Wiecznie (niestety) aktualne

15.03.2012. Lata temu wielka i niezmiernie sympatyczna satyryczka, aktorka, konferansjerka i tancerka, niejaka Stefania Grodzieńska (użycie słowa niejaka uzgodnione z rodzina i spadkobiercami; wyjaśnijmy, że to nieoficjalna ksywa Pani Stefanii) odbyła rozmowę z red. Beatą Kęczkowską, która to rozmowa została opublikowana w dziele pod tytułem “Już nic nie muszę”. Dotyczy ona polszczyzny; i, niestety, jest aktualna do dziś. A podejrzewamy, że będzie aktualna nadal…

Oto ta rozmowa:

Redakcja

Beata Kęczkowska: – Potrafi Pani siedzieć nad swoim tekstem godzinami, wykreślać, poprawiać.

Stefania Grodzieńska: – Nauczyli mnie tego moi mistrzowie. W latach czterdziestych, kiedy rozkręcałam się jako felietonistka, miałam szczęście współpracować z trzema wspaniałymi redaktorami naczelnymi. Byli to: Marian Eile z „Przekroju”, Zbigniew Mitzner ze „Szpilek” i Rafał Praga z „Expressu Wieczornego”. Ceniłam sobie wszystkie ich uwagi, wszystkie zrobione przez nich skróty, a nawet każde odrzucenie przez nich tekstu. To był mój uniwersytet.

– To widać. Kiedy czyta Pani gazety albo ogląda telewizję, obrywa się dziennikarzom.

Coraz więcej wyrazów pojawia się w znaczeniu nieścisłym lub odwrotnym do rzeczywistego.. Póki robią to osoby prywatne – pół biedy. Jeśli astrofizyk albo skrzypek ma kłopoty z wyrażaniem swoich myśli, nie mam pretensji. Ale zawsze mam ogromną pretensję do osób, dla których słowa są narzędziami pracy. Nikt nie zgodziłby się, żeby za sterami samolotu usiadł pilot, nie wiedzący, co w kabinie do czego służy.

– Poproszę o przykłady.

–  Niestety, bardzo mi się podobał ten film.

Sala dosłownie pękała w szwach – czy aby na pewno dosłownie?

Kupił za jedyne sto złotych – to by znaczyło, że miał tylko sto złotych. A wzięło to się z wiechowskiego języka. Kupił za jedne sto złotych, co oznacza, że zapłacił tylko sto złotych, a mógł mieć przy sobie więcej.

Zmiana wyrazów mniej wytwornych na wytworniejsze w mniemaniu autora:

Porwany posiadał worek na głowie. Posiadam pryszcz na nosie. „Posiadać”  jest określeniem pozytywnym. Można posiadać majątek ziemski, albo tysiąc dolarów. Pryszcz się ma.

Pretensjonalność:

Nie ukrywam, że bardzo lubię pomidory – przyznał.

Autor rozstrzygającego gola.

Wszystko jest przysłowiowe:

Teatr był zamknięty na przysłowiową kłódkę.

Odłożył książkę na przysłowiową półkę.

Oparła głowę na jego przysłowiowym ramieniu.

No i moje ukochane cudzysłowy. Kiedy osoba pisząca uważa osobę czytającą za idiotę, każdą przenośnie bierze w cudzysłów, bo a nuż biedny idiota weźmie to dosłownie.

  • Poszedł „siedzieć” na trzy lata.
  • Zrobiła go „w konia”.
  • Życie „przeciekało” mu między „palcami”.
  • Ciepło „rozchodziło” się po mieszkaniu.
  • „Rzuciła” na niego okiem.
  • „Przełknął” upokorzenie.

O, biedny Mickiewiczu, wieszczu niedouczony! Gdybyś więcej myślał o swoich przyszłych czytelnikach, Sonety Krymskie wyglądałyby tak:

„Wpłynąłem” na suchego przestwór „oceanu”,
Wóz „nurza” się w zieloność i jak łódka brodzi;
Śród „fali” łąk szumiących, śród kwiatów „powodzi”
Omijam koralowe „ostrowy” burzanu.

Już mrok „zapada”, nigdzie drogi ni kurhanu,
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, „przewodniczek” łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok? Tam jutrzeńka wschodzi?
To błyszczy Dniestr, to weszła „lampa” Akermanu.

 Stójmy! – jak cicho! – słyszę „ciągnące” żurawie,
Których by nie „dościgły” źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,Kędy wąż śliską „piersią” dotyka się zioła.

W takiej ciszy – tak ucho „natężam” ciekawie,
Że słyszałbym „głos” z Litwy. – Jedźmy, nikt nie woła.

Wiesz, przykro mi, że wciąż coś ganię. Chciałabym dla odmiany pochwalić. Trudno mnie rozśmieszyć, a jednak udaje się to ludziom, którzy wcale nie mieli tego zamiaru. Prezenterzy osłuchani w językach obcych potrafią mnie zaskoczyć:

  • Wyspa Jolo, na której Filipińczycy przetrzymywali zakładników, wymiennie nazywała się Jolo, Holo i Dżolo.
  • Izraelczycy obchodzą święto Dżom Kippur.
  • Zakończyła się bitwa pod Verdunem.
  • Zatonął Tajtanik.
  • Znana piosenka zespołu Śląsk „Helo, Helo, Helenko” została zapowiedziana jako „Hellou, hellou, Helenko”.

Nie tylko dziennikarze sprawiają mi takie miłe niespodzianki. Dużo radości przynoszą tez tłumacze literatury pięknej, zwłaszcza kobiecej, która powinna być jeszcze bardziej piękna. Mój ulubiony cytat:

„Miała wiele serc u swoich stóp, które połamała i odrzuciła z pogardą”.

Joanna nie umie się cieszyć samotnie, musi się tą radością podzielić. Oto fragment jej listu, nagrodzonego kiedyś w konkursie na znalezienie bubla:

„…Za te pieniądze tłumaczka i redaktorka ofiarowały mi wiele nadprogramowych przyjemności. Należy do nich brak odmiany co trudniejszych rzeczowników, np.: „Stanley wpadł porsche na drzewo”, „Nie układało się jej życie z Philippe” (Philippe jest mężczyzną, stawiającym opór deklinacji co kilka stron).

Wielka radość dają też zawijasy stylistyczne typu: „Nawet jeśli zwraca kelnerowi przypalonego steka, bardzo to wszystkich ciekawi z powodu jej charyzmy”.

Tłumaczka i redaktorka maja pewne problemy z ustalaniem płci: „Fryzjerka Theo nałożyła gorące wałki na jej grube, ciemne włosy”, a dwie strony dalej: „W pokoju fryzjerów Theo czesał włosy Chloe”. Byłoby miło ustalić, czy Theo był chłopem, czy babą.

Ale kłopoty płciowe pani tłumaczki i pani redaktorki są jeszcze poważniejsze: „Była bliską przyjaciółką Monroe, Garland i Clift”, „…zobaczyć na ekranie twarz młodego, ale już grubego Shelley’a Wintersa”, „Abby ubolewał nad dawno przebrzmiałą erą prawdziwych gwiazd kina: Hedy’ego Lamarr, Avy Gardner, Lany Turner i Rity Hayworth”.

Otóż co do Shelley’a Wintersa oraz Hedy’ego Lamarr, to niewątpliwie byli oni kobietami – przeciwieństwie do Clift, która była mężczyzną”

Wróćmy jednak na twoje podwórko. Czasem najsmutniejsze wydarzenie, opisane w dziennikarskim stylu, może rozśmieszyć do łez. I człowiek sam się wstydzi, że się śmieje, ale nie może przestać. Oto fragmenty relacji o himalajskiej tragedii, w której zginęło 8 osób:

„Dla wspinacza Roba Halla było to piąte udane wejście na najwyższy szczyt świata. Zejście jednak okazało się ostatnim”.

I dalej:

 „Sukcesu nie przeżyła też Yasuko Namba, która jako druga Japonka weszła na Everest, trzech innych wspinaczy, oraz dwóch górskich przewodników”.

Myślę, że gdybym nawet jako setna Polka zdołała wejść na trzech wspinaczy i dwóch przewodników, to też nie zdołałabym przeżyć takiego sukcesu!

Kiedyś poprawiła mnie Pani, że jestem dziennikarką, a nie dziennikarzem. Czy to oznacza, że Pani kontynuuje swoją długoletnią walkę z umężczyźnianiem kobiet?

– Niestety to podzwonne tej walki. Przegrałam. Przepadło. Z rozczuleniem cytuję mój felieton z czasów, kiedy wierzyłam, że ta walka coś da.

Czy nie zdarzyło się Pani odmówić, wycofać, gdy młoda adeptka dziennikarstwa przynosiła nieścisły zapis rozmowy?

– Jesteśmy takie krytyczne w stosunku do młodych dziennikarek. A kim ty właściwie jesteś?

Młodą dziennikarką.

–  To dobrze, się przyznajesz. Młode dziennikarki to najczęściej osoby życzliwe, sympatyczne i pełne dobrej woli. Aż od niej promienieją.

I całe opromienione wkładają w Pani usta słowa, których Pani nie używa.

– Zdarza się. Na przykład jedna z nich przy autoryzacji nie mogła zrozumieć, dlaczego poprawiam „lecz” na „ale”, chociaż znaczy to samo. Odpowiedź była prosta: Ale ja nie używam słowa lecz, lecz ale.

– Na zakończenie – jaki sposób prowadzenia wywiadów pani lubi?

– Taki, żebym miała jak najmniej do roboty. Pytanie powinno być precyzyjne, celują w tym dziennikarze telewizyjni:

  •  Karierę rozpoczynała Pani jako tancerka, następnie została Pani aktorką i pisarką. Była Pani pierwszą po wojnie spikerką Polskiego Radia, z którym współpracuje Pani do dziś. Przez wiele lat pracowała Pani w TVP, również tę współpracę Pani kontynuuje. Wydała Pani liczne zbiorki humoresek i powieść autobiograficzną. Mimo ukończonych 86-ciu lat jest Pani nadal czynna zawodowo. Przez 42 lata była Pani żoną Jerzego Jurandota. Ma Pani córkę i wnuka. Urodzona w Łodzi, większość życia spędziła Pani w Warszawie.

Tu następuje wyczekująca pauza. Jedyna możliwa odpowiedź brzmi: „Tak”.

Oto inne moje ulubione pytania:

  •  Skąd Pani czerpie pomysły do felietonów?
  •  Jak udawało się Pani godzić obowiązki żony, matki, aktorki i pisarki?
  •  Czy latorośl połknęła bakcyla teatru?
  •  Czy była Pani zazdrosna o sukcesy literackie małżonka?
  •  Czy małżonek był zazdrosny o Pani sukcesy literackie?
  •  Czy ciąży Pani popularność?
  •  Czy jako młoda tancerka marzyła Pani, żeby zostać aktorką?
  •  Czy jako młoda aktorka marzyła Pani, żeby zostać pisarką?
  •  Czy jako młoda pisarka marzyła pani, żeby zostać starą pisarką?
  •  Jak czuje się osoba uznawana za Pierwszą Damę Satyry?
  •  Swoje zabawne felietony pisywała Pani również w czasach komunizmu. Czy odczuwała Pani dyskomfort psychiczny?
  • W swoich felietonach piętnowała Pani kelnerów i ekspedientki. Czy nigdy nie kusiło Panią, żeby reagować na groźniejsze problemy, których przecież w tamtych latach w Polsce nie brakowało?

Najchętniej odpowiadałabym na pytania, które dają mi możliwości:

  • Jaka była Hanka Ordonówna prywatnie?
  • Jaki był Fryderyk Jarosy prywatnie?
  • Jaka była Helena Modrzejewska prywatnie?

–  Helka była super.

  • Dlaczego przestała Pani pisywać dla milusińskich?

–   Pomyliła mnie pani ze znaną pisarką dla dzieci Wandą Grodzieńską.

  • Czy posiada Pani jakiegoś czworonoga?

–  Tak. Papugę.

No i wyszłam na złośliwą starą małpę, którą zresztą jestem. Pociesza mnie, że nikt nie weźmie tych kpinek do siebie, najwyżej pośmieje się z koleżanek.

 A czy jakieś wywiady sprawiały Pani przyjemność?

– Chyba właśnie wydusiłaś komplement, ale zasłużony, więc powiem: nie bez powodu po naszej letniej serii rozmów zaprosiłam cię – właśnie ja ciebie, a nie ty mnie – do tej rozmowy. Na liście wywiadowczyń, które miło wspominam, mam też twoją letnią poprzedniczkę sprzed dwóch lat, Monikę Zakrzewską.

W radiu jest jakoś łatwiej o naprawdę ciekawą współpracę. Może tam wymagają większej fachowości, może ja jestem subiektywna, a może to dlatego, że mam tam swoich stałych rozmawiaczy, takich jak Anna Retmaniak czy Artur Andrus. Ja zawsze wiem, do kogo się przywiązać.

W telewizji, w programie „Kawa czy herbata”, kilkakrotnie trafili mi się Maria Szabłowska i początkujący wówczas w TV Jacek Żakowski. To znaczy – trafili mi się raz, a potem już o nich prosiłam. Rozmawiali w taki sposób, że wprawdzie zawodowa część mojej natury pamiętała, która kamera ma zbliżenia, a która ogólne plany i kiedy dopuścić do głosu prowadzących, żeby zapowiedzieli materiał filmowy, jednak emocjonalna część mojej natury tak pogrążała się w rozmowie, że wychodziłam stamtąd z przyjemnym uczuciem, jakie się miewa po przemiłym spotkaniu towarzyskim.

No i jeszcze muszę ci opowiedzieć o Grażynie Torbickiej, która pod pokrywą ślicznej buzi kryje skarby inteligencji. Jest to jedyna osoba, która podczas rozmowy na żywo przed kamerą spowodowała, że zapomniałam języka w gębie. Ale żeby docenić urok jej żartu – trzeba pamiętać, jak Grażynka rozmawia. Jest zawsze znakomicie przygotowana, pyta o to, co i tak wie tak, jakby nie wiedziała, słucha odpowiedzi, nawet jeśli je zna i przede wszystkim ma coś, co kiedyś nazywano kindersztubą: najprawdziwsze dobre maniery, bez odcienia lizusostwa.

Otóż Grażyna przeprowadzała ze mną rozmowę na żywo z okazji moich 80-tych urodzin. Obdarzyła mnie pięknym bukietem, zadała kilka ciekawych pytań, oraz w niewymuszony sposób okazała tyle szacunku, ile należy się seniorce za to, że jeszcze żyje. Kiedy przydzielony nam czas dobiegał końca, spytała:

–  Czy jest coś, o czym pani marzy, a co się jeszcze nie spełniło?

Udzieliłam jej mojej stałej odpowiedzi, której i ty już zaznałaś:

–  Tak. Chciałabym umrzeć zdrowo.

Przeciętna rozmówczyni w tym momencie zaczyna się wić:

– Ależ pani Stefanio, o czym my mówimy… ale przecież… – zupełnie jakby chciała, żebym zdążyła sobie pochorować. Ale nie Grażynka. Na moje:

–  Tak. Chciałabym umrzeć zdrowo – odpowiedziała bez drgnienia powieki:

–  Więc właśnie tego w imieniu telewidzów i swoim pani życzę.

Jedyny raz w życiu o mało nie parsknęłam śmiechem na wizji.

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com