    • karolasek 2013-11-30
  3. Jerzy Łukaszewski 2013-11-28
  4. Therese Kosowski 2013-11-28
    • elkaem 2013-11-28
  5. kokosz 2013-11-28
    • Incitatus 2013-11-28
  6. angor 2013-11-28
  7. Jerzy Łukaszewski 2013-11-28
  8. jmp eip 2013-11-28
  9. Humanożerca 2013-11-29
  10. Humanożerca 2013-11-29
  11. Humanożerca 2013-11-29
  12. BM 2013-11-29
  13. Jerzy Łukaszewski 2013-11-29
  14. Humanożerca 2013-11-30
    • BM 2013-11-30
  15. Humanożerca 2013-11-30
    • BM 2013-11-30
  16. Aleksy 2013-11-30
  17. Stefan 2013-11-30
  18. Humanożerca 2013-12-01
  19. eternal 2013-12-03
    • BM 2013-12-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com